,

Mroczny obraz Walentynek

14.2.15

Już dawno przywykliśmy, że z początkiem lutego w zasięgu naszego wzroku pojawia się cała masa miłosnych symboli - kartek, czerwonych serduszek, czy innych pluszaków, a w same Walentynki kina oraz restauracje marzą o gumowych ścianach, by móc pomieścić wszystkich trafionych strzałą amora. Z jednej strony mamy zakochanych, dla których ten dzień jest miłym dodatkiem do ich miłości, z drugiej tych, którzy jeszcze czekają, lub być może nie chcą się z nikim wiązać i wobec słodko-czerwonej papki dostają odruchu wymiotnego. Taka wizja nie jest nam obca, odkąd Walentynki na stałe zagościły w naszych kalendarzach.


Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, że pod płaszczykiem miłosnej i radosnej czerwieni, kryje się o wiele ciemniejszy obraz tego lutowego dnia.
Święty Walenty nie patronuje tylko i wyłącznie zakochanym. Jest też patronem tych, dla których szczęście i radość, mogące płynąć z zakochania i miłości, są nieosiągalne. Mowa tu o osobach chorych, dotkniętych wszelkiej maści zaburzeniami psychicznymi, jak również epileptykach. Już nie jest tak różowo, prawda?

Wobec powyższego warto na chwilę otrząsnąć się z ciepłej pierzynki czerwonych serc i zastanawiając się nad bolesnymi doświadczeniami innych, docenić to, jak mamy dobrze, nie musząc nosić ciężkiego brzemienia choroby, która nierzadko powoduje społeczny ostracyzm i ogólne trudności w codziennym funkcjonowaniu.

Pędzący do przodu świat nie sprzyja spokojowi, przyczyniając się do wzrostu nerwowości, z którą niektórzy nie potrafią sobie poradzić i ulegając jej, wpadają w macki różnych dolegliwości - depresji, nerwic, stanów lękowych, czy uzależnień. Oczywiście znajdą się osoby, które stwierdzą, że odsetek chorych w porównaniu z liczbą ludności jest niewielki. Bzdura! Duży, czy niewielki - to nie jest ważne. Do myślenia skłania fakt, że ten odsetek dotkniętych zaburzeniami rośnie w zastraszającym tempie. 
Mimo tego, że chorych osób jest coraz więcej, to - przynajmniej w naszym kraju - temat jest swoistym tabu, o którym wstyd i strach mówić, żeby tylko nie zaburzyć sobie pozytywnego obrazu codzienności. Poprzez brak oswojenia z tematem wśród zdrowych, osoby chore rzadko spotykają się ze zrozumieniem społeczeństwa. Mało kto ma ochotę na rozmowę o swoich problemach, a spowodowane to jest strachem przed odtrąceniem, czy wyśmianiem. Mimo, że z roku na rok diagnozuje się coraz więcej przypadków depresji, czy nerwic, próba rozmowy o nich sprowadza się często do zbywającego skwitowania: 'Weź się ogarnij i nie przesadzaj, przecież nie jesteś czubkiem!'.

Problem jest o tyle poważny, że wśród wszystkich osób z zaburzeniami, większość stanowią ludzie młodzi, w wieku produkcyjnym, często jeszcze uczący się, którzy po przejściu terapii nie są w stanie odnaleźć się w społeczeństwie. Nie mogą znaleźć pracy, bo 'ta lepsza i ładniejsza strona' nie chce współpracować z byłym "wariatem". W tym miejscu koło się zamyka, bo prawdopodobieństwo, że odtrącony społecznie człowiek, znów popadnie w chorobę jest bardzo wysokie. Zmienić to można tylko w jeden sposób - zauważając problem i nie bagatelizując go, bo nigdy nie możemy być pewni tego, czy nie przyjdzie nam się z nim mierzyć osobiście.

Zdjęcie pochodzi z pixabay.com, CC0, oo11o

Sprawdź też:

OSTATNIE

ARCHIWUM