sobota, 23 maja 2015

Rudawy Janowickie - Las, skałki i poszukiwania szlaku

Taki już urok niskich gór, że częściej się schodzi w dół, niż wdrapuje na wzniesienia. Za to jak już przychodzi wpełznąć wyżej, dyszę jak stary parowóz, bo nagłe pokonanie wysokości na niewielkim odcinku może zmęczyć. Dziwnym trafem używam wtedy więcej nieparlamentarnych słów niż zwykle. Czas iść dalej.

Rudawy Janowickie

Zostawiam za sobą Zamek Bolczów i schodzę (jeszcze nie z tego świata, więc nie macie się co cieszyć) niżej szlakiem zielonym, by dotrzeć do żółtego, prowadzącego wzdłuż drogi. Trakt w tym miejscu nie dostarcza praktycznie żadnych widoków. W zamian trochę smrodku z sąsiadującego cieku, który aspiruje do bycia górskim potokiem. 

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie
Potok Janówka


Mijam sąsiadujące z trasą formy skalne, m.in. Skały Krowiarki i Ścianki. Szkoda, że w większości skryte wśród drzew, więc nie było opcji, by podziwiać je w pełnej krasie.

 Ścianki

Ukryte w lesie Skały Krowiarki

 Skalny Most

Skała Piec

Marsz zajmuje mi około czterdziestu minut, korony drzew się trochę przerzedzają i od razu dostaję słoneczną lampą prosto w gębę. Grzało dokumentnie, więc się wcale nie obraziłam, gdy na rozdrożu szlak niebieski znikał w lesie. Przyszlakowa ławka zachęca do krótkiej przerwy na piciu, z której korzystam gorliwie, zmniejszając tym samym ciężar niesionego plecaka. Nawodniona podrywam tyłek do dalszego tuptania.


Wszystko pięknie, cisza, spokój, tylko ten szlakowy niebieski skubaniec rozpływa się w powietrzu i za nic nie chce się zmaterializować na żadnym pniaku w najbliższej okolicy. Profilaktycznie sprawdzam mapę. Jestem tam, gdzie być powinnam, nikt po drodze szlaku nie przemalował, więc o żadnym zgubieniu nie ma mowy. Tylko, że teraz nie wiem, gdzie leźć dalej. Z lewej krzaki, z prawej też, z przodu chaszcze jeszcze większe, za mną droga, którą przyszłam.

Opcje miałam dwie:

- iść na pałę i bez zastanowienia prosto, a nóż gdzieś wylezę - głupi pomysł!
- poświęcić trochę czasu i iść w każdym z możliwych kierunków w poszukiwaniu niebieskiej gadziny, lustrując wszystkie okoliczne pniaki i większe kamienie.

Wybór padł na opcję numer dwa i zaowocował skakaniem przez powalone drzewa, obiadem z pajęczyn, które, ciul wie skąd, pojawiały się akurat na wysokości mojej paszczy. Dodatkowo, wspomniane skoki przez drzewo-płotki zadbały o kolejne atrakcje w postaci ukrytych pod ściółką mokradełek, w które z największą gracją wpakowałam lewe kopytko. Zawsze lepsze to niż błotna maseczka na gębie w środku lasu.
Ostatecznie niebieski złośliwiec się znalazł, gdy już odpuściłam szukanie i ruszyłam, obierając kierunek mniej więcej. Dotarłam do szutrowej drogi, którą według mapy powinnam przeciąć, więc to moje ogarnianie kierunków nie jest takie złe, jak na babę (#wiemktóratoprawastrona).

Rudawy Janowickie góry weekend

Mijam Lwią Górę, Starościańskie Skały oraz nielicznych wspinaczy okupujących okoliczne skałki i zmierzam dalej, by dotrzeć ponownie do szlaku zielonego, który razem z tym nieszczęsnym niebieskim będzie prowadził mnie do Przełęczy Karpnickiej i dalej do schroniska Szwajcarka. Na wysokości przełęczy zastanawiam się, ile jeszcze, bo teren jest dość odsłonięty, a słońce, jak na złość, pozbyło się z siebie wszystkich chmur i grzeje tak, jakby miało mi tego ciepła starczyć do przetrwania kolejnej zimy.

 Nawet na mało widokowym szlaku się jakiś widok znajdzie - a tle Karkonosze


Schronisko Szwajcarka - w stylu tyrolskim i w całości z drewna

Gdy zaczynam mijać ludzi, wiem, że schron już blisko, a w moje głowie widnieje już wizja przerwy jedzeniowej.
Wypad nie mógłby się obyć bez schroniskowego papu, więc lecę po naleśniki. Dzierżąc w łapach przygotowane amciu zapominam o swej blogerskiej profesji i nie robię sesji temu jakże fotogenicznemu posiłkowi. Póki co, zdjęć wewnątrz bebechów jeszcze nie opanowałam, więc musicie mi wierzyć, że jadłam i od tego nie padłam. Mało tego, posilona odpowiednio skierowałam swe kopytka w kierunku kolejnych celów. Sokolik i Krzyżna Góra już wzywały, więc nie mogłam pozwolić, by czekały na mnie zbyt długo.
Czytaj dalej →

czwartek, 21 maja 2015

Rudawy Janowickie - Zamek Bolczów

Rudawy Janowickie - Zamek Bolczów

Grzechem byłoby nie wykorzystać zeszłej soboty. Po pierwsze aura była zacna, a po drugie pan małżon uskuteczniał wyjazdową integrację pracową. Nie godziło się więc pozostanie w chacie, celem latania na odkurzaczu w wirze sobotnich porządków. 
Pierwotnie, w mej głodnej górek łepetynie zrodził się pomysł, by uderzyć w kierunku Zakopanego i stamtąd na jakiś tatrzański szlak. Jednak moja trzeźwa strona umysłu wzięła deskę i pierdzielnęła mnie w głowę odpowiednio mocno, by mi tę myśl wyperswadować. Wyjazd na jeden dzień, a  do tego spędzenie połowy życia w autobusie. To się zdecydowanie nie kalkulowało.

Pozostawało uskutecznić szybkie kopanie w szufladzie z mapami i wybrać coś w miarę blisko, żeby sprawnie dojechać i trochę pochodzić. Wybór padł - szybko i zdecydowanie - na Sudety, a dokładniej Rudawy Janowickie i Góry Sokole, w których byłam tak dawno, że nawet najstarsi górale tego nie pamiętają.

Pobudka skoro świt w niczym nie przeszkadzała i nawet przełączanie budzika na drzemkę nie było konieczne. Taka to już moc wyjazdów. Hell yeah! Szybkie pakowanko plecaka we wszystkie niezbędne elementy ekwipunku oraz papu i już biegłam na tramwaj, coby zdążyć na pociąg. No i ta cisza na dzielni o poranku - miodzio!

Na dworcu oczywiście zgrzyt, bo wypadałoby kupić bilet, ale ludzi dziki tabun, a kasy czynne dwie. Spowodowało to oczywiście utworzenie się kolejek dłuższych niż te, które wiły się za komuny przed sklepami, gdy rzucili srajtaśmę. Biletu nie kupuję, bo czas się kurczy i zostają dwie minuty do odjazdu. Głupio by było tak zostać, mimo, że się człowiek nie spóźnił. Dziki cwał na peron i myśl: 'Jak mi będą konduktorzy chcieli doliczyć dopłatę za zakup biletu w pociągu, odgryzę im rękę'. Chyba czytają w myślach, bo dziwnym trafem ręce zachowali.

Zadowolona sadowię szanowne cztery litery, rzucam okiem na mapę, czy aby na pewno wiem, gdzie wysiadam, biorę czytadło i mnie nie ma. Kierunek: Janowice Wielkie. Ciuch, ciuch... Nic się nie dzieje, do czasu, gdy w Wałbrzychu wsiada stonka w postaci wycieczki chyba szkolnej i w ilości x-krotnie przewyższającej liczbę miejsc w pociągu.
'Będzie się działo' - pomyślałam i się nie pomyliłam, bo wnet zaczęły się pielgrzymki między-siedzeniowo-między-wagonowe, od jednego uczestnika do drugiego, bo ten ma żelki (i się świnia nie dzieli), tamten czekoladki, a jeszcze kolejny bułki. Do tego wszystkiego pan opiekun 'Jestem pierwszy raz na wycieczce', krążący z częstotliwością wściekłego bąka od siedzenia do siedzenia ciągle z tym samym pytaniem: "Wszystko w porządku? Dziewczynki, wszystko ok?"

Wdech, wydech, przeżyłam, o 8.30 wysiadłam, zlokalizowałam szlak, który miał mnie prowadzić i ruszyłam, odganiając od siebie wioskowe, biegające samopas kundle, które za wszelką cenę chciały sprawdzić przydatność do spożycia nogawek moich spodni.

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Ze stacji Janowice Wielkie ruszam szlakiem zielonym, pośpiesznie mijam miejscowość, by już za moment zagłębić się w las. A sam szlak, nie ma co ukrywać, był zielony nie tylko z oznaczenia, jakie mu nadano.

Pozwalam wyprzedzić się jedynej napotkanej w tym rejonie turystce, coby mi się w kadr nie wpitalała i wszystkie krzaczory moje, łącznie z robaczkami, pajączkami i świergoczącymi ptaszkami.

Po około czterdziestu minutach docieram do pierwszego celu w tym dniu - ruin Zamku Bolczów, znajdujących się w północnej części Rudaw Janowickich, na wysokości ok. 561 m n.p.m..

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów
 Widok na zespół bramny

Zamek Bolczów
 Most nad suchą fosą i zespół bramny

Zamek Bolczów
 Schody do Kapelanii

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą z 1375 roku. Był posiadłością rycerskiego rodu Boliców (Bolczów) i góruje nad doliną Janówki. Usytuowanie pozwoliło na wykorzystanie przy budowie zamku granitowych skał. Na samym początku zamek był niewielki. Posiadał czworokątną basztę i cysternę na dziedzińcu. Późniejsza odbudowa w XV wieku zaowocowała rozbudową. Wtedy powstały wielki dziedziniec otoczony murem obronnym z basztą bramną. W XVI wieku zamek ponownie przebudowano, otoczono fortyfikacjami oraz suchą fosą, której pozostałości widać obecnie. Dobudowano też basteję bramną.

Prace konserwatorskie pozwoliły na zachowanie murów zespołu bramnego z barbakanem i basteją. W murach obwodowych znajdziemy widoczne otwory strzelnicze.

Ruiny komponują się idealnie z okolicznym lasem, stanowiąc bardzo fajną miejscówkę na wypoczynek i relaks, o czym dobitnie świadczyły biwakujące tam osoby. Śniadanko na zamkowym dziedzińcu po uprzednim dreptaniu lasem pod górę smakowało mniamuśnie, dając odpowiedni zastrzyk energii do dalszej wędrówki, choć szczerze powiem, że było mi tam tak wygodnie, że nie chciało mi się tyłka ruszać. Ale, jak to mam w zwyczaju, zaplanowaną trasę lubię realizować w całości, więc zebrałam dupkę w troki i ruszyłam dalej. W dół, w kierunku szlaku żółtego, który miał mnie poprowadzić dalej wśród lasu i skałek.
Czytaj dalej →

piątek, 15 maja 2015

Podróżowanie bez znajomości języka obcego? - Poradzisz sobie!

Podróżowanie bez znajomości języka obcego

Piękna nasza Polska cała. Bez dwóch zdań. Można ubóstwiać nasze góry, z lubością spędzać czas nad morzem, żeglować, poznając Mazury, organizować spływy kajakowe, czy odkrywać mniej lub bardziej znane zaułki miast i miasteczek. Dla każdego coś miłego. Do wyboru, do koloru, w zależności od upodobań i nastroju. Żyć nie umierać.

Jeśli jednak ruszasz się z domu nie tylko do wielkiego dzwonu, a poznawanie nowych miejsc sprawia Ci po prostu frajdę, w pewnym momencie zaczynasz odczuwać chęć odkrycia nowych rzeczy i regionów poza naszymi granicami. Wszak nie tylko polskimi krajobrazami i smakami człowiek żyje. A że zagranica w dodatku ma do zaoferowania wiele, żal by było z tego nie korzystać.

Cóż z tego, że brak znajomości języka obcego może stanowić pewną trudność. Nie warto siedzieć wyłącznie na swoim własnym podwórku tylko dlatego, że gdzieś indziej mówi się inaczej.
Młodsi są niejako na nieco lepszej pozycji niż starsi, bo mniej lub bardziej, a już na pewno w wersji Kali kochać, Kali chcieć, dogadają się z rówieśnikami w języku angielskim. U naszych wschodnich i południowych sąsiadów raczej spokojnie wystarczy mieszanka polskiego i miejscowych słów przyswojonych z rozmówek. Sprawa nieco się komplikuje, jeśli najdzie nas ochota wybyć naprawdę daleko, w rejony egzotyczne, gdzie my sami będziemy atrakcją dla tubylców.

Oczywiście możemy trafić tak, że nasze filologiczne umiejętności będziemy sobie mogli o kant tyłka strzaskać. W takiej sytuacji trzeba sięgnąć po bardziej kombinacyjny oręż komunikacyjny, który musi zadziałać, jeśli nie chcemy być chociażby głodni, czy zostać na jakimś zadupi w środku nocy. 

Siła gestów i mowy ciała

Kiedy już wyczerpiesz wszelkie możliwości, polegające na powolnym i wyraźnym artykułowaniu wszystkich możliwych kombinacji znanych Ci słów, nie pozostaje Ci nic innego, jak polegać na mowie ciała. Czasem zwykły uśmiech, czy pokazanie czynności lub rzeczy niczym w kalamburach rozwiąże problem, a już na pewno rozładuje atmosferę.

Pismo obrazkowe

I nie mam tutaj na myśli eksplorowania egipskich piramid i ichniejszych hieroglifów. Chodzi raczej wszelkiej maści rysunki. Wiesz, jeśli nie jesteś Picassem, to poćwicz przed wyjazdem. A nóż się przyda. No i koniecznie miej ze sobą coś do pisania. Chyba, że wolisz kreślić swoje dzieła na pisaku (Gorzej jeśli przyjdzie Ci "walczyć" na betonie. Wtedy patykiem nie podziałasz). Grunt, żebyś potrafił narysować ogólnie o co Ci chodzi. Przypomnij sobie na tę okoliczność podręcznikowe komiksy, czy grafiki, skup się na piktogramach i... własnej wyobraźni. Źle nie będzie. Co najwyżej wesoło.

Pamiętaj, że jakby nie było, to sobie poradzisz, choćby Ci miały bicki urosnąć od gorliwego machania rękami, celem wygestykulowania tego, co masz na myśli. Olej język i zostań komunikacyjnym ninja.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 11 maja 2015

Sztuka kompromisu w podróży

Sztuka kompromisu w podróży Góry Lifestyle

Podróże i poznawanie nowych miejsc dają kopa i potrafią nakręcić niezwykle pozytywnie do życia, ładując w nas dużą dawkę energii. Wiesz już doskonale, z czym to się je. Potrafisz zadbać o swoje bezpieczeństwo, a listę przydatnych gadżetów znasz na pamięć i recytujesz ją niczym tabliczkę mnożenia na środku klasy podczas lekcji matematyki w szkole podstawowej. 

By dopełnić całości - o ile nie zwykłeś podróżować samotnie - potrzebujesz jeszcze sprawdzonego towarzysza podróży, który będzie potrafił z Tobą współpracować, organizować i przeżywać, a w razie zgrzytów, czy niedogodności będzie też gotów pójść na kompromis.

Sztuka kompromisu w podróży - Czy to jest w ogóle realne?

Okazuje się, że tak. Mało tego, rzeczony kompromis jest zwykle bardzo pożądany, gdyż idealny partner wyjazdowy nie istnieje. I chociaż wyjeżdżamy z kimś - co naturalne - o podobnych zainteresowaniach, to mimo wszystko każde z nas to indywiduum i wcześniej czy później nadejdzie moment zweryfikowania planów tak, by każdy członek wyprawy był zadowolony. 
Jeżeli w tym momencie upartość nie zaczyna wychodzić nam uszami jesteśmy na dobrej drodze i istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że wyjazd nie zamieni się w wojnę, tudzież regularną walkę o przetrwanie, a pozwoli jedynie na zacieśnienie towarzyskich więzi.

Naturalnie warto przemyśleć i przedyskutować pewne kwestie przed wyjazdem, żeby się potem nie okazało, że jednej stronie nic nie pasuje. W końcu nie chodzi o to, by na siebie jojczyć, sapać i stękać cały wyjazd.

Wstępne planowanie trasy, zwiedzania, atrakcji, jakie zamierzamy zobaczyć po drodze. Zwykle przed wyjazdem bunkruję się z mapą i notuję, a zapiski zdają się nie mieć końca. Potrafię miejsc wypisać tyle, że starczy na kilka wypadów, a my mamy do dyspozycji na przykład tylko weekend, a w nim jeszcze trzeba odliczyć czas na dojazd. Stało się już naszym rytuałem, że po moim dzikim wkopiowywaniu mapy atrakcji do mózgu, Piotr to wszystko weryfikuje, delikatnie studzi mój zapał i skraca trasę. A robi tak po tym, jak nas kiedyś przegnałam po Karkonoszach do tego stopnia, że sama sobie chciałam odrąbać nogi, bo już nie chciały iść.

Ze wstępnymi planami powinien iść w parze wgląd na upodobania uczestników wycieczki. Jeden będzie się skupiał na architekturze, podziwiał detale budynków i kontemplował muzealne eksponaty. Ktoś inny natomiast dużo lepiej odnajdzie się na łonie natury, buszując po lasach, wędrując po górach, czy udając szczupaka w jeziorze. Jeszcze inny pod pojęciem idealnego wypadu będzie rozumiał całodzienny plażing. Idealnym przykładem porozumienia był nasz wypad z dobrymi znajomymi do Chorwacji. I choć znajomi bardzo dobrzy, to jednak nasze upodobania już się tak idealnie nie pokrywały. Jednak tak urozmaiciliśmy wyjazd, że chyba każdy był zadowolony, a  ja przeżyłam nawet plażing.

Mając wstępnie zaplanowany wyjazd i poznane upodobania uczestników pozostaje skupić się głębszym komforcie. Noclegi i papu również potrafią się przyczynić do kłótni i niezadowolenia. Tutaj o kompromis chyba najciężej i trzeba się w tej kwestii zgadzać. Raczej średnio widzę osobę kochającą wysokiej klasy hotele, która ni z tego ni z owego przenocuje w schronie bez ciepłej wody, czy w namiocie po kilku godzinach łazęgi. Tak samo nie każdy zapała sympatią do obiadu  pod postacią pasztetu i konserwy przełożonych czekoladą niesionych w plecaku. A perspektywa samotnego jedzenia, jeśli jedziemy ekipą, czy we dwoje, jest raczej słaba. W tym przypadku każdy uczestnik powinien być świadomy tego na co się pisze.

Skoro zawsze z niecierpliwością czekamy na wyjazd, nie warto tracić czasu na sprzeczki. Ze swojej strony mogę dodać, że jestem wyjątkową szczęściarą, że mi się trafił taki górolubny małżonek, ale gdyby było inaczej, to bez wahania zaprosiłabym do ekipy kompana o imieniu Kompromis. Choćbym go miała za uszy do nas przyciągnąć. Niech się wszystko układa, a każdy - nawet najkrótszy - wypad obfituje w atrakcje i doznania, o których będziemy mogli opowiadać z uśmiechem na twarzy.

Oczywiście podzielcie się swoimi historiami. Wolicie działać samodzielnie, jesteście zmuszeni do kompromisów, a może dostąpiliście zaszczytu wycieczkowania się z podróżniczymi ideałami?
Czytaj dalej →

sobota, 9 maja 2015

Plusy i minusy pobytu nad morzem poza sezonem


Dla sporej grupy osób hasło "Wypoczynek nad Bałtykiem" zwizualizuje się letnimi wakacjami, kiedy to na północ naszego kraju wyrusza siła ludu, by uskuteczniać plażowy relaks, połączony z niekończącą się walką o każdy centymetr kwadratowy wolnej piaszczystej przestrzeni.

Na całe jednak szczęście nikt nam dostępu do Bałtyku poza letnimi miesiącami nie zabiera. Nie godzi się więc, by choć raz tego faktu nie wykorzystać. Jeśli więc pałasz sympatią do naszej bałtyckiej kałuży i nie ograniczają Cię terminy wakacyjno-urlopowe, szkoła dzieciaków, czy wysoce absorbująca praca, nic nie stoi na przeszkodzie, by z nadmorskich klimatów korzystać w ciągu całego roku. Takie poza sezonowe wyjazdy mają zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Nad tym, których jest więcej, nie będę się zastanawiać. Skupmy się za to na plusach i minusach takiego urlopu.

NA PLUS

Jeśli na nasz pobyt wybierzemy miesiące poza szczytem sezonu, możemy się cieszyć spokojem i brakiem tłumów. Przejście nadmorską promenadą, czy plażą nie będzie wywoływać chęci ucieczki, zakopania się w piasku i przeczekania ludzkiej inwazji. W spokoju będziemy mogli chłonąć otoczenie. 

Ceny noclegów nie przyprawią Cię o zawrót głowy i nie spowodują drenażu portfela i kieszeni. Poza sezonem jest taniej, a równie miło i sympatycznie.

W trakcie zwiedzania nie będziesz przedzierać się przez tłumy. W spokoju podejdziesz i obejrzysz to, co Cię w danej chwili zainteresuje. Nikt nie będzie Cię poganiać, ani zasłaniał Ci co lepszych widoków. Nadmorskie miejscowości poza sezonem zwiedza się wyjątkowo miło. Nawet w tych większych i bardziej znanych znajdziesz miejsce dla siebie, bez utarczek z innymi.

Jeśli wypad oznacza też dla Ciebie syjamskie połączenie z aparatem fotograficznym, jesteś na wygranej pozycji. Prawdopodobieństwo sytuacji, w której ktoś niepożądany Ci wpełznie w kadr, machnie ręką, czy inną kończyną, psując tym samym zdjęcie, jest niewielkie.

NA MINUS

Oczywiście nie może być zbyt pięknie, bo w przeciwnym razie naszą planetą zawładnęłyby jednorożce rzygające tęczą. Minusy są, a jakże. Jednak nie uważam, by jakoś drastycznie obniżały jakość takiego poza sezonowego pobytu.

Przygotuj się, że raczej na pewno będzie zimno. Mało tego, może pizgać tak, że Twoja kurtka zamieni się paralotnię, a fryzura będzie mogła posłużyć za gniazdo dla jakiegoś ptaszyska. Możesz wyglądać trochę niewyjściowo i wypluwać piasek z paszczęki, ale i tak będzie fajnie. O kąpieli w morzu zapomnij. No, chyba, że jesteś morsem, albo człowieczym wcieleniem foki.

Jeśli jesteś typem intensywnie zwiedzającym, możesz się zawieść, bo nie wszystkie atrakcje będą otwarte. Latarnie morskie (otwierają się dla zwiedzających dopiero w maju), wieże widokowe i niektóre muzea będą zamknięte dla odwiedzających. My tak dwa razy pocałowaliśmy klamkę w gdańskiej Twierdzy Wisłoujście.

Dodatkowym utrudnieniem będzie bardziej ograniczona komunikacja publiczna. Jeśli więc nie jedziesz samochodem, przygotuj się na to, że częstotliwość, z jaką będą jeździły busy pomiędzy miejscowościami, będzie okrojona. Warto wziąć to pod uwagę, szczególnie w miesiącach, kiedy dzień jest krótszy, bo raczej nikomu się nie uśmiecha utknąć gdzieś na zadupiu, czy innym szczerym polu.

Jeśli więc nie straszne Ci są te drobne niedogodności, jedź. Twoja decyzja zostanie wynagrodzona ciszą, spokojem i możliwością dostania się do miejsc normalnie okupowanych przez ludzką masę. Do tego, przy chłodniejszej, wietrznej pogodzie nawdychasz się tyle jodu, że zapasów tegoż wystarczy Ci do kolejnego wypadu, a organizm będzie Ci wdzięczny.
Czytaj dalej →

czwartek, 7 maja 2015

A wszystko przez kalmary - (Nie) SMAK MORZA w Sopocie


Po powrocie z wyjazdów, czy to dłuższych, czy krótszych, a nawet w ich trakcie raczej nie narzekam. W każdym razie mój narzek (jeśli już zostanie przeze mnie wyartykułowany) zawsze ma mocne podstawy. 
Zwykłam nie przejmować się pierdołami i drobnostkami, nie robię testów białej rękawiczki w hotelach, zwykle jem w biegu i  nie wybieram pieczołowicie miejsca na szamę. Wybór miejscówki zbiega się zawsze z odczuciem głodu w danej chwili. Jest głód, jest knajpa, nie szukam dalej, idę, zamawiam, jem, wychodzę, zwiedzam dalej.
Tym razem było inaczej. Było źle, choć wcale się na to nie zapowiadało, chociaż gdybym poczytała opinie (te jedzeniowe sprawdzam stanowczo za rzadko) to byśmy się tam nie zapuścili. Ale, od początku...

Do Sopotu zawitaliśmy na koniec naszego weekendowego wypadu, kiedy to odpoczywaliśmy w Jastrzębiej Górze i zwiedzaliśmy trójmiejskie zakątki. Doceniając uroki tej miejscowości, nie mogliśmy się tam nie wybrać choć na chwilę. Jak to z chwilami bywa, lubią się przedłużać, powodując zużycie energii, którą siłą rzeczy trzeba uzupełnić. Tak, zgłodnieliśmy i naszła nas dzika chęć na kalmary. Trzeba było działać.

Gdy przemierzaliśmy plażę przy sopockim molo, w oczy rzuciło nam się miejsce serwujące papu o sugestywnej nazwie Smak Morza RESTAURACJA & BAR. Jako, że miejscówka prezentowała się bardzo fajnie, sprawdziliśmy szybko wystawione na zewnątrz propozycje z menu. Pożądane kalmary zamachały do nas radośnie, więc nie pozostawało nam nic innego, jak wejść, złożyć zamówienie i cieszyć się smakiem.

W tym jednak momencie nasza radość i możliwość wszamania obiadu się skończyły, o czym przekonaliśmy się za chwilę. Chociaż nie. Chwila to bardzo niefortunne określenie, bo jak się okazało czas oczekiwania na cokolwiek w tym przybytku był nieokreślony, a my sami nie dostąpiliśmy zaszczytu, by obsługa zwróciła na nas uwagę.
A nie sposób było nas nie zauważyć. Nawet biorąc poprawkę na mój wzrost z metra cięty. Restauracja nie była przepełniona (trafiliśmy tam jeszcze przed sezonem), zajętych było kilka stolików. Na sali urzędowała trójka kelnerów, plus pani za barem.

Jeszcze przed próbą złożenia zamówienia podeszłam zapytać o toaletę (kolejna możliwość dla obsługi, by ogarnęła, że jacyś klienci się pojawili), wróciłam i... zaczęłam się nudzić, akompaniując palcami do marszu, który zaciekle zaczęły wygrywać moje kiszki. Gdy po piętnastu minutach nikt się nie pojawił, mąż poszedł poprosić o kartę. Chociaż byśmy się zajęli czytaniem. Pani za barem poinformowała, że koleżanka za moment (trwający od piętnastu minut) podejdzie. Nie podeszła ani koleżanka, ani ona, ani nikt inny. Minuty mijały, robiliśmy się coraz bardziej głodni. A ja, głodna, robię się zła (#prawdziwapolka). Mąż poszedł się przypomnieć i zapytać łaskawą panią: "Czy w dniu dzisiejszym można coś zamówić i zjeść?" i usłyszał tę samą śpiewkę o koleżance, co to za chwilę podejdzie. Nie podeszła.

Nie wiem, ile dokładnie czasu tam zmarnowaliśmy, bo gdy minęło ponad pół godziny porzuciłam liczenie straconych minut. Z wyrazem ostrej irytacji - mojej i towarzyszy wycieczki - wyszliśmy zniesmaczeni.

Jestem w stanie zrozumieć, że w szczycie sezonu, gdy w lokalu jest tabun ludzi, można się pogubić, zapomnieć o zamówieniu, etc., ale w spokojny dzień, gdy klient kilkukrotnie się upomina, takie zachowanie obsługi to absurd, pomyłka i zupełny brak profesjonalizmu. Nikt nie zwracał uwagi na to, czy ktoś wchodzi, gdzie siada, czy ma kartę, a może dłubie w zębie, lub rozkręca stół i krzesła wykałaczką. Szkoda, że nie dostąpiliśmy zaszczytu spróbowania potraw. Być może moja ocena byłaby inna. Niestety, nie mam żadnej podstawy, by mówić dobrze o tym miejscu. Niesmak, jaki pozostał, skłania mnie tylko do jednego stwierdzenia - NIE POLECAM! Szkoda nerwów.

A co do kalmarów, przez które to wszystko, to wszamaliśmy je kawałek dalej. W lokalu może mniejszym, z zewnątrz zupełnie nie przyciągającym, ale wewnątrz bardzo klimatycznym. Tam zajęto się nami od razu i na wysokim poziomie, tak jak się to powinno odbywać. Bar Black Pearl, również przy plaży, możemy polecić z czystym sumieniem. Miło, smacznie i szybko, bez zbędnych ceregieli.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 4 maja 2015

Pomorze na weekend - Lekcja historii w Muzeum Obrony Wybrzeża i na Westerplatte


Moja wiedza historyczna, jaką z niechęcią nabyłam w czasach spędzonych w szkolnej ławie, nigdy nie miała szczególnego wpływu na moje życie, ani nie skłaniała mnie jakoś szczególnie do refleksji. Bo i nad czym tu rozmyślać? Nad tym, co uprawiano w greckich polis, który z bogów budził największy strach wśród Egipcjan, czy może nad faktem wątpliwej higieny napoleońskiej Józefiny?

Historia to ciekawa i wciągająca bestia, jednak nie sposób się z nią polubić, jeśli do głowy tłuczone są nam daty w ilościach hurtowych, związane z bitwami, która nijak nas obchodzą. Zawsze odczuwałam niedosyt tego, że praktycznie nic nie wiem o historii nam najbliższej, o tym, jak wiele było przemilczane, co i z czego wynikało. Czułam się historyczną analfabetką - przykre.

W dzieje II Wojny Światowej zagłębiłam się dopiero na studiach, gdy musiałam zaliczyć historię Niemiec. Wstyd, że dopiero wtedy, ale niestety program w podstawówce i liceum skupiał się na prehistorycznych dyrdymałach i tym, który król był Śmiały, a który Laskonogi, oraz ile ziemi i po kim posiadał. Dlatego teraz nadrabiam, z upodobaniem oglądam dokumenty i odwiedzam miejsca poświęcone tym czasom.




Również teraz, gdy odwiedzaliśmy Gdańsk, nie odpuściliśmy wizyty na Westerplatte, przylądku, gdzie miał swój początek jeden z najciemniejszych i wyniszczających okresów naszej historii.
W trakcie spaceru, dzięki licznym tablicom informacyjnym, mamy możliwość zagłębienia tematu i poznania faktów historycznych.

Po raz kolejny, wchodząc w ruiny zbombardowanych koszar, miałam to dziwne uczucie, które kazało mi nasłuchiwać. Nie mam pojęcia, czym to jest spowodowane, ale jestem szczęśliwa, że nie dane mi było doświadczać tego, co musieli przeżywać zaatakowani, stacjonujący tam żołnierze. W ruinach przeszłość dotyka, dociera do odwiedzającego, że to wszystko się działo na prawdę. Obrazy, jakimi karmione są nasze oczy plus informacje zawarte na przygotowanych przez Muzeum tablicach, powodują, że to się pamięta, bo nie sposób zapomnieć. W tym miejscu nasuwa mi się pytanie: Czy lekcje historii nie mogłyby się odbywać w podobnych miejscach? Z taką wizualizacją, zapamiętywanie faktów byłoby gwarantowane. Niestety, raczej nie zanosi się na zmiany w programie i sposobie nauczania historii.


II Wojna Światowa to nie tylko heroiczna obrona Westerplatte, to także działania na Półwyspie Helskim, który - nie ma co ukrywać - był miejscem strategicznym w prowadzonych działaniach militarnych. 

Z tego też powodu w Helu zachowało się mnóstwo obiektów wojskowych, które w większości udostępnione są do zwiedzania, co może stanowić nie lada atrakcję dla miłośników tematu, jak również dla tych głodnych wiedzy.

W Helu mieści się Muzeum Obrony Wybrzeża, w którym dla zwiedzających przygotowano wystawy tematyczne, nawiązujące do czasów okupacji oraz obrony Helu. Znajdziemy tam między innymi wystawę granatów ręcznych, sprzętów medycznych, odtworzony niemiecki gabinet zabiegowy, wnętrza mieszkalne bunkra, elementy uzbrojenia. To wszystko, plus mnogość informacji działa na wyobraźnię.


Sala kmdr por. Zbigniewa Przybyszewskiego - patrona muzeum

Zawekowane szparagi oraz mięso. Wykopane wiele lat po wojnie.



Stanowisko ogniowe baterii Schleswig Holstein




Oprócz wystaw, znajdujących się w pomieszczeniach stanowiska artyleryjskiego B-2 "BRUNO", turyści mogą zwiedzić militarny skansen, znajdujący się w przyległym lesie. A zbiór jest na prawdę imponujący. To nie tylko kuchnia polowa, strzelnica, czy pomniejsze torpedy i miny. To również obiekty wielkogabarytowe - armaty różnego typu, łodzie, miny morskie i wiele innych. Dodatkową atutem tego miejsca w sezonie może być przejazd kolejką wąskotorową, co może stanowić nie lada atrakcję dla zwiedzających z dziećmi.


Armata morska B-13 kal. 130mm/50

Holowana armata przeciwlotnicza S-60 kal. 57 mm


W tym miejscu pozostaje mi jedynie dodać, że podróże - nawet te krótkie i bliskie - kształcą i pozwalają na bezbolesne poszerzanie horyzontów nie tylko o wiedzę z zakresu kultury danego miejsca, ale również aspektów historycznych.
Czytaj dalej →

FACEBOOK

INSTAGRAM

ASK.FM

ARCHIWUM