wtorek, 1 września 2015

Jak dbać o swoje wspomnienia?

Lubimy wracać do czasów dzieciństwa, czy nastoletniej młodości, kiedy głównie beztroska kształtowała każdy dzień, a wszystko, co było ponad codzienną normę, generowało masę pozytywnych emocji. To wtedy potrafiliśmy cieszyć się z drobnostek i wydarzeń, o których teraz często wspominamy z rozrzewnieniem i pewną nutką nostalgii.

Jak dbać o wspomnienia Pocztówki

Czytaj dalej →

sobota, 29 sierpnia 2015

Lato w Alpach: Vorarlberg, Kops-Stausee


Silvretta Hochalpenstraße nie mogła być naszym jedynym celem tego dnia. Z resztą, jak tu się skupić na jednym celu, gdy ma się ich całe mrowie dookoła. Mając jednak na uwadze fakt mojego potrubowania, nie wybieraliśmy się na nic niedostępnego. Ot, delikatny spacer w miłych okolicznościach przyrody.



Wybór padł na jezioro Kops-Stausee /1809 m n.p.m./ położone tuż za granicą Tyrolu, w sąsiadującym Vorarlberg.
Na trasie z Galtür w kierunku Silvretta-Stausee, na wysokości miejscowości Wirl, odbijamy w boczną drogę o asfalcie, którego nie powstydziłyby się główne drogi we Wrocławiu. Po kilkunastu minutach oraz kilku zakrętach docieramy do parkingu przy pensjonacie Alpengasthof Zeinisjoch.



Zostawiamy naszą błękitną strzałę i idziemy na spacer. Miejscówka jest iście idylliczna. Cisza, spokój, wstążka szlaku, którą przemierzają zarówno piechurzy, jak i rowerzyści, a dodatkowo jezioro, stanowiące gratkę dla wędkarzy. Żeby tego było mało, obok wspomnianego pensjonatu, znajduje się również kemping. Tuż nad brzegiem jeziorka. Nie muszę chyba dodawać, że z widokiem na góry.


Zostawiamy jednak parking i wędkarzy za sobą i zmierzamy w kierunku głównego zbiornika, by po kilkunastu minutach być na miejscu.



Zaporowe jezioro Kops zasilają wody z okolicznych górskich potoków i strumieni. Budowa zapory rozpoczęła się już w latach sześćdziesiątych, a z biegiem czasu cała instalacja była modernizowana.
Kops-Stausee to nie tylko miejsce rekreacji, które przyciąga turystów. To również trybik w machinie pozwalającej na wykorzystywanie energii wodnej.



To miejsce pokazuje, jak umiejętnie można połączyć aspekty czysto turystyczne z chociażby energetycznym zapotrzebowaniem regionu. I to bez szpecenia okolicznej przyrody.
Czytaj dalej →

wtorek, 25 sierpnia 2015

Tyrol to nie tylko wędrówki - Silvretta Hochalpenstraße


Po powrocie z kolejkowej wycieczki i austriacko-szwajcarskich spacerów, mieliśmy do dyspozycji całe popołudnie i nie zamierzaliśmy się bunkrować na kwaterze. Po raz kolejny skorzystaliśmy z dobrodziejstwa naszych turystycznych kart Silvretta i pognaliśmy naszą błękitną strzałę w kierunku wysokogórskiej drogi Silvretta Hochalpenstraße.
Czytaj dalej →

piątek, 21 sierpnia 2015

Lato w Tyrolu: Alpy - Wycieczka graniczna, czyli kolejkami do Szwajcarii

Kolejki linowe Alpy Tyrol Austria Szwajcaria

Mając na uwadze mało radosne przygody dnia poprzedniego i lanie, jakie spuściło mi słońce, musieliśmy powziąć mocną poprawkę na nasze wędrówkowe plany. Dzień zupełnie wycięty z życia i spędzony w łóżku nie nastrajał optymistycznie, ale pozwolił na to, by potłuczona głowa odpoczęła na tyle, by dnia kolejnego nie spędzać na kwaterze.

Mogliśmy już zapomnieć o mocno ekscytujących przejściach i podejściach, ale ze stanem zdrowia się nie dyskutuje. Wszak nie co dzień sobie człowiek łeb i facjatę obija. Pozostawało się cieszyć, że mimo pulsującej czachy i spuchniętej gęby w kolorze coraz bardziej dorodnego bakłażana, następnego dnia byłam już w stanie łazić. Jednak, ze względów oczywistych nic forsownego nie wchodziło w grę.
Czytaj dalej →

niedziela, 16 sierpnia 2015

THORN - Jason Hunt | Recenzja - W poszukiwaniu odpowiedzi

Po szeroko zakrojonej promocji, jaką Jason Hunt zaserwował przed premierą swojej książki, wszyscy - zarówno sympatycy, jak i przeciwnicy Tomka - czekali na tę pozycję, po cichu obgryzając paznokcie ze zniecierpliwienia i robiąc zapasy czekoladek na czas lektury. Balon oczekiwań, napompowany do granic możliwości, czekał na spuszczenie zeń powietrza. 


No i się zaczęło. W dniu, w którym pierwsze egzemplarze zaczęły trafiać w ręce czytelników, którzy z entuzjazmem i chęcią zaspokojenia głodu ciekawości rzucili się do lektury. To był dzień, w którym nawet kurierzy stanęli na wysokości zadania i dostarczali przesyłki z uśmiechem, bez porzucania ich pod krzakiem w ogródku sąsiada.

Tomek zapowiedział swoją książkę jako powieść motywacyjną. Coś więc zupełnie innego niż dotychczasowe poradniki dla blogerskiej braci. Znając jednak jego umiejętności do żonglowania emocjami i aplikowania niespodzianek, można było spodziewać się wszystkiego. I tak jest w istocie.

Wygląd

Gdy Tomek zaprezentował projekt okładki, te rysy i pęknięcia od razu skojarzyły mi się z malowidłem Michała Anioła. Tak po prostu. Jednak okładka to nie wszystko. Cały układ książki został dopracowany ze starannością i wielką dbałością o detale. Otrzymaliśmy wyjątkowy środek ze zróżnicowanymi, ale mimo wszystko współgrającymi ze sobą fontami. Do tego wydzielone akapity, które wręcz napędzały czytanie.

Treść

Książka napisana jest w taki sposób, że nie da jej się jednoznacznie sklasyfikować i zaszufladkować. Określona przez autora jako powieść motywacyjna posiada naturalnie takowe elementy, ale próżno szukać w niej sztywnych porad typowo coachingowych. Tutaj mamy coś więcej. Musimy sięgnąć głębiej.

Przy pobieżnym czytaniu treści możemy ją odebrać jako swoistą autobiografię. Z przesłaniem. Nie jest to sucha opowieść o życiu od początku do końca. Aż chce się czytać tę historię od początku. Każdorazowo odkrywać ją na nowo, interpretować zagadki, łączyć fakty.
To opowieść o przeżywaniu, odkrywaniu znaczeń i szukaniu drogi, do której mają prowadzić marzenia. Pełna absurdalnych sytuacji, dowcipna, z którą się płynie, by po chwili dostać w łeb taką dawką emocji, których nie sposób opisać. Szczególnie wtedy, gdy ma się wrażenie, że czyta się o perypetiach z własnego dzieciństwa, które mimo beztroski obfitowało w walące nas po tyłku i hartujące porażki i upadki. 

THORN jest historią, która faktycznie może zmotywować, ale przede wszystkim skłania do przemyśleń i zastanowienia się nad tym, co daje lub może dać nam pełnię szczęścia. Takiego szczęścia i spełnienia, które sprawią, że nasze życie będzie kompletne.

A gdyby tego było komuś mało, klimatu lektury dopełnia soundtrack ułożony przez autora. 

Jeszcze się wahasz, czy warto sięgnąć po tę książę? Zajrzyj też do Marcina, czy Pawła. Choć najlepiej wyrób sobie własne zdanie po przeczytaniu, bo żadna recenzja, czy dyskusja nie odda tego, co Cię czeka w trakcie lektury.
Dodam tylko, że jednorazowe przeczytanie nie odkryje przed Tobą wszystkiego. Możesz przyjąć zasadę, że wszystko w tej książce ma drugie dno. Baw się w detektywa, notuj, szukaj, bo nawet to, co wyda Ci się oczywiste, takie nie będzie.

Mnie w tej chwili pozostaje czekanie do wiosny i rozkminianie ukrytych w treści zagadek i zawiłości.
Czytaj dalej →

piątek, 14 sierpnia 2015

Upał w górach jest niebezpieczny! - Jak sobie z nim radzić?

Góry Upał

Lato ma to do siebie, że nie trwa wiecznie i dodatkowo bywa kapryśne, jeśli chodzi o aurę. Dlatego też przez wielu jest wyczekiwane z utęsknieniem i gdy przychodzi, serwując przy okazji pogodę, jak żyleta, gawiedź jest w siódmym niebie. Wszystko jest cacy, gdy temperatura pozostaje w pewnych granicach normy, które dalekie są od tropikalnego skwaru, powodującego dramatyczne kurczenie się zapasów wody i wysychanie wszystkiego, łącznie z tym, co mokre i wcześniej płynące.

Bywa jednak tak, że słońce nie zna umiaru i w diabelskim porozumieniu z gorącymi frontami serwuje nam saunę i piekarnik w jednym, gdziekolwiek byśmy nie byli.

Ciągnące się w nieskończoność afrykańskie temperatury za cholerę nie sprzyjają dobremu samopoczuciu. Szczególnie w wybetonowanych miastach. Kto więc może ucieka w poszukiwaniu choć odrobiny ochłody. Palmę pierwszeństwa od zawsze trzymają wszelkiej maści zbiorniki wodne, w których można się taplać do woli, chłodząc się przy tym nieco.

Oczywiście nie tylko rzeki, jeziora, czy morze mogą dać nam wytchnienie. W porównaniu z miejskim skwarem również góry wypadają o niebo lepiej, ciesząc przy okazji oczy widokami i napełniając płuca porządną dawką czystego powietrza. Nic tylko ruszać na szlak. Jak się jednak okazuje, nie jest tak różowo. 

Przy tak skrajnych temperaturach, również w górach (mimo, że jest tam chłodniej niż w miastach, czy dolinach) słońce potrafi dać do wiwatu, a turyści, którzy szukają ochłody na górskich szlakach, są narażeni na negatywne skutki, jakie niesie ze sobą taki gorąc. Dłuższe przebywanie w miejscach bardzo nasłonecznionych nie jest wskazane. Mamy więc dwie opcje. Albo zakopać się w ziemiankę, tudzież wleźć do lodówki i przeczekać ten pogodno-gorączkowy armagedon, albo uzbroić się odpowiednio i korzystać z urlopu. 
Chłód lodówki brzmi wprawdzie zachęcająco, ale jeśli nie zamierzamy przesiedzieć całego urlopu na dupie, musimy sobie jakoś radzić.

Jak więc walczyć z żarem lejącym się z nieba?

Przyznaję, że walka z takim przeciwnikiem, jakim jest dzika spółka Słońce & Prażący Partnerzy, wymaga pewnych wysiłków, ale można to wszystko okiełznać. 

Po pierwsze - nawadniaj się. Jeśli zaczynasz marudzić, że noszenie wody, czy izotoników jest męczące, to faktycznie zostań lepiej we wspomnianej wcześniej lodówce. W czasie wysokich temperatur nie trzeba się szczególnie starać, by się odwodnić. Jeśli dodatkowo dołożymy do tego wzmożony wysiłek fizyczny, jakim jest niewątpliwie dreptanie po górskich szlakach, niebezpieczeństwo odwodnienia organizmu wzrasta kilkukrotnie. I to już stanowi poważne zagrożenie. Dlatego też nie tyle warto, co trzeba zabierać ze sobą dużą ilość wody oraz napój energetyzujący, który wspomoże uzupełnienie elektrolitów. Jak już przy piciu jesteśmy, to nie zapominajmy o jedzeniu, mimo że w takiej temperaturze smakować może średnio, szczególnie jak wszystko zmieni się z bułko-masło-czeko-tubkę. Zapasy energii trzeba jednak odnawiać.

Po drugie - noś lekką i przewiewną odzież. Gdy jest gorąco, najchętniej chodziłabym nago, bo nienawidzę, jak ubranie się do mnie lepi. W związku z tym, że do nudyzmu jednak mi daleko i gołym tyłkiem na szlaku raczej paradować nie wypada, coby misiaków i innych stworzonek nie straszyć, przywdziewam na siebie to, co mam najlżejszego i przewiewnego. Mimo, że nie neguję bawełny (mało tego, lubię ją za jej miękkość), to przy takich temperaturach stawiam na koszulki funkcyjne, oddychające, szybkoschnące i odprowadzające wilgoć. Miłość z bawełną zostawiam sobie na zimowe, wolne od potu, wieczory w domu.

Po trzecie - smaruj się kremem z wysokim filtrem UV. Wiem, że się chcesz opalić, bo jesteś na urlopie, a Twoja bladolicość doprowadza Cię do szewskiej pasji i średnio wygląda na tle strzaskanej na mahoń koleżanki z pracy, ale smaruj się, bo górskie słońce działa w wersji mega-turbo, szczególnie na znacznych wysokościach. Niby wiaterek, niby przyjemnie, a i tak zjara Cię jak prosię nad niepilnowanym ognisku. Oczywiście, mając na myśli aplikację kremu nie mam na myśli samej twarzy. Pamiętaj o karku, ramionach, nogach. Wprawdzie i tak Cię słońce przyjara, ale nie tak mocno, jakby to miało miejsce, gdybyś się nie nakremował.

Po czwarte - dobrze zaplanuj trasę. Okazuje się, że trasa, którą normalnie przeszlibyśmy z palcem w nosie, przy dużym nasłonecznieniu, potęgującym upał, może spuścić nam solidny łomot, którego skutki będzie nam dopiero dane poznać. Ostatni urlop dał mi do zrozumienia, że koniec z porywaniem się z motyką na słońce, celem zabicia wielkiego górskiego głoda, który domaga się karmienia w trakcie przykrótkich urlopów.
Choć dzień był piękny i obfitował w cud-widoki, które Wam prezentowałam ze wpisach dotyczących Greitspitz, Salaaser Kopf i Zeblasjoch, w połączeniu ze zmęczeniem, jakie zostało podkręcone upałem, miał dla mnie w zanadrzu przykrą niespodziankę. Uważajcie na siebie, bo w przeciwnym razie będziecie wyglądać tak:


Właściwie to nie zapowiadało się na takie atrakcje, bo w czasie wędrówki nic mi nie dolegało. Owszem, nogi czuły, że przeszły porządny kawał szlaku, woda schodziła w tempie ekspresowym, ale ani jej, ani papu nam nie brakowało. Słońce nas przypiekło jak to standardowo w naszym przypadku w górach bywało i dzień się skończył najzwyczajniej w świecie - planowaniem lekkiej, zupełnie kolejkowej wycieczki na szwajcarską stronę Alp. Bez wysiłku i łojenia.

To był słoneczno-zmęczeniowy łomot przesunięty w czasie. Poranek. Jestem w łazience, szykujemy się do zejścia na śniadanie. Wychodzę z łazienki, wiem, że trzymam klamkę, potem otwieram drzwi i... następne, co pamiętam, to swój własny okrzyk aua, który mnie budzi. I ręce, które łapią za nos i twarz. Leje się krew, dużo krwi. Z pierwszą świadomością, badam językiem stan szczęki - zęby są. Macam palcami noc - spuchnięty, jak u obitego Andrew, ale prosty, drożny, znaczy się nie złamany.

Straciłam przytomność. Po prostu mnie odcięło. Bez żadnych wcześniejszych sygnałów, typu zawroty głowy, zimny pot, ogólna słabość. Zapieprzyłam głową w solidne biurko stojące w pokoju, by na dokładkę wylądować gębą na podłodze. Skutkiem było rozcięcie czoła i nosa. Guz wielkości sporej mandarynki i opuchlizna postępująca z prędkością światła, zmieniająca moją twarz w obraz nędzy i rozpaczy. Powyższe zdjęcia to tylko namiastka. Prawdziwy hardzior wizerunkowy zaczął się następnego poranka, gdy nie mogłam otworzyć prawego oka, a połowę gęby miałam w kolorze bakłażana. 
Nie uwieczniałam tego widoku, ale jeśli macie dobrą wyobraźnie, to ona podsunie Wam ten obraz. Skrzyżujcie sobie bohaterów Star Treka z Quasimodo, dodajcie opuchliznę w wersji hard i koloryt wściekłego bakłażana to otrzymacie Karolinkę, która mogła by być dublerką w walce Rockiego.

Nie muszę chyba dodawać, że miałam mnóstwo szczęścia. Obyło się bez złamań i wstrząśnienia mózgu, choć łeb mnie pobolewał, a opuchlizna i kolory tęczy trzymały się na facjacie prawie trzy tygodnie, guz jeszcze nie zszedł całkowicie i miejsce jest jeszcze wrażliwe na dotyk. Stało się, jak się stało, ale boję się myśleć, jakie mogły by być skutki takiego odcięcia na szlaku, gdybym łbem przypieprzyła nie w biurko, a w jakąś skałę. Mogłoby nie być co zbierać.

Niech moje urlopowe "atrakcje" będą dla Was przestrogą. Nie rezygnujcie z gór, ale uważajcie na siebie, bo słońce się nie patyczkuje.
Czytaj dalej →

wtorek, 11 sierpnia 2015

Góry łączą... Mocno!

Mówi się, że jeśli chce się kogoś dobrze poznać, wystarczy zabrać go w góry, a tam już okoliczności około-wędrówkowe zweryfikują wszystko. I wiele jest prawdy w tym stwierdzeniu.

Ślub Rocznica Góry

Gdyby mi jednak ktoś powiedział, że to właśnie góry przyczynią się do połączenia dwóch ludzkich, praktycznie obcych sobie jeszcze wtedy, istnień, popukałabym się mocno w czoło. No bo ja rozumiem - góry, przyjaźnie, paczka dobrych znajomych, schroniskowe kontakty, etc.. Ale, żeby coś więcej? Mowy nie ma! Tak się dziewczę w mej osobie zarzekało.

Dziewczę jednak nie krowa i poglądy czasami zmienia, a gdy głód górski przyszpilił, szukało partnera do wędrówki, planów oczywiście żadnych dalekosiężnych nie snując, jak na zatwardziałą przeciwniczką ożenków i związków wszelkich przystało.

To miał być zwykły wypad, koleżeński, ze znajomymi. Ci jednak zdążyli się do wyjazdu wykruszyć, zostawiając nas samych sobie. Pojechaliśmy, by wrócić z prezentem, jaki otrzymaliśmy od górskich szlaków. Tym darem okazaliśmy się MY, by móc dalej iść wspólnie i uczyć się siebie nawzajem.

Czy to była miłość? Wtedy jeszcze nie. Na pewno. W końcu ona nie wybucha z dnia na dzień, nie dzieje się nagle. Zbudowaliśmy ją razem, z czasem. Rodziła się w godzinach wspólnych rozmów, spotkań, górskich wypadów, wzajemnego wsparcia oraz codziennych trudów, obnażając nasze słabsze i mocniejsze strony. Z biegiem czasu to uczucie stało się kompletne, oparte na zrozumieniu, szczerości, zaufaniu, wspólnych troskach i radościach.

Jeśli chcesz kogoś poznać, zabierz go w góry

A dziś? Dziś mijają 3 lata po ślubie i prawie 9 lat razem. W swoich oczach widzimy nas, spełniających się, idących razem ręka w rękę przez nasz wspólny świat, w którym nie brakuje ciepła, wsparcia, pożądania i solidnej porcji naszych wariackich wygłupów.
To po prostu miłość, za którą dziękujemy każdego dnia mocniej.
Czytaj dalej →

czwartek, 6 sierpnia 2015

Lato w Tyrolu: Alpy - Palinkopf 2864 m n.p.m. & Zeblasjoch 2539 m n.p.m.

Pora rozprawić się w końcu z tym dniem i ruszyć dalej. Podnosimy więc nasze szanowne kupry z Salaaser Kopf i obieramy kierunek na Palinkopf 2864 m n.p.m., który wydaje się być położony nieszczególnie daleko. Po raz enty lustrujemy mapę i cały czas mamy w zamyśle zrobienie ''małej" pętli, z zejściem Schmugglertour do szwajcarskiego Samnaun, a potem powrót kolejką na stronę austriacką. Idziemy...

Górska wersja modelingu

Czasu mamy jeszcze sporo, więc idziemy sobie raźno, naładowani słodkimi węglami i nieustannie podłączeni do butelkowego, przenośnego wodopoju. Maszerujemy, noga za nogą, przystając co pięć sekund na foto, a ten zakichany Palinkopf jakoś tak przestał się do nas zbliżać. 
Czytaj dalej →

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Lato w Tyrolu: Alpy - Salaaser Kopf 2744 m n.p.m.

Dzień, noga za nogą, nabierał rozpędu. Słońce przygrzewało, a my żegnaliśmy się z naszym pierwszym celem tego dnia. Greitspitz pomału zostawał w tyle, a przed nami rozpościerały się kolejne malownicze panoramy, generujące permanentne ruchy obrotowe naszych głów.

Czytaj dalej →

środa, 29 lipca 2015

Lato w Tyrolu: Alpy - Greitspitz 2872 m n.p.m.

Od naszego ostatniego pobytu w Tyrolu upłynęło bardzo dużo czasu, dlatego też tegoroczny wyjazd był wyjątkowo wyczekiwany. Przeze mnie bardziej, co od momentu potwierdzonej rezerwacji objawiało się notorycznym znoszeniem jajka przedpodróżnego i nieustannego snucia planów wędrówkowych. Te jednak zostały na miejscu szybko i boleśnie zweryfikowane, ale nad tym będę się rozwodzić innym razem.

Alpy Tyrol Greitspitz

Dziś pora na dawkę słonecznej energii i pierwszą, pourlopową foto relację, w której zabiorę Was na Greitspitz 2872 m n.p.m., przypominający trochę z wyglądu łeb naszego giewontowego rycerza. Jednak przy nim naszemu rycerzykowi bliżej do niziołków i pożywki dla masy wędrownej stonki, oblepiającej jego zbocza. Tam, pod alpejskim niebem, na całe szczęście stonkowych tłumów nie uświadczycie. Choć, nie powiem, mieliśmy pewne obawy co do tego. W końcu kopsnęliśmy się tam w środku letniego sezonu.

Urlop, czas start!

Mniej lub bardziej wyspani ściągamy nasze kopytka z wyrka i lecimy na pożywne śniadanko. W końcu porządna szama przed wyjściem na górskie dreptanie do podstawa. Pakujemy klamoty i montujemy się w kolejkę, dzięki której zyskujemy nie tylko wysokość, ale i cenny czas, którego - jak się okaże w ciągu dnia - będzie i tak za mało.



Czytaj dalej →

środa, 22 lipca 2015

4 wskazówki, jak łatwo orientować się na mapie

Jak łatwo orientować się na mapie

Jeśli pierwszy wypad na górskie szlaki w dalszym ciągu przed Tobą, zaprzyjaźnij się z dobrą mapą. Zapewniam, że związek z ta panią zawsze dobrze rokuje, pod warunkiem, że wybierzesz ją dobrze i z należytą starannością.

Mapa, jak każda kobieta, wymaga odpowiedniego obchodzenia się z nią, by rzeczony związek nie przyniósł strat w ludziach i mieniu. Nie rób przerażonej miny, będzie dobrze. Ba, nawet przyjemnie.

Jak ułatwić sobie orientację na mapie?

Wybierz mapę w odpowiedniej skali, aby mieć możliwie dokładne odwzorowanie terenu, łącznie z profilem wysokościowym. Dobrze wiedzieć, czy trasa będzie wiodła ostro w górę, czy też może będzie nas czekał łagodny spacer. Obecnie mapy turystyczne występują najczęściej w skali 1:50 000. Jeśli masz mapę z wartością niższą niż 50, np. 1:25 000 korzystaj z niej śmiało, bo obraz terenu będzie jeszcze dokładniejszy.

Trzymaj mapę przed sobą zgodnie z kierunkiem Twojego wzroku (nawet jeśli miałoby to oznaczać trzymanie jej do góry nogami). To co widzisz w terenie po lewej stronie, miej na mapie również po lewej. Tak łatwiej ogarniesz kierunki.

Nie chodź z rozpostartą płachtą. Złóż mapę tak, by wskazywała szlak na obszarze, na którym się aktualnie znajdujesz. Miej ją zawsze na podorędziu, by w razie potrzeby szybko na nią zerknąć i porównać to co wskazuje ze stanem faktycznym w terenie. Warto co jakiś czas spojrzeć na mapę i ogarnąć ważniejsze punkty odniesienia - kościół, skupisko budynków, etc.

Zwracaj uwagę na poziomice. To te linie na mapie (cienkie, najczęściej w kolorze brązowym), które łączą punkty o tej samej wysokości. Im bliżej siebie się znajdują, tym bardziej stromy będzie szlak, którym przyjdzie ci wędrować. Miej to na uwadze, bo tyranie pod górę potrafi zmęczyć i skutecznie spowolnić.

Nie jest tak ciężko, prawda? A tymczasem wzywam bardziej doświadczone duszyczki (wiem, że tu jesteście), by podzieliły się swoimi patentami na lepszą i łatwiejszą orientację na mapie i w terenie.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 20 lipca 2015

A Ty? Jak zapozujesz do urlopowej fotografii?

Pomysł na zdjęcie z wakacji

Okres wakacji i urlopów to nie tylko czas błogiego relaksu i poznawania nowych miejsc. To również nowe doświadczenia i przeżycia, często uwieczniane na fotografiach, wynikiem czego jest mnóstwo pourlopowych foto relacji, w które sama z lubością się zagłębiam. A, i żeby nie było, dodaję co nieco od siebie. Tym, którzy jeszcze nie ogarnęli przypominam, że zdjęcia trzaskam, jak turbo Japończyk na urlopowym głodzie. 

Ma to swoje zalety, bo pomaga przedłużyć urlopowe chwile, szczególnie wtedy, gdy po wszystkim trzeba zawlec tyłek do pracy. Wspomagam więc mój urlopowy umysł, ogarniając zdjęciową kuwetę - wywalam, przycinam, sortuję, wywołuję. Mam ogólną frajdę, bo cały czas jadę na cudownych oparach wojażowych wspomnień. Jednak dzisiaj nie o tym.

Otóż, obok grupy miłośników fotografii krajobrazu, czy po prostu łapania jedynych w swoim rodzaju momentów, jest też wiele osób uprawiających turystyczno-fotograficzną Kamasutrę z mniej lub bardziej znanymi zabytkami. To osoby, które za punkt urlopowego honoru stawiają sobie zrobienie najbardziej oryginalnej, w ich mniemaniu, fotki, prześcigając się przy tym w pomysłach. A te ze względu na taką siłę ludu, są już mocno powtarzalne i z oryginalnością mają tyle wspólnego, co dresiwo adidOsa na tureckim bazarku.

Niemniej jednak, jeśli wyjątkowo bardzo chcesz przynależeć do grupy od turystycznej Kamasutry, musisz mieć opanowane podstawowe pozycje, w jakich przyjdzie Ci się fotografować. Bez tego będziesz tylko zwykłym, krajobrazowym zdjęciotrzepem. Jedziemy...

Złap za czubek

Bynajmniej nie swojego nosa. Musisz znaleźć sobie odpowiedni obiekt do łapania. Z jakimś czubkiem oczywiście. Im bardziej oryginalny, tym lepiej. W ostateczności złap za czubek wieżę Eiffla, piramidę w Luwrze, a w ostateczności szczyt jakiejś góry. Tylko pamiętaj, im większe znalezisko, tym lepiej, bo się bardziej nagimnastykujesz.

Podtrzymaj

Nie po to wyciskałeś cały rok sto dwadzieścia na klatę i piłowałeś bicki, żeby teraz nie zrobić z nich użytku. Chylące się ku ziemi zabytki będą Ci wdzięczne. Myślisz, że dlaczego wieża w Pizie jeszcze stoi? Dzięki podtrzymującym ją bickom turystycznej gawiedzi. Do Pizy Ci nie po drodze? Nie martw się. W Polsce też mamy krzywą wieżę. Wystarczy, że udasz się do Ząbkowic Śląskich. 

Złap za rękę lub obejmij

Wiem, że o tym marzysz. Po cichu śnisz o tym, by objąć lub chociaż dotknąć co poniektóre zabytkowe cuda. Aby więc spełnić swoje skryte fantazje, przypuszczasz atak na wszelkiej maści pomniki. Przybijasz piątkę Jezusowi w Świebodzinie, dosiadasz konia, obejmując jeźdźca, a w ostateczności strzelasz misiaka z Aleksandrem Fredro na wrocławskim rynku. Nie wiem, jak tego dokonujesz, ale zdolniacha z Ciebie.

Daj buzi

Teraz się nie wymigasz. Skoro były macanki, podszczypywanie, łapanie za czubeczki, muśnięcia dłoni i napalone objęcia, musisz dać w nagrodę buzi. Tak bez buzi się już teraz nie godzi. Po prostu. Panowie na Górze Rushmore i Sfinks czekają na Ciebie z utęsknieniem. A tak swoją drogą to teraz wiemy, dlaczego Sfinks nie ma nosa. Jakiś całuśny napaleniec mu go odgryzł. Aby więc nie pogłębiać tej sfinksowej  kontuzji, bądź delikatny.


A jeśli w dalszym ciągu twierdzisz, że Twoje wakacyjne fotki zasługują na coś więcej, śmiało, podziel się pomysłem, może skorzystamy i ograniczymy nawet na tę okoliczność szuranie się w kosodrzewinie i wdrapywanie na skały i inne kamulce.
Czytaj dalej →

piątek, 17 lipca 2015

Reisefieber - Gorączka przedwyjazdowa

Urlop za pasem. Nieważne, czy to wyjazd krótki, długi, bliski, czy daleki. Może być planowany lub spontaniczny, ale zawsze lub prawie zawsze będzie towarzyszyć mu ona - potwora wycieczkowych umysłów - Reisefieber. Gorączka i to bynajmniej nie ta "sobotniej nocy", a przedwyjazdowa.

Reisefieber Gorączka przedwyjazdowa

To ten stan przed podróżą, który powoduje, że niektórzy zostają łazienkowymi królami kibelków, okupującymi z wątpliwym namaszczeniem porcelanowe trony. Towarzyszy im ogólne podenerwowanie, stres i rozdrażnienie, które skutecznie potrafią zabić radość z wyjazdu. Na całe szczęście stan ten jest najczęściej przejściowy, co nie zmienia faktu, że niektórym może dać się we znaki.

A jak to bywa u nas? Pan małżon przechodzi przez to bezobjawowo, albo się nie przyznaje. U mnie natomiast stan gorączkowości przebiega dwuetapowo.

Etap 1 - Stan maksymalnego zajarania

Przeżywam go najmocniej bezpośrednio po podjęciu decyzji, gdzie się wybierzemy i następującej po tym rezerwacji. Choćby do wyjazdu pozostawały jeszcze długie miesiące, ja już mam gotowy plan, którego atrakcjami można by obdzielić ze trzy wycieczki.

Robię się nadaktywna niczym gumisie po spożyciu soku z gumi-jagód. Przeczesuję internety, nurkuję do szuflady z mapami i atakuję półkę z przewodnikami. I gadam (jak normalnie gadam mało), klepię, mielę jęzorem: co, gdzie, za ile, jak długo i co koniecznie musimy zobaczyć, no i gdzie będą fajne miejsca na zdjęcia. Czy muszę wspominać, że mój najcudowniejszy towarzysz życia ma wtedy ochotę zakneblować mnie starą skarpetą? 

Po pewnym czasie przechodzę w stan rzekomego uśpienia. Niby nic nie truję, ale internety (zupełnie mimochodem) są przeze mnie przeczesywane, no i w cudowny sposób kupują się dodatkowe ubezpieczenie, kilka podróżnych gadżetów i nowa mapa. Samo się kupuje, mówię Wam. It's magic!

Po upływie bliżej nieokreślonego czasu ze wspomnianego uśpienia wybudza mnie pan małżon, coby wziąć ze mną czynny udział w organizowaniu wypadu. Mój stan zajarania staje się wtedy bardziej cywilizowany, co oznacza koniec mej gumijagodowej nadaktywności. Plan zostaje zaakceptowany. Pozostaje czekać na wyjazd.

Etap 2 - Stan ewidentnego zakręcenia

Do wyjazdu zostało niewiele czasu. Siedzę, jak na szpilkach i zamiast obiadu konsumuję własne paznokcie, zastanawiając się jednocześnie, w co i jak się spakować, żeby było dobrze i wygodnie. No i żeby czasami czegoś nam nie zabrakło.

W momencie, gdy już torba, tudzież inny plecak są wypchane wyjazdowymi wspaniałościami, po głowie zaczynają galopować myśli w stylu: Czy spakowałam wystarczającą ilość koszulek, majtek, czekolady? Czy aby na pewno mamy naszykowane dokumenty, ładowarki, telefony, aparat (z kartą pamięci)? Będzie ciepło, czy zimno,  a może będzie padać? A tak, szczoteczka do zębów... Choć w sumie i pastą na palcu by się paszczękę opędziło w razie draki. I tak by można w nieskończoność zastanawiać się i sprawdzać.

Gdy część mózgowia odpowiedzialna za logistyczne czynności związane z pakowaniem się uspokoi, do głosu dochodzi ta budząca do życia wyobraźnię. Zapomnij wtedy człowieku o tym, by zasnąć. Wizje uciekającego autobusu, pociągu występowały zawsze zanim przerzuciliśmy się na naszą wehikułową strzałę. Dodatkowo dziwny stres, że zaśpimi, który dokumentnie pozbawia mnie snu. Nie pomaga ani liczenie baranów, ani wstępne planowanie kolejnych wojaży. No takie zboczenie, cóż począć... A gdy jakimś cudem uda mi się zamknąć oczy, dziwnym trafem zaraz dzwoni budzik, którego dźwięk dokumentnie wystrzeliwuje mnie z wyrka. 

I chwała mu za to, bo wtedy stres i zakręcenie w cudowny sposób mnie opuszczają. Już się nie zastanawiam, czy wszystko spakowane. Najwyżej, coś się zaradzi naprędce. Teraz, z czystym sumieniem wracam do pozytywnego stanu zajarania. Najpierw jaram się przemierzaną drogą, a potem miejscem, do którego dotrzemy. Można zaczynać urlop. ;) 
A jak to wygląda u Was? Na spokojnie, czy wręcz przeciwnie?
Czytaj dalej →

wtorek, 14 lipca 2015

Na co zwracać uwagę przy wyborze butów górskich?

Jak wybrać buty trekkingowe

Pozazdrościłeś innym i w końcu napaliłeś się na górskie wojaże, niczym szczerbaty na suchary. Jesteś praktycznie spakowany, byleby już jechać i przemierzać górskie ostępy. Jest jednak jedna rzecz, która chwilowo nie daje Ci spokoju - buty.
Ponieważ należysz do tej bardziej rozgarniętej grupy ludzkości, wiesz, że po szlaku raczej w japonkach, ani robionych na szydełku balerinkach nie nachodzisz. Gorączkowo zaczynasz więc przeczesywać obuwnicze przybytki, by znaleźć buty wygodne i praktyczne.

Nie ma to tamto, żeby wyrypa była w pełni udana, trzeba zapewnić komfort naszym raciczkom. W końcu to one wiodą nas na szlak i pozwalają dotrzeć tam, gdzie zamierzamy. :)

O ile znalezienie miejsca, gdzie można zakupić buty nie stwarza problemów, o tyle już ich wybór tak. Na co więc zwracać uwagę przy wyborze obuwia, które ma nam służyć do pokonywania kolejnych wzniesień i nie obciążać naszych nóg?

Wybierz

Myślę, że nie będę odosobniona w stwierdzeniu, że obuwie to najważniejszy element górskiego ekwipunku. Jeśli więc zdecydowałeś, że Twój wypad nie będzie jednorazowy, a Twoja aktywność będzie obejmowała coś więcej niż tylko opalanie facjaty na Gubałówce, czas na wybór górskich bucików. I nie, nie musisz porywać się od razu na te z najwyższej półki, za miliony monet i z materiału takiego, że nawet nazwy nie będziesz potrafił wymienić. Nie, spokojnie. Pozwól sobie na złapanie bakcyla. Turbo obuwie, które będzie samo za Ciebie chodziło, jeszcze zdążysz sobie kupić.

Odpowiedz sobie na pytanie pomocnicze: Gdzie i jak często będziesz owe buty użytkować?

Jeśli wiesz, że na trasie będziesz spędzać mniej czasu, będziesz pokonywać krótki odcinki i zamierzasz odwiedzać góry niższe, o łagodniejszych szlakach, np. Beskidy, możesz wybrać obuwie lżejsze, niższe, lekko za kostkę. Lepiej, aby nawet na łagodniejszych szlakach noga trzymała się w bucie stabilnie.

Natomiast jeżeli już ambitnie zakładasz, że większość swych górskich wypraw spędzisz w górach wysokich takich jak chociażby Tatry, warto pomyśleć nad obuwiem dużo bardziej stabilnym i koniecznie takim, które bardzo dobrze trzyma kostkę. Oprócz tego warto mieć na uwadze to, aby but oddychał, ale jednocześnie nie dopuszczał do powstania powodzi wewnątrz, gdy wejdziesz stopą w kałużę, lub gdy przyjdzie Ci wędrować w deszczu. Do tego trzeba dołożyć twardszą podeszwę, która odgrywa bardzo ważną rolę w momencie pokonywania dłuższych tras. Nie ma nic gorszego niż ciągłe czucie kamieni pod nogami. Nie dość, że mało to komfortowe, to jeszcze wkurza i demotywuje.

Zastanów się również, czy będziesz buty wykorzystywać wiosną/latem, czy też jesienią/zimą. Jeśli stawiasz na chłodniejszą porę roku, zapewnij sobie takie obuwie, które będzie izolowało stopy od chłodu. Nie ma chyba nic gorszego niż dotkliwe zimno, kiedy przed Tobą jeszcze kawał drogi do przejścia. Jeśli mają to być buty typowo na zimowe warunki, zainwestuj w takie, do których przymocujesz raki - nieodzowne w wyższych partiach gór. W końcu chcesz chodzić, a nie się ślizgać, powodując zagrożenie dla siebie i innych. Tu uwaga, bo nie każdy but się do raków nadaje. Jeśli będzie zbyt wąski, raki będą się ruszać (nawet takie koszykowe), a uwierz, jest to wyjątkowo upierdliwe.
Mała wskazówka - celuj w obuwie uniwersalne, które założysz na szlak i zimą i latem. Bez obaw, dobre, oddychające buty, nie ugotują Ci stóp. Takie buty dobrze sprawdzą się też do codziennej bieganiny, gdy pora zrobi się bardziej deszczowa. Będzie sucho, ciepło i wygodnie.

Przymierz

Gdy już wybierzesz interesujący Cię model, czas na przymiarkę. Obuwie górskie należy mierzyć zawsze na grubszą skarpetkę. Wybierz taką, w której będziesz później butów używał. Twój rozmiar obuwia, jaki nosisz na co dzień będzie tu stanowić tylko orientacyjny punkt wyjścia, gdyż rozmiarówka w butach różnych firm może się nieco od siebie różnić.

Pamiętaj!

But nie może być za mały/ za ciasny.
- Nie może być też ściśle dopasowany w okolicy śródstopia i przodu stopy - w przeciwnym razie będzie powodował tworzenie się bolesnych pęcherzy, a tego przecież chcesz uniknąć. To żadna frajda, gdy na początku wyprawy już obklejasz stopy plastrami i nie możesz chodzić.
- Zostawiaj zawsze ok. 1 cm luzu. Będziesz mieć pewność, że nic Cię nie będzie ugniatać. Nawet wtedy, gdy ubierzesz grubszą skarpetę.
- But nie może też być zbyt duży. W terenie kamienistym lub bardzo stromym będzie to bardzo niewygodne dla stóp, które będą leciały do przodu. Taka sytuacja spowoduje tylko i wyłącznie powstanie odcisków na palcach. - Żadna przyjemność.

Dobrze dobrany but to taki, który nie uwiera w żadnym miejscu, ani w okolicy palców, ani na śródstopiu. To taki, w którym język idealnie przylega do nogi, a sznurowanie nie powoduje ugniatania. Komfortowe obuwie to takie, które nie będzie próbowało przepiłować Ci ścięgna Achillesa, z lubością wgryzając się w Twoją piętę. Wygoda przede wszystkim. Bądź dobry dla Twoich raciczek, a będą Cię z wdzięcznością niosły do miejsc przecudnej urody.

Gdy już dobierzesz i zmierzysz obuwie, ubierz je raz jeszcze, zasznuruj odpowiednio i przejdź się po sklepie. Wykonuj nogami ruchy podobne do tych, jakie będziesz wykonywał na szlaku. Poskacz, stań na palcach, powyginaj nogę. W ten sposób sprawdzisz, czy nic Cię nie uwiera. Wszystko gra? No to teraz pędzikiem do kasy, a potem tam, gdzie nogi poniosą.
Czytaj dalej →

sobota, 11 lipca 2015

Polski kierowca na zagranicznych drogach - Na co zwracać uwagę?

Będąc mieszkańcem globalnej wioski, wykorzystujemy możliwość przemieszczania się w różnych kierunkach, wybierając destynacje bliższe i dalsze. Raczej nie muszę dodawać, że okres wakacyjny sprzyja wzmożonemu ruchowi ludzkich mas do miejscowości mniej lub bardziej turystycznych. Urlopy i lato po prostu aż proszą, by poznawać nowe miejsca i rzeczy. Aby jednak dotrzeć do wybranego miejsca przeznaczenia, musimy zdecydować się na odpowiedni środek transportu. Niestety, nogi nas wszędzie na zaniosą.

Podróż samochód zagranica przepisy

Podróż samolotem, czy komunikacją publiczną nie nastręcza większych problemów. Ot, nabywamy odpowiedni bilet, przybywamy w określonym czasie na lotnisko/przystanek/dworzec, wsiadamy (czasami wskazana jest walka o przetrwanie - szczególnie, gdy dziki tłum napiera na drzwi jednego z całych dwóch podstawionych wagonów pociągu - jednak dziś nie o tym) i ruszamy. Nie ma co upatrywać w tym szczególnej filozofii.

Wyższa szkoła jazdy (dosłownie) zaczyna się w momencie, gdy zdecydujemy się na podróż samochodem. Jak się okazuje, to nie tylko przemieszczanie się z punktu A do B. Trzeba się skupić na kilku aspektach takiej podróży, by było nie tylko bezpiecznie, ale i obyło się bez przykrych niespodzianek i wątpliwych pamiątek w postaci mandatów, które w innych krajach dają po kieszeni dużo bardziej dotkliwie niż u nas.

Nawet jeśli mamy nasz kodeks drogowy w małym palcu i przepisy recytujemy zbudzeni w środku nocy (Serio?! Ktoś tak potrafi?!), to wiedza ta może okazać się bezużyteczna, a nawet zgubna za granicami naszego kraju. Naturalnie jest wiele punktów wspólnych, jeśli chodzi o przepisy, ale do pełnej jedności w tej kwestii jest bardzo daleko. Jak to mówią: Co kraj, to obyczaj. Również w zakresie przepisów regulujących poruszanie się po drogach. Warto więc się z nimi zapoznać, żeby nieznajomość prawa nie odbijała się nam czkawką przez następny rok, kiedy będziemy musieli się odkuwać po tym, jak nasza nieroztropność zmusi nas do zapłaty milionów monet. Skupmy się więc na trzech, moim zdaniem, najważniejszych aspektach, jeśli chodzi o podróż autem.

Prędkość

Jako, że (nadmierna) prędkość ma, obok głupoty niektórych, bardzo duży wpływ na wszelkiej maści zdarzenia drogowe, zwraca się na nią bardzo dużą uwagę we wszystkich krajach. Nie ma się co oszukiwać i liczyć na pobłażliwość policji jeśli ją (prędkość) znacznie przekroczymy. Będzie bolało. Bardzo. Grzywny bywają bardzo wysokie i idą w tysiące złotych, stanowiąc dla nas kwoty wręcz kosmiczne. Dodatkowo policja może zatrzymać prawo jazdy do czasu uregulowania płatności. Takie przedłużenie urlopu raczej nie będzie nam w smak.
Warto zwrócić szczególną uwagę nie tylko na to, czy nie jedziemy za szybko, ale również, czy się nie wleczemy - na autostradach obowiązują też prędkości minimalne, np. 60 km/h w Holandii, czy 70 km/h w Belgii.

Wyposażenie i stan techniczny pojazdu

Zakładam, że nikt (chociaż idiotów nie brakuje) przy zdrowych zmysłach nie wyrusza w podróż na łysych oponach (głębokość bieżnika mniejsza niż 1,6 mm), zdezelowanym trupem, z którego coś odpada i cieknie, a chmura, którą takie auto wypluwa z wydechu zasłania drogę pojazdom kulającym się z tyłu. Skupmy się więc na wyposażeniu naszego wehikułu. 
Wiemy, że u nas przede wszystkim musimy posiadać apteczkę, gaśnicę i trójkąt ostrzegawczy. A jak to jest w innych krajach? Podobnie, choć znajdzie się trochę różnic. Warto też zaznaczyć, że obowiązkowe wyposażenie samochodów regulują przepisy wewnętrzne, dotyczące kierowców z danego kraju i nie powinny być stosowane wobec obcokrajowców. Jednak, jeśli trafimy na wyjątkowego służbistę, ten nie będzie sobie zawracał głowy tym, z jakiego kraju jesteśmy, tylko, czy mamy wszystko, co mieć powinniśmy. 
Zamiast więc później tracić czas na pisanie odwołań, lepiej zaopatrzyć się w tych kilka dodatkowych rzeczy i mieć co najmniej dwie kamizelki odblaskowe, zapasowe żarówki, komplet bezpieczników, a nawet linkę holowniczą. 

Co również ciekawe, w Słowacji policja może przyczepić się, gdy będziemy mieli uchwyt do telefonu lub nawigacji umieszczony na środku przedniej szyby. Lepiej tego unikać, bo według ichniejszych przepisów ogranicza to widoczność kierowcy.

Alkohol

Drink, piwko, a może dwa? Odwieczne pytanie, które zadają sobie rzesze kierowców. Choć w nie wszystkich krajach stężenie alkoholu w wydychanym powietrzu musi wynosić zero promili, to jednak warto postępować w myśl zasady: Piłeś - Nie jedź!. Nie będzie się trzeba zastanawiać, czy skonsumowany napitek już się zdążył zmetabolizować, a jego stężenie będzie mieściło się w dopuszczalnych normach. Nie warto kłaść na szali zdrowia, czasu straconego na szczegółowe badania i kasy, z którą niewątpliwie popłyniemy, by zapłacić pijacką grzywnę.

Więcej informacji, z wyszczególnieniem krajów, znajdziecie tutaj. Pozostaje więc schować cwaniactwo do kieszeni, nie zachowywać się, jak baran, szanować innych użytkowników szos i respektować oznaczenia drogowe, no i oczywiście chłonąć urlop. A jeśli macie samochodowe doświadczenia z zagranicznych wojaży, podzielcie się nimi w komentarzach. Szerokości!
Czytaj dalej →

środa, 8 lipca 2015

Wyjeżdżasz? - Nie zachowuj się jak baran!

Wyjazdy, szczególnie te dalsze i bardziej egzotyczne wymagają od nas większej dozy podróżnej odpowiedzialności, byśmy mogli czuć się w dotychczas nieznanym miejscu bezpiecznie i komfortowo. Przyswajamy więc podstawowe zwroty w języku tubylców, czytamy przewodniki, studiujemy mapy, przeczesujemy czeluści internetów, a jeśli nam mało informacji zasięgamy języka.
Wszystko po to, by nie popełnić turystycznych błędów i nie powielać idiotycznych zachowań, które nie dość, że nie przysporzą nam chwały, to jeszcze mogą nas słono kosztować.

Wyjazdy Głupota Wpadki

Obserwacje i opowieści w gronie znajomych pozwoliły mi zebrać kilka takich turystycznych kwiatków, które przytaczam z jednej strony ku przestrodze, a z drugiej, by w pewien sposób napiętnować ludzką głupotę, bo ta ma się niezmiennie doskonale, wprowadzając wielu w tarapaty. A przecież nie o to chodzi na urlopie, by się stresować i przywozić ze sobą złe lub nawet traumatyczne wspomnienia.

Zostawianie śladów

Zapewne nie jest Ci obcy motyw wyrytych inicjałów, pełnych imion, nawy miast, czy haseł w stylu: 'Tu byłem, Kocham Kasię' na drzewach, drzwiach schronisk, czy w hotelowych szafach. Osłów nie brakuje. O ile, w wielu przypadkach ten fakt jest bagatelizowany i uchodzi sprawcy na sucho, tak jeśli porwie Cię pseudoartystyczna chuć i popełnisz jakieś arcydzieło na murach znanego zabytku, np. Colosseum, zapłacisz gruby hajs. Będzie bolało. I prawidłowo.

Nagie zdjęcia w miejscach kultu

Nagość występuję wszędzie i w coraz większym natężeniu. Nie upoważnia to jednak nikogo, żeby rozbierać się do rosołu podczas zwiedzania, kościołów, świątyń, miejsc jakiegokolwiek kultu. Niezależnie od tego, jakie emocje wzbudza w nas dana religia. Okazanie należnego szacunku w takich miejscach powinno być na porządku dziennym. To naprawdę niewiele, a polatać z gołym tyłkiem jeszcze zdążysz, gdy znajdziesz lepsze miejsce. No, chyba że chcesz zabulić, trafić do aresztu, a nawet dostać zakaz wjazdu do danego kraju. Ja tam Cię trzymać nie zamierzam, ale paczek do pierdla przysyłać nie będę.

Kozaczenie

Tak, wszyscy wiedzą, że jesteś zajebisty niczym Jonny Bravo, a Twoja zajebistość pcha Cię do działań, które spowodują, że zaczniesz nią ociekać. Jednak pakowanie się w potencjalne kłopoty, w dodatku zagrażające życiu, jest skrajnie głupie i nieodpowiedzialne. Uważasz, że wymyślam. Ok, śmiało, walnij sobie fotkę z grizzly, albo rozpędzonym nosorożcem podczas safari.

Przemyt

O ile może nie połasisz się na szmuglowanie narkotyków, bo przeraża Cię spędzenie żywota w jakimś tajlandzkim pierdlu, tak jeśli chodzi o inne rzeczy, zaczynasz wymyślać, że może jednak sobie sprawisz mniej legalną, ale za to wielce oryginalną pamiątkę. No i ładujesz do bagażu roślinki, skóry zwierząt, a nawet same egzotyczne żyjątka. Serio, to zły pomysł. Już pomijając fakt, że te żyjątka (jeśli w ogóle by przetrwały podróż) w naszych warunkach by raczej na pewno zdechły, to grzywna i areszt skutecznie dadzą Ci po dupie.

Biorąc powyższe pod uwagę, mimo wszystko zakładam, że Twój urlop będzie obfitował w doznania maści wszelakiej, ale pozbawione pierwiastka turbo-głupoty. W ramach nagrody możesz podzielić się swoimi spostrzeżeniami w tym temacie. Co byście dopisali do tej listy?
Czytaj dalej →

niedziela, 5 lipca 2015

Brak pomysłu na urlop? - Wybierz Tyrol!

Urlopowe i wakacyjne aktywności i wojaże kołaczą nam się w głowach nieustannie. Kreślimy wstępne plany tego, co zrobimy i zwiedzimy. Wybór destynacji ogarniamy szybko i jesteśmy mu wierni. Jednak możemy też pozostawić go przypadkowi, nastawiając się na spontaniczny wyjazd chociażby w opcji last minute lub dając się ponieść wypadowi, który zaproponuje nam ktoś ze znajomych.
Przygoda i wypoczynek - Czego chcieć więcej? No, ewentualnie można odprawić jakieś modły pogodowe, żeby niebo nie rzucało w nas wściekle żabami.

Urlop Lato Tyrol

Wiem, że niektórym ciężko się zdecydować, gdzie wyjechać. Zwykle określona destynacja cieszy się naszą większą sympatią. Jedni wola wodę, drudzy góry, a jeszcze inni przemierzanie trasy rowerem. O ile samodzielny wypad nie będzie stanowił problemu, tak już zdecydowanie się na wyjazd z kimś będzie skutkowało koniecznością pewnego dostosowania się i kompromisu, na co niektórzy nie będę w stanie się zdobyć. Pozostaje więc jeździć na własną rękę lub z osobami o upodobaniach identycznych, jak nasze.W końcu nie chcemy sobie psuć urlopu niezadowoleniem i narodowym sportem Polaków - narzekaniem.

Jeśli jednak samotne eskapady Cię nie kręcą, a z zaprzyjaźnionych osób ciężko Ci zrezygnować (co zrozumiałe, bo dobra ekipa to +100 do udanego wyjazdu), warto rozważyć miejsca, w których atrakcji różnego rodzaju będzie dostatek. Nie wiecie, gdzie może być miło, przyjemnie i atrakcyjnie? Ciocia-Karola-Dobra-Rada spieszy Ci z propozycją. Postaw na Tyrol, a nie pożałujesz. Tam, na w sumie niedużej przestrzeni, skumulowało się mnóstwo dobra. Od naszego pierwszego razu w Tyrolu, w okolicy Kappl, polecamy wszystkim.
Żeby nie być gołosłowną, podrzucam kilka tyrolskich dobrodziejstw. Bierzcie, nabierajcie chęci, a jak dobrze zmiksujecie, to będzie się działo.

Góry

O tym, że Tyrol to przede wszystkim góry, nie muszę raczej nikogo specjalnie edukować. Nawet jeśli kogoś nie fascynują letnie czy jesienne marszruty, to z pewnością kojarzy ten region chociażby ze sportów zimowych. Toż to królestwo narciarzy. Uwierzycie, że w życiu nie jeździłam na nartach?!

Infrastruktura turystyczna jest na najwyższym poziomie. Szlaków jest mnóstwo i każdy wybierze coś dla siebie. I ten zaawansowany, któremu w głowie via ferraty, i ten, który lubi się zmęczyć ale w bardziej asekuracyjnym marszu. Wiele punktów widokowych i tras tematycznych przyciąga również rodziny z młodymi adeptami górskiej zajawki. Dodatkowo planowanie wędrówek zdecydowanie ułatwiają kursujące wyciągi i kolejki, które pozwalają na dotarcie w odleglejsze zakątki. Strzeliste turnie i rozległe górskie łąki kuszą i zapraszają.

Jeziora Tyrol Austria

Jeziora

Tych jest tam dostatek. Znajdują się w różnych miejscach i na różnych wysokościach. Są te typowo wysokogórskie, które możemy podziwiać wędrując po szlakach, oraz te położone niżej, które zachęcają do kąpieli, z czego wielu korzysta. Trzeba bowiem dodać, że woda w tyrolskich jeziorach jest bardzo przyjemna.
Jeziora stanowią więc pewien rodzaj konkurencji dla otwartych basenowych kąpielisk. Jeśli dodać do tego możliwość uprawiania wodnych sportów i wypożyczania sprzętów, to chyba pakiet jest pełen.

Trasy rowerowe Tyrol

Trasy rowerowe

Szlaki, szlakami, ale nie każdy lubi nimi chodzić. Dla niektórych to nudne, brak im wyższej dawki adrenaliny. Tacy wolą sięgnąć po dwa kółka, objechać okolicę, zwiedzić ją z tej perspektywy, a gdy już nabiorą ochoty na ostrzejsze atrakcje, puszczą się w dół górskiego zbocza.
Wydawać by się mogło, że Alpy to region średnio sprzyjający rowerowym eskapadom. No bo wysoko, bo skaliście, etc. Nic bardziej mylnego. Tras rowerowych jest mnóstwo, a do tego są w super stanie. I tak jak w przypadku zwykłych górskich szlaków, są takie dla każdego, ale również takie o bardziej ekstremalnym charakterze, na które już samo patrzenie robi ze mnie bohaterkę. ;)

Tyrol Austria

Miasteczka

Doliny usiane są urokliwymi miasteczkami i górskimi przysiółkami, gdzie mieszkańcy są naprawdę otwarci i życzliwi. Przywitają się z Tobą obcy zupełnie obcy ludzie, często jako pierwsi. Niezależnie od tego, czy to dzieciak, ganiający za piłką, czy staruszka, siedząca przed domem, czy też Tyrolczyk w ludowym stroju, wychodzący z kościoła po niedzielnej mszy. Sympatycznie, ale bez żadnej nachalności. A patrząc na te wszystkie siedliska z gór, ze szczytów, otrzymujemy wyjątkowo malowniczy obrazek.

Co warte uwagi, jeśli mamy wykupiony nocleg w pensjonacie, czy hotelu, otrzymujemy w cenie kartę, z którą mamy bez limitu darmowe przejazdy wspomnianymi kolejkami i wyciągami, turystyczny autobus, kursujący między miejscowościami (można spokojnie zrezygnować z auta) oraz wstępy do muzeów, czy na otwarte kąpieliska.

Zakładam, że nie jesteś ciężkim przypadkiem i tyle wystarczyło, by zachęcić Cię do odwiedzenia tego regionu. A może nawet skusisz się na ostatnią chwilę, tym bardziej, że w trzeciej dekadzie lipca można nas tam wypatrywać.
Czytaj dalej →

środa, 1 lipca 2015

28 szczytów KGP zdobytych w rekordowym tempie - Czy to ma sens?

Żyjemy w świecie, w którym liczy się wszystko, co najlepsze, najszybsze, najokazalsze i najbardziej oryginalne. Rywalizacja już nikogo nie dziwi. Mało tego. Staje się ona bodźcem do dalszych prób i działań. I to jest super, nie przeczę.

Korona Gór Polski

Kiedy więc w ostatnich dniach pojawiła się informacja, że 28 latek z Jeleniej Góry - Grzegorz Leszek - pobił czas, w jakim zostało zdobytych 28 szczytów Korony Gór Polski, moją pierwszą myślą było: Ok, fajnie, że chłopak miał chęć na taki projekt i ogarnął to wszystko logistycznie w wysoce wyśrubowanym czasie - 76 godzin (pobita czasówka wynosiła wcześniej 89,5 godziny).

Po chwili zrodziło mi się w głowie pytanie: Jaki sens ma takie bicie rekordu? Jak dla mnie, oprócz czystej satysfakcji osobistej (bo jest to pewne i niemałe osiągnięcie) i pokonywania własnych słabości, nie ma w tym nic więcej. Podnoszą się głosy, że takie zdobywanie korony należy zaliczać do sportów górskich, w których pełno jest różnorodności. Zgoda, sporty mamy różne, ale w każdej dziedzinie jestem w stanie doszukać się większego sensu. Większego niż gnanie z ekipą samochodem od punktu do puntu (raczej nie z przepisową prędkością), by bezpośrednio z podnóża góry, wbiegać/wchodzić na jej szczyt.

Gdzie szukać sensu?

Sport i góry można połączyć dużo bardziej efektywnie i z większym sensem, a nagrodą za włożony trud nie będzie tylko czysta satysfakcja, ale też rozwijanie pewnych umiejętności, polepszenie sprawności i poprawianie własnych wyników. To brzmi już jak pakiet, którym warto sobie mocniej zaprzątnąć głowę. 
Idąc tym tokiem rozumowania, można spełniać się chociażby w rajdach na orientację i z każdymi kolejnymi zawodami być lepszym, w tym, co się robi. Mało tego, lepiej i dokładniej ogarniać otaczający nas świat, pokonywać własne słabości i zdobywać umiejętność radzenia sobie w różnych warunkach pogodowych,  w dzień oraz nocą.
Gdy rajdy to za mało, można porwać się też na biegi typowo górskie. A tych jest u nas dostatek, na różnych dystansach. Od krótszych dyszek do biegów ultra. W nich satysfakcja klepie emocje po plecach, współzawodnictwo przeplata się z wzajemną motywacją, a dodatkowo wytrzymałość i wydolność organizmu wznosi się na orbitę. 

Wracając jednak do Korony Gór Polski każdy będzie robił, jak uważa. Będziemy mieli turbo zdobywców-biegaczy, korona będzie zdobywana przez rowerzystów, etc.. Wszak ilu ludzi, tyle pomysłów. 
Jednak ja niezmiennie skłaniam się do tego, co leży w pierwotnym zamyśle zdobywania szczytów koronnych - do poznawania i odkrywania, w różnych okolicznościach przyrody i pór roku. Bo to właśnie dzięki koronie trafiamy w rejony, w które normalnie byśmy się nie wybrali, bo wydawały się mało atrakcyjne i leżały wyjątkowo nie po drodze. I mimo, że swoje górskie cegiełki zbieramy wolniej, w czasie dużo bardziej rozciągniętym i niespektakularnym, to mamy z tego wyjątkową frajdę. Ja w każdym razie mam.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Niecałe pół litra = Życie

Niecałe pół litra = Życie

Było lato, jak każde inne, choć dla nich miało być wyjątkowe. Cieszyli się na swój pierwszy, wspólny urlop, tylko we dwoje. Z dala od zgiełku i natłoku spraw codziennych. W głowie mieli dwa tygodnie błogiego relaksu, lenistwa, zajmowania się sobą i snucia planów na przyszłość.

Choć czekała ich długa droga, to sprzyjająca pogoda nastrajała optymistycznie, więc sunęli przed siebie rączą samochodową strzałą. Nie musieli się spieszyć, niczym nie musieli zaprzątać sobie głów, mieli siebie.

Nie dojechali na miejsce. Nie dali rady uniknąć zderzenia z wariatem, który pojawił się nie wiadomo skąd i w momencie, kiedy nie powinno go tam być, wjechał na skrzyżowanie i na pełnej prędkości uderzył w ich samochód.
Ciężki wypadek, ale jeszcze dwa życia tliły się w gąszczu pogiętej blachy. O dziwo, pomoc nadchodzi szybko. Pogotowie już czeka, straż rozcina samochodowy wrak. Poszkodowani trafiają pod opiekę medyków. Nie mają jednak szczęścia. Stracili zbyt dużo krwi. Nie doczekali transfuzji, bo w tamtym momencie krwi dla nich zabrakło...

***

Wydawać, by się mogło, że przy takim zaludnieniu, pozyskanie krwi nie powinno stanowić problemu. Jak się jednak okazuje, braki w bankach krwi nie są spowodowane wyłącznie niechęcią/strachem ludzi przed krwiodawstwem. Istnieje bowiem długa lista przeciwwskazań i niestety (nawet mimo szczerych chęci) nie każdy może krew oddać.
Jeśli dodamy do tego fakt, że niektóre grupy krwi występują po prostu rzadziej, a pełną krew można przechowywać tylko przez 42 dni, skutkuje to tym, że w okresie wzmożonego zapotrzebowania na krew (okres wakacyjny, wyjazdy, imprezy masowe), zaczyna jej brakować. Aktualnie, wg danych Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa we Wrocławiu, brakuje A RhD (-) oraz 0 RhD (-).

Jeśli więc cieszysz się dobrym zdrowiem i jesteś już prawie zdecydowany, by podzielić się swoim "czerwonym skarbem", ale nie do końca wiesz, jak to się wszystko odbywa, zajrzyj tutaj, lub na stronę stacji krwiodawstwa w Twojej okolicy.

Jeżeli mimo to w dalszym ciągu się wahasz, by pójść i honorowo oddać krew, może skusi Cię do tego kilka (może i prozaicznych, ale jednak) korzyści. Za Twoją donacją pójdzie satysfakcja z faktu, że Twoja darowizna ma sens i może komuś pomóc. Dodatkowo, jeśli dotychczas nie znałeś swojej grupy krwi (tak, są takie osoby) w końcu ją poznasz i dostaniesz nawet stosowny dokument z tą informacją, który warto nosić przy sobie.  Oczywiście, żeby nie było, że Cię tylko pozbawią krwi niczym wampiry. Dostaniesz "wyrównanie energetyczne" w postaci czekolady oraz zwolnienie z pracy, czy szkoły za dzień, w którym oddasz krew. I najlepsze (oczywiście poza czynionym dobrem) - taką darowiznę można odpisać od podatku - ekwiwalent za litr krwi i osocza wynosi 130 zł.

Nie trzeba być supermanem, mieć super mocy i siły Hulka, by pomóc. W tym przypadku pół litra (dokładnie 450 ml +/- 45 ml - tyle wynosi jednostka krwi) nabiera zupełnie innego znaczenia i może uratować życie. Wchodzisz w to?
Czytaj dalej →

piątek, 26 czerwca 2015

TRYPTYK Z PODRÓŻY - Szymon Banaszczyk | Recenzja

Czym jest podróż? Poza tym, że to czyste przemieszczanie się z punktu A do B, może być odskocznią od codzienności, drogą do poznania i doświadczania tego, co nowe i dotychczas nieznane. Pozwala na poszerzanie horyzontów, poznawanie ludzi i kultur, oraz konfrontację naszych uprzedzeń ze stanem faktycznym. Podróż to życie, to pewien stan umysłu, który nie pozwala na siedzenie w miejscu tylko gna nas do przodu.

Tryptyk z podróży Recenzja

A jak się do tego ma tytułowy Tryptyk? To trzy opowieści z drogi, które, mimo że różne i pozornie niezwiązane ze sobą, tworzą spójną całość, z której wyłania się esencja podróżowania. Esencja, którą autor przedstawia w postaci spotkania, drugiego człowieka i odkrywania innej rzeczywistości.

Książkowe perypetie Szymona poznajemy, gdy stoi na początku swojej drogi pielgrzyma do Santiago de Compostela. Miesiąc przemyśleń, obcowania ze sobą, obcymi ludźmi, mniejszą lub większą życzliwością i niespodziankami, jakie niesie każdy kolejny dzień wędrówki. Wędrówki, która okazuje się być nie tylko przejściem wymagającej trasy, ale też spojrzenia w głąb siebie.
Zanim ruszymy z autorem dalej, na Kamczatkę, zawitamy do Madrytu na czas jego wolontariatu przy okazji Światowych Dni Młodzieży, które pokazały, jak wielu różnych ludzi można spotkać na swojej drodze.

O ile, notatki dotyczące Santiago i Madrytu, czytało mi się po prostu fajnie, tak zapiski odnośnie Kamczatki dostarczyły mi już pokaźny pakiet emocji. Pakiet, który udowodnił, że nasze, nawet najzwyklejsze życie, jest o niebo lepsze i wygodniejsze od tego, które zmuszeni są wieść mieszkańcy Kamczatki. Historia Siergieja spowodowała permanentne zeszklenie oczu i odłożenie książki, by głębiej odetchnąć, rozejrzeć się wokół siebie i stwierdzić, że jest się turboszczęśliwym człowiekiem.

Gdy z Kamczatki ruszymy w stronę obu Ameryk, staniemy nie tylko w obliczu przygody, ale też trudów, jakie ponosi wolontariusz, by ze swoimi działaniami dotrzeć tam, gdzie chce. Często w regiony bardzo odległe. Jak się jednak okazuje, powzięty trud wynagradzają ludzie, swoją radością i wdzięcznością. Tym, że są.

Książka ta, ze swoim niewielkim i wygodnym formatem, idealnie nadaje się do tego, by mieć ją przy sobie. Nawet, a może przede wszystkim, w podróży właśnie, by umilić sobie czas. A to wszystko bez przynudzania. Zebrane w formie krótkich, notatkowych rozdziałów, które czyta się szybko. Tak, jak chłonie się opowieści poznanego na trasie, czy w górskim schronisku człowieka, który ma za sobą nie jedną drogę i przygodę. Który zagłębia się w swoje przeżycia, żyje mocniej, całą duszą, pełny wiary i okrasza to wszystko odpowiednią dawką humoru.
A, zapomniałabym, Szymon jest również autorem bloga: Szymon Podróżnik, więc jeśli jesteście głodni opowieści z drogi, wpadajcie do niego.
Czytaj dalej →

FACEBOOK

INSTAGRAM

ARCHIWUM