poniedziałek, 8 lutego 2016

Czy kondycja jest potrzebna, by chodzić po górach?

Kondycja w górach

Odnoszę wrażenie, że w odniesieniu do gór, kondycja i sprawność fizyczna urastają do rangi mitycznego stwora, którego trzeba okiełznać, by w ogóle móc pomyśleć o wymarszu na górski szlak.
Nie raz, i nie dwa spotkaliśmy się ze stwierdzeniem pod naszym adresem, które brzmiało ni mniej, ni więcej tak:
Wy to musicie mieć kondycję, skoro tak chodzicie po tych górach...
W praktyce wygląda to jednak tak, że reprezentujemy standardowy typ lubiącego się relaksować kanapowca (żeby nie powiedzieć, że lenie z nas), który w dodatku osiem godzin dziennie przesiaduje na dupie w robocie. I choć nijak mistrzów lekkoatletycznych się z nas nie zrobi, tak obecna forma nie przeszkadza nam w tym, by od czasu, do czasu (chciało by się częściej - to fakt) połazęgować po górach.

Jeśli więc nie masz w planach wielodniowej wyrypy, która będzie wymagała od Ciebie marszu od świtu do nocy z ciężkim plecakiem na plecach, ani nie planujesz przejścia trudnych szlaków wysokogórskich, spokojnie możesz rozpocząć górską przygodę z kondycją poczciwego kanapowca.

W końcu nie każdy szlak jest taki, by zachodziła potrzeba wbijania zębów i paznokci w podłoże, żeby tylko wleźć na górę. 

Z powodzeniem można zaprzyjaźnić się z górami, wybierając szlaki krótsze, mniej strome (czasem wręcz wypłaszczone, ale mimo wszystko w pięknych okolicznościach przyrody), w pobliżu schronisk, czy w rozległych dolinach, gdzie marszowy spacer nie różni się niczym od takiego w parku, czy lesie. No, może poza widokami dookoła.

Naturalnie trzeba mieć świadomość tego, że nawet taka lżejsza wędrówka będzie dla organizmu wyzwaniem i pewien rodzaj zmęczenia nie powinien dziwić. Mało tego, należy się go spodziewać, bo zasiedziałe ciało lubi się zbuntować, gdy wyciągamy je ze strefy komfortowych domowych pieleszy.
Sama nie raz miałam ochotę usiąść, walnąć się w łeb za swoje pomysły, które kazały mi umierać po drodze  z siedem (oby tylko) razy.

Kondycja jest przydatna, jednak nie poprawimy wydolności naszego organizmu z dnia na dzień. Gdy już podłapiesz górskiego bakcyla, w sposób naturalny zaczniesz wydłużać swoje wycieczki i wybierać coraz dłuższe trasy. Twój organizm zacznie się przyzwyczajać do wysiłku, a Twoje płuca nie będą już chciały za każdym razem skopać Ci tyłka za to, że zmuszasz je do tego całego zipania.

Jakby jednak nie było, nie musisz rozpisywać sobie treningu i wyrabiać kondycji, biegając maratony tylko po to, by zacząć rekreacyjną przygodę z górami. Skończ więc z wymówkami, że słabiak z Ciebie. :)

czwartek, 4 lutego 2016

Jak mądrze spakować plecak na wycieczkę w góry, by było wygodnie?

Góry - Jak spakować plecak

Posiadanie plecaka podczas górskiej wycieczki to sama wygoda, bo to ten rodzaj aktywności, kiedy reklamówka z dyskontu, dyndająca w dłoni, nie przejdzie. Liczą się przede wszystkim nasze bezpieczeństwo i wygoda, a o te z rzeczoną siatą byłoby trudno. Chwała więc temu, kto kiedyś wpadł na pomysł uwolnienia dłoni i stworzenia tego cudu, który teraz z lubością pakujemy na grzbiety i pozwalamy przygniatać się nim (na szczęście tylko czasami) do ziemi.

Dzięki plecakom w wygodny sposób przemieszczamy się z miejsca na miejsce. Nie tylko w górach. Osobiście wolę plecak od wszelkiej maści torebek. Zawsze i wszędzie.

Jednak teraz skupmy się wyłącznie na plecaku, który zabierzemy ze sobą na szlak. Samo jego posiadanie to nie wszystko. Ale jak to?! - Zapytacie.
Może być dopracowanym do perfekcji, najbardziej odjechanym cudem technologii outdoorowej, do którego zapakujemy wszystkie potrzebne w trakcie zaplanowanej wycieczki akcesoria, jeśli jednak wrzucimy do niego rzeczy na chybił trafił, sprawimy, że cała zajebistość wspomnianego plecaka pójdzie się kochać.

W tym miejscu przyznaję bez bicia, że sama mam na swoim koncie trochę plecakowych grzeszków, kiedy ładowałam do środka wszystko, jak leci, w ilościach zatrważających i bez żadnego pomyślunku, a jak przychodziło co do czego, to nic nie potrafiłam znaleźć i w dodatku szło mi się bardzo niewygodnie. Powiadam Wam, nie idźcie tą drogą, a Wasze plecy i ramionka będą Wam wdzięczne.

Jak więc spakować plecak, by było wygodnie?


Żeby w trakcie pakowania nie kursować jak potrzepany oszołom między plecakiem, a szafą, zrób sobie listę rzeczy (ja zawsze zapominam, ale kursy szafo-plecakowe są coraz krótsze - brawo ja!), które planujesz zabrać. Gdy już wszystko zbierzesz w jednym miejscu, wstrzymaj się przez moment i nie zaczynaj od ładowania wszystkiego na hura. To również ten moment, kiedy dotrze do Ciebie, że pakowanie lokówki do kiepski pomysł.

Zastanów się, z czego będziesz korzystać w drodze, z czego w miejscu noclegowym, a z czego w sytuacjach awaryjnych. Będzie to miało wpływ na odpowiednie rozmieszczenie maneli w plecaku. A gwarantuję Ci, że dobre rozmieszczenie plecakowego dobytku sprawdza się zawsze, niezależnie od tego, czy pakujesz plecak na jeden dzień, czy na dłuższą wyrypę. I na tej krótkiej, i na długiej będziesz go nosić na plecach i nie chcesz chyba, by coś Cię gdzieś uwierało.
Ciężkie rzeczy na dole, lekkie na górze
Tyle najprostsza teoria. W praktyce jednak nie bierzemy ze sobą dwóch elementów bagażu, w którym bez problemu wyszczególnimy ten cięższy oraz lżejszy. Zwykle mamy ze sobą więcej rzeczy, o różnej wadze i ważności. Co i gdzie umieścić?

Na samym dole plecaka, w czeluściach, do których nie będziemy zaglądać w trakcie marszu powinny znaleźć się rzeczy duże, ale w miarę lekkie. To tutaj lądują buty, śpiwór, ręczniki, etc.

Kolejne pięterko zarezerwuj dla zapasowych ubrań.

Na środkowy poziom zapakuj rzeczy cięższe. To miejsce na prowiant, konserwy, kuchenkę, etc.

Najwyższy poziom w plecaku (plus komin, miejsce w klapie) zarezerwuj na rzeczy, z których będziesz korzystać w czasie wędrówki. To również miejsce na ekwipunek awaryjny, który szybko będziesz mieć w zasięgu ręki. Tutaj zapakuj też mini apteczkę, coś przeciwdeszczowego (bo chyba nie chcesz wywalać całej zawartości plecaka w poszukiwaniu kurtki, czy peleryny, kiedy dopadnie Cię ulewa) i bieżące papu z dodatkową porcją picia.

Wykorzystuj do oporu wszystkie boczne kieszenie i schowki, do których z powodzeniem schowasz mapę, kompas, czołówkę, dokumenty, etc.

Dodatkowo należy pamiętać, by pomiędzy spakowanymi rzeczami nie było luk, które mogą spowodować niekontrolowane przesuwanie się zawartości naszego plecaka. To zaś może skutkować utratą równowagi, co w górach może skończyć się na przykład przykrym upadkiem, o obiciu facjaty nie wspominając.

Dobrze i mądrze spakowany plecak pozwoli nam uniknąć nie tylko problemów związanych z poszukiwaniem danej rzeczy, ale również nie przyczyni się do kontuzji pleców, czy obręczy barkowej. A o takie kontuzje przy byle jak spakowanym i często przeładowanym plecaku nie trudno. Nie róbmy sobie kuku. Róbmy sobie dobrze i planujmy z głową rozmieszczenie naszego plecakowego ekwipunku.

sobota, 30 stycznia 2016

A może by coś zmienić? - ŻYCIOWA ANKIETA #2

Ankieta Decyzja Kierunek

Od ostatniej blogowej ankiety minął rok z małym kawałkiem, a jej wyniki możecie podejrzeć tutaj. Okazaliście się być całkiem zdrową blogową zgrają, której tutaj fajnie, a ja mam radochę z Waszej obecności i chciałabym niezmiennie dostarczać Wam treści inspirujących, ciekawych, a przede wszystkim takich, które wywołają uśmiech na Waszych twarzach.

Ponieważ w ciągu roku ujawniały się na blogu nowe czytelnicze dusze, to dobry czas, by ponownie Was "przebadać". Dajcie znać, jak zmieniały się Wasze preferencje odnośnie serwowanych treści. Co Wam się podoba, co nie, a może coś byście dodali?

Przyznaję, że chodzi mi pogłowie chęć zmiany, ale do końca nie wiem, co byłoby dobre i najbardziej sensowne. Potrzebuję inspirującej burzy mózgów i mam nadzieję, że Wasze głosy ją spowodują i sprawią, że pomysły się skonkretyzują i pozwolą ubierać się w słowa, generując tym samym nowe wpisy. Bo wiecie, to miejsce jest przede wszystkim dla Was i dlatego Wasze sugestie mogą przyczynić się do tego, że ten blog będzie jeszcze lepszy i ciekawszy.
To jak? Dacie się przebadać? Plissss, plissss, plissss <oczy_kota_ze_Shreka> Zajmie Wam to tylko chwilę.


sobota, 23 stycznia 2016

Jak zacząć chodzić po górach zimą? - 3 przyjemne szlaki w Sudetach na dobry początek

Nie każdy potrafi nasycić swoją górską duszę wypadami wyłącznie w sezonie od wiosny do jesieni. Z tego względu zimowe miesiące stają się prędzej, czy później wyjątkowym generatorem górskiego głoda, który chcemy zaspokoić. 
Choć wcześniej zimowe góry kojarzyły nam się bardziej z narciarskim szaleństwem, w momencie połknięcia wędrówkowego bakcyla, w głowie rodzi się wyjątkowo natrętna myśl pod tytułem: 'A gdyby tak pojechać i połazić w zimowej scenerii?'


Mogę tylko przyklasnąć tej myśli, bo zimowa wędrówka ma wiele plusów, a same góry dostarczają frajdy nie mniejszej niż latem, czy jesienią. 

No dobrze, wszystko cacy, pozostaje tylko odpowiedzieć na kluczowe pytanie. Jak zacząć chodzić po górach zimą? Górskie regiony oferują nam bogatą siatkę dróg i szlaków, w których możemy przebierać do woli. I choć od razu chciałoby się poznać wszystko, to rozum jednak podpowiada, by do tematu podejść na spokojnie i taki też wybrać wariant wędrówki. Bez spiny, bez dzikiego galopu, niekończącej się dłużyzny i śniegu po kolana. Za to ze schroniskami na szlaku, żeby w razie potrzeby móc zajść na coś ciepłego.
Pamiętam doskonale swoją pierwszą, zimową wycieczkę górską. To były Rudawy Janowickie z wejściem na Skalnik. Czasy licealne, wyjście ze szkolną grupą turystyczną. Jarałam się niczym trawa na jesień. Sęk w tym, że dzień wcześniej dowaliło tyle śniegu, że szlak był zupełnie nieprzetarty, a my brodziliśmy w białym opadzie po kolana, co poskutkowało oblepieniem spodni, które szybko zaczęły zamarzać, a my w środku niczego musieliśmy brnąć do przodu, ociężale, noga za nogą. Początkowa frajda uleciała ekspresowo, a w głowie kołatała jedynie myśl: 'Byle mi się tylko nie zachciało sikać'
Wspomniana wycieczka ostudziła na trochę moje zimowe zapędy. Nie pamiętam dokładnie, kiedy odbyłam swoją kolejną zimową eskapadę, ale najważniejsze, że każda następna była lepsza od poprzedniej, a ja zakochiwałam się w śniegu na nowo i miłości tej nie wyzbyłam się z siebie do dzisiaj. :)
Na dobry początek romansu z zimową górską aurą podsuwam Wam 3 przyjemne szlaki w Sudetach i mam nadzieję, że będzie z tego miłość.

Waligóra (Góry Kamienne, Sudety Środkowe)

Schronisko PTTK Andrzejówka - Przełęcz pod Turzyną - Hala pod Klinem - Schronisko PTTK Andrzejówka - Waligóra - Pod Suchawą - Schronisko PTTK Andrzejówka

Docieramy do Schroniska Andrzejówka. Najprościej dojechać tam autobusem z Wałbrzycha lub samochodem, który zostawimy spokojnie na parkingu.
Poza samym podejściem na Waligórę, szlak jest spokojny wiedzie wygodną ścieżką przez las. Nie dostarcza wprawdzie spektakularnych widoków, ale wierzcie mi, że taki około 2 godzinny spacer w bajkowym, zimowym lesie zapamiętacie na długo, a w gratisie otrzymacie przedsmaki bardziej górskich klimatów. Dodatkowo, korzystając z okazji można podejść/podjechać do położonego w pobliżu Sokołowska i trochę pozwiedzać.

Wielka Sowa (Góry Sowie, Sudety Środkowe)

Przełęcz Sokola - Schronisko Orzeł - Schronisko Sowa - Wielka Sowa - Rozdroże pod Wielką Sową - Kozie Siodło - Schronisko Sowa - Schronisko Orzeł - Przełęcz Sokola

Żeby nie być uzależnionym od kursującej, mniej lub bardziej sprawnie, komunikacji busikowej, na Przełęcz Sokolą dojeżdżamy samochodem, który standardowo zostawiamy na parkingu. Ruszamy w górę. Już po kilkudziesięciu metrach warto obejrzeć się za siebie, bo przy dobrej pogodzie okolica prezentuje się bardzo malowniczo. Szybko docieramy do pierwszego ze schronisk, więc w razie potrzeby można się w nim zatrzymać. Na szczyt Wielkiej Sowy dotrzemy po około godzinie, a w nagrodę (o ile akurat nie trafimy na mgłę) wdrapujemy się na wieżę widokową. Co poniektórzy mogą narzekać, że jak to, znowu do góry i to jeszcze po schodach. Zapewniam jednak, że panorama, jaka się rozpościera z wieży, jest warta tego całego sapania przy wchodzeniu, a dodatkowo ukażą się naszym oczom kolejne potencjalne cele wycieczkowe. :)

Śnieżka (Karkonosze, Sudety Zachodnie)


Świątynia Wang w Karpaczu - Rówienka - Polana - Schronisko PTTK Samotnia - Schronisko PTTK Strzecha Akademicka - Spalona Strażnica - Równia pod Śnieżką - Schronisko Dom Śląski - Śnieżka

Ten szlak należy do sudeckich klasyków, jest jednym z moich ulubionych (mimo, że piechurów bywa tam sporo) i darzę go wyjątkowym sentymentem. Z tych trzech tutaj podanych jest najdłuższy (na Śnieżkę z Karpacza idziemy około 4 godzin) i zarazem najbardziej widokowy. Pozwala poczuć smak górskiej wędrówki, zmęczenie na podejściach, radość z rozpościerających się panoram. Wysokość zdobywamy stopniowo, nie jesteśmy więc narażeni na bardzo ostre podejścia, które mogłyby zniechęcić na początku. Należy jednak pamiętać, że fragment szlaku od Domku Myśliwskiego do Schroniska Samotnia jest zamknięty w zimie ze względu na zagrożenie lawinowe. Na pewno rzucą się Wam w oczy nawisy śnieżne, gdy podniesiecie głowy do góry. Dlatego też na tym odcinku nie wchodzimy na zagrożony szlak, a mijamy go bezpiecznie drogą.

W tej zimowej euforii, gdy już zdecydujemy się na eskapadę, nie zapominajmy jednak o skutecznej ochronie przed zimnem i naszym bezpieczeństwie. Wtedy wszystko powinno pójść po naszej myśli, a pierwszy zimowy raz stanie się zachętą do kolejnych wypadów.

Z tego miejsca prośba do moich czytaczy, którzy już się śmiało przemieszczają po zimowych górach. Podzielcie się, od czego zaczynaliście i które wzniesienia padły Waszym pierwszym, zimowym łupem.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Mowa ciała w podróży - Z tych gestów lepiej zrezygnuj

Mowa ciała w podróży - Z tych gestów lepiej zrezygnuj

Gdy tylko możemy, korzystamy z tego, że mieszkamy w globalnej wiosce i dużo łatwiej niż kiedyś możemy przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznając coraz to nowsze i bardziej odległe zakątki. Wyruszamy więc na podbój świata. Wszak podróże - zarówno te bliskie, jak i dalekie - otwierają umysł, kształcą, gwarantują wrażenia i zapisują się w naszej pamięci.

Zdecydowani na przygodę planujemy wszystko z należytą starannością, jesteśmy zwarci i gotowi, nawet ze średnią znajomością języka. I choć niedostatecznych umiejętności językowych nie trzeba się bardzo obawiać, to jest jedna sprawa, na którą warto - a nawet trzeba - wcześniej zwrócić uwagę, by nie narazić się na śmieszność, czy nawet agresję ze strony miejscowych. O co chodzi? O gesty i mowę ciała, a te są przecież na porządku dziennym, jeśli o komunikacji międzyludzkiej mowa.

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że naszą komunikację werbalną urozmaicamy, bądź ułatwiamy sobie właśnie za pomocą przeróżnych gestów. Jak się jednak okazuje, gesty, które u nas uchodzą za zwyczajne i zupełnie niewinne, za granicą mogą zgotować nam mniejszych lub większych nieprzyjemności. Jeśli zależy nam na bezstresowym przeżywaniu wojaży, warto wcześniej dowiedzieć się co nie co o zachowaniach mieszkańców danego kraju. Internety służą radą i pomocą, a i w gronie znajomych zawsze znajdzie się ktoś, kto już miał możliwość odwiedzenia danego miejsca i będzie mógł podzielić się cennym doświadczeniem i uwagami. które warto sobie przyswoić.

Jeśli mimo wszystko nie mieliśmy okazji zagłębić się w temat komunikacji między tubylcami, pozostaje nam baczna obserwacja ich zachowań oraz rezygnacja z pewnych gestów. Ja wiem, że tkwi w nas ukryty komunikacyjny ninja, któremu gestykulacji potrzeba do życia bardziej niż powietrza, ale ten raz jedyny można przestać machać łapkami.

Różne znaczenie gestów


Kciuk w górę
W Polsce i krajach kultury zachodniej oznacza, że wszystko jest w porządku, OK. Gestem tym dajemy również znać kierowcom, że łapiemy stopa.
Powinniśmy się go natomiast wystrzegać na południu Europy (np. na Malcie i w Grecji), na Bliskim Wschodzie, gdzie jest odczytywany jako obraza i oznacza perwersyjną formę stosunku seksualnego. Lepiej więc nie łapać tam stopa "na kciuka", no chyba, że chcecie zostać odebrani, jako perwersyjne "ssaki leśne".

Victoria
Niby niewinny i bardzo popularny w naszej kulturze gest, który oznacza zwycięstwo. Jednak i tutaj możemy się przejechać. Szczególnie wtedy, gdy zdarzy nam się pokazać "victorię" na terenie Wielkiej Brytanii, Irlandii, Nowej Zelandii, czy Australii, zwracając w stronę rozmówcy wierzch naszej dłoni. Zostanie to odczytane jak środkowy palec na turbo doładowaniu, a chyba nie tak chcemy rozpoczynać nasze zagraniczne znajomości.

Kółko z kciuka i palca wskazującego
W Polsce ma znaczenie pozytywne, szczególnie w gastronomii wywołuje dobre emocje. W końcu restaurator lubi wiedzieć, że serwowane danie "było pyszne, wyśmienite".
Niestety ten ładnie wyglądający i pozytywnie kojarzony gest ma wiele znaczeń, które już tak pozytywne nie są. W Japonii na przykład oznacza chęć otrzymania łapówki, a w Niemczech, Grecji, czy Hiszpanii jest odwzorowaniem odbytu, więc w ten sposób naszego rozmówcę nazwiemy homoseksualistą. Zdecydowanie słaby początek komunikacji.

Przywoływanie palcem wskazującym
Palec wskazujący i u nas ma wydźwięk negatywny. Wszak od dziecka słyszymy, by "nie pokazywać paluchem". Jeśli jednak będziemy próbowali przywołać tak kogoś w Azji, ten obrazi się na nas koncertowo, bo tam w ten sposób przywołuje się wyłącznie psy. Nie wskazujmy tak też nikogo w krajach Ameryki Łacińskiej, w Indonezji, czy Australii. No, chyba że uprawiacie seks turystykę i macie zamiar przywołać sobie prostytutkę.

Uderzenie otwartą dłonią w szyję
Czy komuś w Polsce trzeba tłumaczyć ten gest? Nie sądzę. A jeśli faktycznie znajdzie się na sali osoba nie zorientowana, niech podpyta wujka, lub kumpli z wojska. :)
W przypływie euforii i chęci upojenia trunkiem nie traćmy jednak czujności. Szczególnie, gdy będziemy we Włoszech. Tam ten gest obrazuje gilotynę i może być odebrany nawet jako grożenie śmiercią, więc jeśli trafimy na kogoś wyjątkowo drażliwego, nieprzyjemności murowane.

Mając powyższe na uwadze, warto przed wyjazdem zaznajomić się choć trochę z zasadami panującymi w danym kraju, byśmy nie stali się ofiarami naszych własnych gaf i wpadek.

Podzielcie się swoimi przygodami z mową ciała w tle. Na co i w jakich krajach zwracać uwagę? Komentarze są Wasze.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Jak przetrwać zakupy i nie zwariować?

Zakupy Wyprzedaże Jak przetrwać na zakupach

Nowy rok to okres mocnych postanowień (które rzadko wytrzymują próbę czasu), dalekosiężnych planów, szturmów na siłownie i... WYPRZEDAŻY. Te ostatnie przyciągają w galeryjne ostępy tłum, w którym najbardziej rzucają się w oczy trzy grupy osób (mieszanki tychże zapewne też się znajdą, ale już tak wnikliwych obserwacji nie prowadziłam).

Prym wiedzie zwarty i gotowy na wojnę tłum, który żądny sklepowych zdobyczy urządza sobie prawdziwe safari. I biada temu, kto miałby owo polowanie uniemożliwić. Gdzieś pomiędzy - boczkiem, boczkiem, aby szybciej - buszują ci, którzy przyszli po konkret, korzystając z niższych cen. Trzecią grupę stanowią (zazwyczaj) mężczyźni, którzy wyciągnięci przez swoje partnerki na "szybkie zakupy", cierpią katusze, wysiadując pod przymierzalniami i tachając za nimi torby ze zdobyczami.

Jednak niezależnie od tego, do której grupy należysz, możesz przeżyć ten czas zakupowego armagedonu bez szczególnego uszczerbku na ciele i umyśle. Kluczem do sukcesu i przetrwania jest organizacja. Nawet ta elementarna.

Pierwsza grupa, ta, która żyje zakupami niezależnie od pory roku, nie potrzebuje specjalnych wskazówek ponad tę, która mówi, by do tego zakupowego szału podejść mądrze. Tak, by na dzień następny nie mieć kaca moralnego w stylu: 'po co mi kolejna niebieska bluzka/spódnica/czapka', 'znowu tyle wydałam/-em'. Niby wydaje się to niemożliwe, ale jest wykonalne.
Skoro już wiesz, czego chcesz, wystarczy skupić się na potrzebnym kolorze, materiale, cenie. Dołożyć do tego chwilę zastanowienia, czy aby na pewno tego potrzebujemy i akurat na to chcemy wydać naszą gotówkę. Często bowiem okazuje się, że rzecz na pierwszy rzut oka wygląda dobrze, ale naprawdę to badziew, który rozpadnie się po pierwszym praniu. Dodatkowo, jak się mocniej zastanowisz, to okaże się, że coś takiego już w szafie masz, a przydałoby się coś zupełnie innego. Życie. ;) Pamiętaj - zero kompromisów.

Jeśli - podobnie, jak my - jesteś nieszczęśnikiem, dla którego zakupy to zadanie do wykonania, to po pierwsze łączymy się z Tobą w bólu, a po drugie życzymy, by zawsze udawało Ci się popełnić te wszystkie konsumpcyjne zachcianki bez wychodzenia z domu, przez internet. Niestety, czasami klikanie  nie wystarcza i trzeba ruszyć w tłum przy brzęku monet i pikania kart płatniczych, pomacać i przymierzyć, żeby zbyt często nie galopować na pocztę, by odesłać nasze zakupowe porażki.
Zrób więc wcześniej rozeznanie - co i gdzie planujesz kupić. Oszczędzisz w ten sposób czas. W miarę możliwości unikaj zakupów w weekend. Wiem, że w trybie pracującym o to ciężko, ale czasami się udaje i od razu człowiek spokojniejszy i mniej agresywny. ;) Trzymaj się zaplanowanych konkretów i jeśli w planach było kupno spodni, czy butów, nie rozglądaj się za swetrem. Wszystko ma iść zgodnie z planem.

Plan będzie miał się jednak nijak do rzeczywistości, jeśli w czeluści galerii zostaniemy zaciągnięci przez "lepszą połówkę". Tak, na tę okoliczność są narażeni przede wszystkim panowie, którzy traktują zakupy, jak zło konieczne. Niestety, ich córki, żony, matki i kochanki mogłyby spędzać w sklepach całe dnie.
Pozostaje więc uzbroić się nie tylko w cierpliwość i stoicki spokój, ale również w kilka gadżetów, które umilą oczekiwanie, skracając męki. Warto mieć w zanadrzu coś do poczytania, sprawdzi się też jakaś gra w telefonie. Ostatecznie można uciec do sklepu z elektroniką lub na szamę. Sprawa się skomplikuje, jeśli nie zdążysz wrócić na posterunek, gdzie z uśmiechem na ustach będziesz oczekiwał na to, by już za chwilę, już za momencik odbyć pierwszy w tym roku spacer farmera z górą zakupowych zdobyczy sprawnie upchanych w siatki i torebeczki.

To jak? Kiedy ostatnio dopadło Was zakupowe szaleństwo? Przeżyliście?

W tym miejscu muszę przyznać, że musieliśmy ostatnio wybrać się na małą zakupową krucjatę, bo nasze górskie buty zasłużyły już, by odejść na obuwniczą emeryturę. Potrzeba obucia naszych kopytek wykopała nas z domu.  Pojechaliśmy, łaziliśmy, patrzyliśmy, macaliśmy, ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że nic nie kupiliśmy, bo nic nas w tych stacjonarnych sklepach za serce nie chwyciło (poza cenami niektórych egzemplarzy, które przyprawiały o migotanie przedsionków). Póki co, zostaje nam bieganie na boso, liczenie na rychłe znalezienie naszych faworytów (pod względem technicznych i wizualnym) i nasze szczęście do zakupów internetowych.

środa, 6 stycznia 2016

Skoro zginęli, to można ich gnoić

Tatry, Zima, Szklane góry


Ostatnie dni starego roku i początek nowego niechlubnie zapisały się w historii tatrzańskich wypadków śmiertelnych. "Szklane góry" zebrały tragiczne żniwo. I choć sumarycznie rzeczonych wypadków było w Tatrach mniej niż w latach ubiegłych, to ich kumulacja w ostatnich dniach wywołała burzę, falę nienawiści oraz pochopnych osądów, wobec której ciężko jest przejść obojętnie. 

Komentujący, zamiast po ludzku, pochylić się nad tragedią, po której najzwyczajniej w świecie szkoda człowieka (kimkolwiek by nie był), wylewają na ofiary wiadro pomyj. Szczególnie, gdy temat nagłaśniają popularne media z masowym zasięgiem, karmiące publikę newsami, bez głębszego wglądu w daną sytuację, czy wypadek, jaki miał miejsce. Liczy się trup, bo jak ofiara to sensacja, a ta z kolei przyciągnie rzeszę domorosłych ekspertów od wszystkiego.

"Ekspercki" poziom nienawiści eskalował do tego stopnia, że wypowiedzi osób związanych z górami, czy wrzucenie zdjęcia z tematyką górską  były zakrzykiwane, a autor tychże oskarżany o propagowanie szaleństwa, skrajny brak odpowiedzialności i wodzenie niewinnych duszyczek na śmiertelne pokuszenie.
Podczas czytania komentarzy pod informacjami, jakie pojawiły się w ostatnim czasie, oczy - z niedowierzania w to, co czytam - robiły mi się wielkie, jak spodki, a włos jeżył się nie tylko na głowie. Lawina nienawiści i niepopartych niczym osądów rosła w zastraszającym tempie.
Pusto, bezmyślnie, byle tylko dopieprzyć ofiarom. Bo według komentujących pieniaczy, ofiary są zawsze sobie winne, bo zapewne osoby te były nieprzygotowane, niedoświadczone, bez sprzętu. No idioci-samobójcy, których nikt żałować nie powinien.

Fakt jest taki, że zza komputerowych ekranów i znad klawiatur, siedząc w ciepłym fotelu, krzywdzące osądy wydaje się przerażająco łatwo. Kto jednak z tych, ciskających się i ubliżających zmarłym, osób był na miejscu zdarzenia i jest w stanie potwierdzić, co się naprawdę wydarzyło? Czy komentujący mieli wiedzę o ekwipunku, doświadczeniu, faktycznych warunkach panujących w danym miejscu? Nie! Wysnuwali tylko na oślep swoje teorie, karmiąc się doniesieniami mediów.

Prawda jest taka, że nikt przy zdrowych zmysłach nie idzie w góry, czy gdziekolwiek indziej, bo ma zamiar zakończyć swój żywot. Jest jednak w życiu taka siła, która nakręca ludzi do tego, by żyć bardziej, chcieć więcej i jest to indywidualna sprawa pojedynczej jednostki. Nikt nie jest uprawniony do tego, by zarzucać komukolwiek, że ten swoim postępowaniem daje zły przykład, narażając tym samym innych na niebezpieczeństwo. Zakładam, że każdy posiadający mózg, jest w stanie rozsądzić, co jest dla niego dobre, czy bezpieczne. Nikt nikogo nie ciągnie w góry skutego w łańcuchy i nie puszcza wolno na grani, by ten tam sobie radził w pojedynkę. 

Wypadki w górach były, są i będą. I choć czasami bywają wynikiem skrajnej nieodpowiedzialności, to jednak w wielu przypadkach są to zdarzenia losowe, które mogą przydarzyć się każdemu. Bo wszyscy jesteśmy ludźmi. Zwykłymi ludźmi. Jak dotąd nie było mi dane poznać żadnego nadczłowieka, który byłby ponad to. Zginąć może każdy - turysta (mniej, lub bardziej doświadczony), narciarz, przewodnik, czy TOPRowiec niosący ratunek, lub trenujący w trudnych warunkach, by być przygotowanym na najtrudniejsze akcje. Potknięcia, rozkojarzenia, rutyna, czy nagłe osunięcia śniegu nie pytają, czy to dobry moment. One się dzieją. 

Zamiast więc bić pianę, prowadźmy rzeczowe dyskusje, by następni mogli wyciągać z nich wnioski. Być może ktoś się dwa razy zastanowi, czy podejmie dane ryzyko. I nie mam tutaj na myśli doniesień wyłącznie o tragediach górskich (choć te aspirują do bycia tymi najbardziej spektakularnymi). Wypadki towarzyszą nam na każdym kroku, codziennie. Śmierć możemy znaleźć wszędzie - upadając na prostym chodniku, jadąc samochodem, czy rowerem, lecąc samolotem, czy w sytuacji tak abstrakcyjnej, o której w życiu byśmy nie pomyśleli, że może być niebezpieczna. Takie jest życie i tylko od nas zależy, jak je będziemy przeżywać.

niedziela, 3 stycznia 2016

Zimowy Wrocław - Park Wschodni


Stało się. Zimowa aura przypomniała sobie o Wrocławiu i zrobiła oczekującym jej mieszkańcom niespodziankę na nowy rok. Biała pierzynka - cienka, bo cienka, ale jednak - przykryła okolicę, odświeżając szary krajobraz. I choć pierwszy dzień roku tonął w szarościach, to już drugi przywitał się z nami słońcem, mrozem i wręcz zapraszał na spacer.

czwartek, 31 grudnia 2015

wtorek, 29 grudnia 2015

#Blogowigilia 2015 i Warszawa w 3 godziny

Dziesięć dni po wydarzeniu to bardzo dobry czas, by szepnąć słówko o tymże. Tym bardziej, że po świątecznych aktywnościach, polegających na przemielaniu w paszczy sernika na przemian z piernikiem i makowcem, wypadałoby powrócić do blogowo-życiowego ogarnięcia.
Tym sposobem, w posernikowej delirce i na zimowym głodzie, wynikającym z chronicznego braku śniegu, zrodziła się w końcu ultra krótka (ale jednak!) relacja nie tylko blogowigilijna, ale również warszawsko-spacerowa. Bierzcie, czytajcie i oglądajcie z tego wszyscy.

Blogowigilia
 A to kto? Sławy, panie, sławy. Tylko nikt ich nie zna. ;) fot. Krzysztof Kotkowicz

środa, 23 grudnia 2015

Spokojnych Świąt!

Spokojnych Świąt Życzenia Bombki

Gdy już znajdziecie chwilę spokoju i z dumą spojrzycie na Wasze wypieki, uszka i całą świąteczną otoczkę, usiądźcie wygodnie i przyjmijcie te życzenia. Dla wszystkich i każdego z osobna, z podziękowaniem, że jesteście.

Magia świąt niech Was odwiedzi,
niech uśmiechną się sąsiedzi.
Niechaj w zdrowiu i chorobie
będzie z Wami Dziecię w żłobie.

Wasze troski niech zmaleją,
niech je za góry wiatry wywieją.
No a Wasze dalsze życie
niech upływa w dobrobycie.

Inwestujcie w swe marzenia,
tyle jest ich do spełnienia.
Więc na koniec, co kto chce,
życzy wszystkim Życie Me.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

TOP 10 najlepszych piosenek na święta

Najlepsze piosenki na święta

Święta już tuż, tuż. Mikołaj, czy inny Gwiazdor czają się za rogiem, a pierniki - o ile wcześniej nie zostały pożarte w tajemniczych okolicznościach - czekają na zakończenie swego piernikowego żywota w świątecznie wygłodniałych brzuszkach.

To ten czas, kiedy świąteczny nastrój dopada nas ze zdwojoną mocą (nawet mimo braku śniegu). Warto więc skorzystać z chwili, porzucić latanie na odkurzaczu po całej chałupie, i tak po ludzku się zrelaksować - przy choince, z kubkiem grzańca w dłoni i wszystkim innym, co lubicie i co sprawia Wam frajdę. A w tle - lub całkiem głośno - niech lecą świąteczne hiciory, które mimo upływu lat, w okresie około gwiazdkowym odzyskują świeżość i niezmiennie wywołują banana na twarzach. Nie wiem, jak Wy, ale ja osobiście przez te grudniowe dwa tygodnie, przy świątecznych listach przebojów z upodobaniem mogę gwałcić przycisk replay, jarając się przy tym, jak trawa na jesień.

To co? Lecimy? Śpiewy mile widziane. Może sąsiedzi nie będą się skarżyć. ;)

Mariah Carey - All I Want For Christmas Is You
 
Wham! - Last Christmas

Chris Rea - Driving Home For Christmas

 Czerwone Gitary - Jest Taki Dzień

DeSu - Kto Wie

Cliff Richard - Mistletoe And Wine

John Lennon - Happy Xmas (War Is Over)

Michael Buble - Christmas Baby Please Come Home

Skaldowie - Z Kopyta Kulig Rwie

Edyta Górniak i Krzysztof Antkowiak - Pada Śnieg

Kolejność hiciorów zupełnie przypadkowa, a Wy w bonusie dorzućcie w komentarzach Wasze ulubione. Niech nam kopytka podrygują w świątecznym klimacie, a serducha roztapiają się od ciepła.

wtorek, 15 grudnia 2015

Jak skutecznie chronić się w górach przed zimnem?

Ochrona przed zimnem w górach Zima

Zdecydowałeś się. Wybierasz się w góry zimą. Jesteś świadomy zagrożeń i starasz się odpowiednio przygotować do wycieczki, by wszystko - a przynajmniej w większości - poszło po Twojej myśli. Kompletujesz ekwipunek, zabierając ze sobą potrzebne rzeczy. Nie zapominaj jednak, że zima ze swoim chłodem będzie wymagała od Ciebie "zarządzania" ciepłem. Nie ma się co oszukiwać, zimą w górach jest zimno. Chłód może być mniej lub bardziej dokuczliwy, ale występował będzie zawsze. Dobrze przygotuj się na starcie z zimnem i podmuchami lodowatego wiatru.

Jak to zrobić? - Zapytasz. Jak skutecznie chronić się w górach przed zimnem, by wędrówka była przyjemna i komfortowa nawet w mało sprzyjających warunkach? Spieszę z pomocą.

Skupmy się na odzieży. Zdecydowanie należy odrzucić wszelkiej maści skrajności. Jeśli ubierzemy się za cienko (niezależnie od marki naszego ubioru), zmarzniemy. Bez dwóch zdań. Jeśli nałożymy na siebie za dużo, bez możliwości zdjęcia niepotrzebnych rzeczy, szybko się zgrzejemy, następnie nas przewieje i... Tak, będzie nam zimno. Bardzo.

W przypadku górskich wędrówek (na co dzień z resztą też) najlepiej sprawdza się ubieranie warstwowe. Tak trochę na cebulkę, by łatwo nam było założyć/zdjąć daną sztukę odzieży, w zależności od potrzeb. Chodzi przecież o naszą wygodę i komfort.

3 WARSTWY ODZIEŻY O RÓŻNEJ GRUBOŚCI


Aby nasz górski ubiór dobrze pełnił swoją funkcję i zapewniał nam komfort termiczny, każda z jego warstw musi również spełniać swoje zadanie. Nie sztuką jest ubrać na siebie pół szafy i wyglądać, jak ludzik Michelin. Ważne, by zrobić to rozsądnie, nie zapominając o takich podstawach, jak czapka, szalik/buff oraz rękawiczki. Na górskim szlaku, szczególnie w czasie długiej i nierzadko forsującej wędrówki, ważne dla nas będzie dobre odprowadzanie potu, ciepło oraz ochrona przed działaniem różnych czynników atmosferycznych (np. przed deszczem, śniegiem, wiatrem, etc.).

#1 Warstwa: ODPROWADZANIE POTU


Warstwa odpowiedzialna za dobre odprowadzanie potu, to ta znajdująca się najbliżej naszej skóry. Na czas wędrówki zrezygnuj z miękkich bawełnianych podkoszulek, bo te choć przyjemne w dotyku, chłoną wilgoć, jak gąbka, nie odprowadzają jej na zewnątrz, a skóra po zetknięciu z takim mokrym odzieniem szybciej się wyziębi. Uczucie komfortu spada diametralnie.

W związku z powyższym, gdy wiesz, że szykuje Ci się dłuższy marsz, sięgnij po bieliznę stworzoną specjalnie na potrzeby osób aktywnych. Tak zwana bielizna termoaktywna (do wyboru koszulki, getry, majtki/bokserki), dzięki zastosowanym materiałom technicznym, odprowadzi pot na zewnątrz, szybciej wyschnie, a tym samym pozwoli na utrzymanie skóry w suchości, zapewniając Ci komfort termiczny, który w kiepskich warunkach pogodowych jest w górach na wagę złota.

#2 Warstwa: IZOLACJA CIEPLNA



W przypadku tej warstwy górskiego odzienia, masz już większe pole manewru i możesz wybrać to, w czym jest Ci wygodniej. Niektórzy chodzą w swetrach, inni wybierają bluzy z polaru (ja je osobiście kocham). To już Twoja decyzja, na co postawisz.
Ponieważ jest to warstwa pośrednia, warto, by nie była zbyt opięta i nie przylegała ściśle do ciała. Ta odrobina przestrzeni wraz z powietrzem będą stanowiły doskonałą izolację cieplną. Podobnie możesz pokombinować np. z dwiema parami rękawic - cieńsze bezpośrednio na dłonie, a na nie druga para trochę luźniejszych, nawet takich z jednym palcem.

#3 Warstwa: OCHRONA ZEWNĘTRZNA



Jak sama nazwa wskazuje, będzie to warstwa, która w założeniu ma Cię ochronić przed działaniem wszystkich najgorszych czynników zewnętrznych, które wcześniej, czy później Cię dopadną. To może być wiatr, deszcz, czy śnieg i dlatego ważne jest, by zewnętrzna odzież była odporna na ich działanie. Tak, aby po upływie czasu i marszu nawet w niesprzyjających warunkach, było Ci w miarę ciepło i nie nachodziły Cię myśli, że może byłoby lepiej ściągnąć przemoczone, a nawet wstępnie zamarzające ciuchy. 

W tym przypadku postaw na oddychającą, ale nieprzemakalną kurtkę z membraną, która zapobiegnie przedostawaniu się wody do środka (spodnie o takich właściwościach są również mile widziane i pożądane). A chyba nie lubisz, jak deszcz po Tobie spływa. Ja nie lubię, szczególnie po tym, jak mnie kiedyś przemoczyło do samych gaci. A wcale nie miałam do przejścia długiego odcinka - ot, sześć kilometrów. Nie polecam. ;)

W przypadku cieplejszego dnia, czy pory roku, warstwy można ograniczyć do dwóch. Za każdym razem jednak zaczynając od bielizny i zakładając na nią, w zależności od potrzeby, samą kurtkę przeciwdeszczową, lub sweter/polar.
Umiejętnie dobrana odzież sprawi, że żadna aura nie będzie Ci straszna. Nawet ta zimowa. Pozostaje więc wybrać trasę, spakować plecak z obowiązkowym ciepłym napitkiem, założyć "gacie z golfem" i ruszać po nowe doświadczenia.

Jeśli macie swoje dodatkowe patenty na to, jak skutecznie chronić się przed zimową pizgawicą, nie krępujcie się i dajcie znać. Niech nam wszystkim będzie ciepło.

czwartek, 10 grudnia 2015

Bezpieczeństwo w górach zimą - Jak unikać zagrożeń?

Góry Zima Bezpieczeństwo Tatry

Dla sporej rzeszy turystów górskich rozpoczyna się ten okres w roku, kiedy buty trekkingowe zamieniają na kapcie, softshell na koc, a mapę na kubek z grzańcem i książkę. Tak, to zima. Chłodna i niedostępna z zasady, strasząca mrozem i uprzykrzająca życie zbyt krótkim dniem.

Mimo to nie trzeba czekać do wiosny, by oddać się znowu górskim wędrówkom. Po prostu warto jest wybrać się w góry również zimą i nie dotyczy to jedynie miłośników białego, narciarskiego szaleństwa. Szlaki piesze wyglądają zupełnie inaczej w zimowej odsłonie, dostarczając wrażeń nie mniejszych (jeśli nie większych) niż latem, czy jesienią. Zimą w górach jest przepięknie, a gdy trafimy na sprzyjającą pogodę, to już w ogóle bajka. Taki górski Winter Wonderland. Polecam!

Jednak nie możemy pozwolić, by to zimowe i bajkowe piękno natury uśpiło naszą czujność i dbałość o zdrowie oraz bezpieczeństwo. Niestety, górskie zagrożenia nie chowają się na zimę pod śniegiem i czają się z jeszcze większym upodobaniem na wszystkich lekkomyślnych i niepokornych.

Co zwiększy zimą nasze bezpieczeństwo i pozwoli unikać zagrożeń?

POKORA

Dobrze znam ten stan i podejście, które pcha do tego, by wszystko robić na hura, bez wstępnego przemyślenia i oceny różnych sytuacji. Trochę wstyd, ale tak bywało. Bądźcie mądrzejsi ode mnie. :)

Najczęstszą przyczyną górskich tragedii - nie ma się co oszukiwać - są błędy ludzkie, brak chociażby elementarnego przygotowania, wyjście na żywioł, na tak zwanego cwaniaka. Brak doświadczenia nie każe nam jednak zamykać się w domu, ale jeśli nie jesteśmy do końca pewni swoich umiejętności, idźmy z grupą, w której będą osoby bardziej ogarnięte od nas. To żaden wstyd. W ten sposób mamy możliwość nauczenia się czegoś nowego od tych, którzy wiedzą, co, jak i z czym.
Nie trzeba od razu walić na Rysy. Niższe pagóry to nie tylko czysta wygoda oraz zwiększone bezpieczeństwo, ale również bardziej komfortowa wędrówka, bo szlaki w niższych i bardziej dostępnych górach są zwykle bardziej przedeptane (Nie, nikt tam pługiem nie odśnieża). Zimową turystykę możemy z powodzeniem uprawiać na bardziej dostępnych szlakach, ale wcale nie jest powiedziane, że będzie to super lekki spacerek.

Śnieg jest bowiem takim tworem, który potrafi skutecznie spowolnić wędrówkę i znacząco wydłużyć czasy przejść. Dlatego ważne jest, by do szacunkowych czasów podanych na mapach, czy drogowskazach dodawać spory zapas. Mnie już nie dziwi, że z pięciogodzinnego spaceru może się zrobić dziesięciogodzinna wyrypa. Biorąc więc również pod uwagę dużo szybciej zapadający zmrok, nie porywajmy się na długie szlaki, bo jest więcej jak pewne, że się przytyramy i zostaniemy sponiewierani konkretnie, a w najgorszym razie zastanie nas ciemna noc w samym środku niczego, żeby nie powiedzieć, że w dupie.

OCENA SAMOPOCZUCIA

W górach, szczególnie zimą, oprócz przygotowania kondycyjnego równie ważny jest odpowiedni ekwipunek, dzięki któremu będziemy mogli na bieżąco reagować na dane sytuacje. Gdy czekolada, czy ciepła herbata nie poprawiają naszego samopoczucia, nie katujmy się i zawróćmy. Brnięcie "w trupa" nie ma sensu, bo ani to przyjemne, ani bezpieczne. Zmęczony umysł spowolni nasze reakcje i świadomą ocenę sytuacji, więc nie warto tak sobie pogrywać.

Musimy być w stanie ocenić, czy jest nam zimno, czy ciepło. Potrafić określić, czy lepiej nałożyć kolejną warstwę odzieży na podejściu, ryzykując zgrzanie i nadmierne spocenie, czy nałożyć ją dopiero wtedy, gdy wyjdziemy  w miejsce nieosłonięte, gdzie wiatr będzie przepizgiwał do szpiku kości. Nałożenie dodatkowego polaru na już spocone ciało, nic nam nie da. Ściągnąć to, co mokre? Zapomnijcie! Wyobrażacie sobie, że stojąc w samym środku pizgawicy, rozbieracie się do rosołu tylko dlatego, żeby ubrać czyściutką i pachnącą bluzę? Gwarantuję, nie zrobicie tego.

OCENA SYTUACJI

Niech  nie zmyli Was dobre samopoczucie i brak zmęczenia. Zimą szczególnie mocno musimy zwracać uwagę na to, gdzie idziemy. Normalnie łagodny, czy łatwo dostępny szlak, może okazać się nieprzetarty, czy oblodzony. I nie dotyczy to wyłącznie gór wysokich pokroju Tatr.

Idąc, warto spojrzeć do góry. Tym razem nie po to, by podziwiać błękit nieba kontrastujący ze śnieżną bielą, ale po to, by sprawdzić, czy gdzieś tam nad naszymi głowami nie czają się śnieżne nawisy. A te (nawisy) do spółki z lawinami potrafią uprzykrzyć zimowy pobyt i skutecznie zagrozić wędrowcom. Przy nachyleniu powyżej 25 stopni stają się niebezpieczne i nie zaleca się wchodzenia na taki teren bez specjalistycznego sprzętu, który w razie sytuacji awaryjnej pomoże przeprowadzić sprawniejszą akcję ratunkową - sonda, łopata, detektor (można wypożyczyć np. w schroniskach).

PROGNOZY POGODY

Pogoda w górach jest jak kobieta. Nigdy nie wiadomo, jak bardzo kapryśna będzie i czym nas uraczy, a możliwości ma sporo. Zamiast więc skazywać się na jej łaskę, czy niełaskę, warto śledzić prognozy, dopytywać też o nie w schroniskach przed wyjściem w góry. Spojrzeć w kamerki internetowe, rzucić okiem na termometr, by wiedzieć, czy potrzebne nam będą gacie z golfem. To nie tylko pozwoli cieszyć oczy bajecznymi widokami, ale też pomoże tak zaplanować trasę, by nie być narażonym na różnej maści niespodzianki.
Nagła śnieżyca, czy mgła bardzo szybko mogą wyprowadzić nas na manowce, bo wtedy o pobłądzenie najłatwiej. Jeśli dołożymy do tego nasz wyziębiony organizm, może nie być ciekawie. Sprawdzenie tego, co mówią pogodynki, zajmie chwilę i oszczędzi nieprzyjemności. Warto więc poświęcić ten ułamek naszego cennego czasu.

Chodźmy w góry ze świadomością, że to żywioł i możemy spodziewać się wszystkiego - nieprzetartych szlaków, załamania pogody, zimna (o tak, zimą jest zimo), kontuzji, etc. Góry zawsze będą górami i nawet w tych niepozornych może zdarzyć się nieszczęście. Szczególnie wtedy, gdy zlekceważymy podstawy w obcowaniu z nimi. A zima przecież ma być piękna i dostarczać samych pozytywnych wrażeń, a nie traumatycznych wspomnień. Tak więc, trzymacie się ciepło. I bezpiecznie.

sobota, 5 grudnia 2015

Nad bieszczadzkim morzem - Jezioro Solińskie

Jezioro Solińskie

Po naszej późnojesiennej bieszczadzkiej łazędze, kiedy to zapoznaliśmy się z Tarnicą i jej równie przecudnej urody okolicą z Haliczem i Rozsypańcem, spaliśmy jaj dzieci. Plan na sobotę był bardzo "na lekko" i "po drodze", bo to już był dzień powrotu we wrocławskie progi. Ponieważ już żadna górska dreptanina nie wchodziła w grę, wybór mógł być tylko jeden - Jezioro Solińskie.

Nie pamiętam, która była godzina. Strzelam, że coś koło ósmej, kiedy obudziło mnie znienawidzone na wyjazdach bębnienie w okienną szybę. Nie miałam wątpliwości - lało. I to konkretnie, a nisko zawieszone chmury nie napawały optymizmem i chwilowo nie pozwalały mieć nadziei na słońce. Dupa zbita. Ponieważ reszta wycieczki pochrapywała sobie w nieświadomości, nie pozostało mi nic innego, jak też się jeszcze zawinąć do wyrka. Może wiatr przegoni - pomyślałam.

wtorek, 1 grudnia 2015

10 najciekawszych pomysłów na świąteczny prezent dla turysty

10 pomysłów a prezent

Jeszcze niedawno mieliśmy lato i mogliśmy biegać boso po górskich łąkach, a tymczasem, zupełnie nie wiadomo jakim cudem, stoimy u progu grudnia, a zewsząd szczerzą się do nas brodate gęby Mikołajów i reniferów, a blask choinkowych światełek daje po oczach ze zdwojona siłą. 
To znak, że czas choinki i prezentów tuż, tuż. To już ostatni dzwonek, by jeszcze w miarę na spokojnie ogarnąć temat podarunków dla bliskich. Prezenty, któż ich nie lubi?

piątek, 27 listopada 2015

NA OCEANIE NIE MA CISZY - Dominik Szczepański | Recenzja - Siła człowieka, który kajakiem przepłynął Atlantyk

Recenzja Aleksander Doba

Wyobraź sobie, że jesteś całkowicie sam i płyniesz przez ocean. Co widzisz? Ciszę, spokój i niesamowity bezmiar wody, a na środku tego wszystkiego Ty, w sile wieku, na dużej łodzi, tudzież innym statku. Zrelaksowany leżysz na pokładzie i wpatrujesz się w horyzont. Ale, to nic niezwykłego. Tak może każdy, o ile lubuje się w takich rozrywkach i posiada gotówkę na ich realizację.
Jako przeciwieństwo do tego relaksacyjnego i wręcz urlopowego obrazka pojawia się ten przedstawiający nie łódź, a nieduży kajak pchany naprzód siłą mięśni człowieka, który swą młodość ma już dawno za sobą. Jednak ze swoim nastawieniem do życia jest młodszy od wielu młodszych od siebie.

To Aleksander Doba - człowiek, który samotnie przepłynął kajakiem Atlantyk - Podróżnik Roku w plebiscycie National Geographic. Człowiek z niesamowitą pasją i uporem. Z życiem i wyzwaniami, które aż się prosiły, by spisać je na książkowych kartkach. Tak powstała biografia słynnego kajakarza i próżno szukać w niej nudnych fragmentów.

Na oceanie nie ma ciszy Książka Doba

Książka - "Na oceanie nie ma ciszy. Biografia Aleksandra Dobry, który przepłynął kajakiem Atlantyk" autorstwa Dominika Szczepańskiego (wyd. Agora, premiera 28. października 2015) - już swoim wstępem sugeruje, że nie będzie to zwyczajna lektura. Ale, czy zwyczajna może być pasja kogoś, kto porywa się z wiosłami na wody Atlantyku? W żadnym wypadku. Tym sposobem, każdy akapit nęci, by czytać dalej, mimo, że przecież wynik atlantyckiego przedsięwzięcia jest nam znany.

PRZYGODA


Olek Doba z kajakami był związany od dawna. Odnalazł się w tym sporcie wyjątkowo perfekcyjnie. Szukał wyzwań, uczył się techniki od innych, pozwalał, by pasja wypełniała mu każdą wolną chwilę w życiu. Bliskie i krótkie spływy z czasem zamieniał na wyprawy życia, z których każda następna była pod każdym względem bardziej ciekawa, czy wymagająca. Chęć przeżycia przygody spowodowała, że Olek Doba - inżynier mechanik - wzniósł swoje życie na bardziej szalony poziom. Dla innych wręcz niewyobrażalny. Niepojęty do tego stopnia, że gdy wspominał o swoich pomysłach, postronni kręcili tylko głowami. Za sobą miał jednak rodzinę, którą również zaraził kajakarstwem. Dalekie wyprawy odbywał jednak w samotności, sprawdzając siebie w różnych, często niesprzyjających warunkach.

INSPIRACJA


Niektórzy mówią, że życie zaczyna się po trzydziestce, jeszcze inny, że po czterdziestce, Aleksander Doba podwyższył te wiekowe widełki, bo dla niego życie rozpoczęło się po sześćdziesiątce. To właśnie wtedy przyszedł czas na spełnianie marzeń, których realizację umożliwiły mu niebywały upór i determinacja. Dla niego rozpoczęła się wtedy kajakarska jazda bez trzymanki, która wzbudziła podziw u wielu osób. Nie tylko zwykłych ludzi, ale również tych, dla których sporty, czy wyczyny ekstremalne nie należały do rzadkości. Poniższe słowa Martyny Wojciechowskiej pokazują dobitnie, że dokonania Aleksandra Doby ocierają się o pewne szaleństwo, ale są przy tym pozytywne i bardzo motywujące.

Zawsze uważałam, że mam dużą wyobraźnię... Ale nawet moja wyobraźnia nie sięga tak daleko, jak wyobraźnia Olka Doby! Trzeba być szaleńcem, żeby pewnego dnia wsiąść w kajak i przepłynąć ocean, żeby dzięki własnej determinacji i sile mięśni samotnie przemierzyć tysiące mil morskich. Olek dokonał rzeczy, wydawałoby się niemożliwej. Dzięki temu, co zrobił, stał się idolem dla wielu młodych, którzy chcieliby mieć tyle samo odwagi i fantazji. Chodzi o to, że Olo jest jedyny i niepowtarzalny, inspiruje nas wszystkich do tego, żebyśmy mieli odwagę realizować własne marzenia, nawet te najbardziej zwariowane. ~ Martyna Wojciechowska

Czytając tę książkę dostajemy obraz człowieka bardzo ciekawego świata, o otwartym umyśle i gotowości do działania. Choćby tu i teraz, bo życie
trzeba przeżywać na bieżąco, (...) robić wszystko, by z dnia na dzień cieszyć się nim. ~ Aleksander Doba
Książka, oprócz tego, że świetnie opisuje wyprawy i przygody Aleksandra Doby, naszpikowana jest jego humorem. Z treści bije pozytywna energia, niesamowity dystans do siebie. Postawa bohatera nawet w chwilach trudnych nie pozwala na to, by się poddać i staje się tym samym doskonałym motywatorem, by działać i nie zrażać się mimo przeciwności losu, których zarówno w życiu, jak i na wyprawie, nie brakuje.

Zachęcam, sięgnij po tę książkę. Nie musisz być podróżnikiem, czy wilkiem morskim, by odnaleźć się w temacie. Spokojnie możesz być ciepłolubnym sofo-okupantem i nie lubić wyściubiać nosa z ciepłych pieleszy, ale ta lektura Cię kupi. Mówię Ci.

niedziela, 22 listopada 2015

Bieszczady - Z Tarnicy przez Halicz i Rozsypaniec do Wołosatego

Bieszczady Szlak Góry

Z wyjątkowym ociąganiem opuszczamy szczyt Tarnicy, bo oczy nie mogą nasycić się rozpościerającą się zeń panoramą. Choć nasz główny cel został osiągnięty, to jednak plan na dzień przewidywał jeszcze więcej szlaku, widoków, przedreptanych kroków, zjedzonej czekolady i... wiatru. A duło wściekle, więc chwała wspomnianemu papu za to, że nam tyłki dociążyło i uratowało przed zwianiem.

czwartek, 19 listopada 2015

KGP - Tarnica 1346 m n.p.m., Bieszczady - 13.11.2015

Bieszczady Tarnica

Nowy dzień nastał szybko, przeganiając ciemną noc w posezonowej bieszczadzkiej głuszy. Spaliśmy twardo, ale na dźwięki budzika zareagowaliśmy prawidłowo. Nie, nie była to chęć rzucenia nim o ścianę. Nasze oczy powędrowały praktycznie równocześnie w kierunku okna, za którym jaśniał dzień. Cudowny, z wymarzoną aurą i bezchmurnym niebem. Wpuszczone rześkie powietrze orzeźwiło nasze umysły i ciała do tego stopnia, że zmęczenie spowodowane łazęgowaniem po Górach Świętokrzyskich minęło, jak ręką odjął.

poniedziałek, 16 listopada 2015

KGP - Łysica 612 m n.p.m., Góry Świętokrzyskie - 12.11.2015


Ostatnią cegiełką, jaką dołożyliśmy do naszej korony KGP, był Śnieżnik, na który wleźliśmy we wrześniu, i który w nagrodę poczęstował nas turbo-mgłą. Skubaniec.

Październik minął szybko na sprawach codziennych i zupełnie przyziemnych, a następujący po nim listopad nie miał się od niego szczególnie różnić. Planów na wojaże nie mieliśmy żadnych. Zresztą, ten miesiąc jakoś tak zawsze najmniej sprzyjał naszym wędrówkom. Bo to już pogoda niepewna, dzień krótki, deszcz najczęściej, no ogólna pizgawica i zło czające się za rogiem. Lepiej posiedzieć w spokoju i nadrabiać zaległości filmowo-książkowe.

FACEBOOK

INSTAGRAM

ARCHIWUM