piątek, 17 kwietnia 2015

(Nie)cudowne uzależnienie

Uzależnienie od podróży

Wcześniej, czy później uzależniony od czegoś będzie każdy z nas. Tak już skonstruowano ten świat, by nęcił wszystkim, co ma. Jednych pochłoną tytoniowe opary, inni zatopią się w kofeinowej ekstazie. Znajdą się też tacy, którzy złożą swój żywot w ręce sacharozy, oddając cześć nutelli i innym czekoladkom. Wśród nich będą też ci z uzależnieniem bonusowym. Rodzajem fanatyzmu, który będzie pchać naprzód, w kierunku poznawania i smakowania tego, co nowe. Uzależnienie od podróży - mówi Wam to coś? Jestem przekonana, że tak.

Obecnie mamy multum możliwości. Dzięki siatkom połączeń lotniczych i mnogości ofert noclegowych możemy łączyć, kombinować i wybierać to, co nam najbardziej odpowiada, a potem tylko się spakować i ruszać na spotkanie przygodzie.

Oczywiście nie jest tak, że pewnego dnia budzimy się z turystycznym uzależnieniem, które każe nam gnać do przodu. Nie, zwykle początki są niewinne. Ot, jakiś jednodniowy lub weekendowy wypad w ramach odskoczni od codzienności. A później? Później szukasz pretekstu, by znów się gdzieś wyrwać. Nieważne na jak długo.

Nieustannie myślisz o kolejnym wyjeździe. Jeszcze zanim wrócisz, masz pomysłów na 10 wyjazdów do przodu i zastanawiasz się, czy Twoje mapy, które z namaszczeniem składujesz w szufladzie obejmują ten obszar, o którym myślisz. Następnie godzinami przeglądasz internety w poszukiwaniu kolejnych podróżniczych inspiracji, a w przypływie dzikiej tęsknoty oglądasz kanały podróżnicze i ślinisz się do zdjęć miejsc przecudnej urody.

Każdy kolejny wypad ekscytuje Cię bardziej niż cokolwiek innego. Reszta staje się nieważna. No bo czym się martwić, skoro zaczynasz specjalizować się w sztuce przetrwania, a moment pakowania jest dowodem na to, że w tej turystycznej materii osiągnąłeś level master.

Twoja chęć poznawania uodparnia Cię na wszelkie niewygody. Byle dotrzeć do obranego celu. A spać potrafisz już wszędzie i w każdej pozycji. Mimo tej napędzającej ekscytacji towarzyszy Ci strach, że nie starczy Ci czasu na wszystko, bo lista miejsc, które chcesz odwiedzić niebezpiecznie się wydłuża.

Każdy aspekt życia jest dla Ciebie ekscytującą eskapadą. Nawet w codziennej miejskiej podróży tramwajem doszukujesz się niezapomnianych doznań, mimo że najczęściej są to opary, jakimi potraktuje Cię żulik o poranku. Nierażony tym faktem, po powrocie do domu rzucasz się do kalendarza i ogarniasz terminy urlopowe, święta i długie weekendy, rysując w głowie kolejne plany wyjazdowe.

To ta pozytywna strona uzależnienia, przepełniona euforią, ekscytacją i turystycznym spełnieniem, ale bywa i tak, że powrót nie powoduje tylko chwilowego smutku. Kiedy koniec wojaży wywołuje mocne przygnębienie przestaje być różowo, a syndrom odstawienia eksperci porównują do narkotykowego zjazdu, a sam podróżnik nie potrafi się odnaleźć w codziennej rzeczywistości. Dlatego też również w turystyczno podróżniczej materii pożądany jest umiar i zachowanie równowagi pomiędzy spełnieniem w pasji, a codziennością, by samo planowanie i podróże mogły smakować i nie powodowały duchowych niestrawności.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Zrób porządek na dzielni...

...z reklamami.

Posprzątajmy reklamy

Od reklam nie sposób uciec. Odkąd zaczęły się pojawiać, stanowią element naszej codzienności, równocześnie pomagając, animując, zachęcając i wkurzając swoją obecnością. Nie byłoby w tym wszystkim nic szczególnego. Ot, jak wszystko inne, również one generują skrajne emocje, można je kochać, lub nienawidzić. O ile na przykład możemy przełączyć kanał w TV, gdy leci nieinteresujący nas spot, tak wobec atakujących nas z każdej strony billboardów jesteśmy bezradni.

Na tle Europy, nasz kraj jest w tej kwestii wyjątkowo poszkodowany i wręcz tonie pod natłokiem starych i nowych plakatów, płacht oraz innych bannerów reklamowych, które zdominowały nasze miasta, a na poboczach dróg jest ich gęściej niż prostytutek.

Reklamowy chaos miała ukrócić ustawa krajobrazowa, która została przyjęta przez Sejm 20 marca tego roku. Jak się jednak okazuje, rzeczona ustawa nie ma takiej mocy sprawczej, by pozwolić na oczyszczenie naszego polskiego krajobrazu. Przy jej obecnym brzmieniu, nielegalna reklama będzie dalej żyła swoim życiem, bo grzywna (nakładana jednorazowo) w wysokości 5000 zł w żaden sposób nie będzie odstraszać reklamodawcy, który czerpie z reklamy olbrzymie, nierzadko milionowe, zyski.

Aby wielkie płachty reklamowe, wieszane nielegalnie, przestały szpecić nasze otoczenie, konieczne są zmiany w ustawie. Zmiany, po których nakładane grzywny będą biły po kieszeni i które jednoznacznie określą, jaka reklama jest dopuszczalna, tak, aby firmowym szyldem nie mogła być wielkoformatowa szmata, zasłaniająca całą ścianę budynku.

Jeśli i Tobie przeszkadzają wielkoformatowe płachty reklamowe, z Zakopianki chciałbyś mieć widok na Tatry, a w miastach móc podziwiać kamienice, nie siedź cicho i wyślij przygotowany list do senatora w Twoim rejonie, wspierając tym samym akcję Posprzątajmy Reklamy.
Czytaj dalej →

sobota, 11 kwietnia 2015

Wierzę, że tego nie robisz...

W końcu się pojawiła - nie tylko w kalendarzu, ale również za oknem pod postacią ciepłych promieni słońca - wiosna. Pora roku, która wykurzy z domowych pieleszy wszystkich spragnionych obcowania z górską naturą. I ruszą na szlaki wszyscy, bez wyjątku, a wśród nich ci, którzy zdolność myślenia już dawno temu rozmienili na drobne.

Wierzę, że tego nie robisz...

Mimo, że z uporem maniaka od lat powtarza się, że pewne zachowania w czasie górskiego wypadu nie tylko są niewskazane, ale wręcz niebezpieczne, to co sezon znajdą się delikwenci, którzy mają wszystko w dupie.

Zapewne nie raz mieliście okazję obcować mniej lub bardziej bezpośrednio z takimi osobnikami i tylko spokój sprawił, że nie zrobiliście użytku z czegoś ciężkiego, celem trzepnięcia owego delikwenta w środek łepetyny. 
Czym więc się tak narażają ci wszyscy niepokorni i słabo reformowalni? Jest tego trochę, ale te poniżej przedstawione sytuacje powtarzają się chyba najczęściej, prowadząc do dyskomfortu, a nierzadko również do problemów, o wypadkach nie wspominając.

Mylne przekonanie o cudownych właściwościach swoich rzeczy i niesamowitości siebie samych skutkuje tym, że lekkomyślność i brak odpowiedzialności przejawia się już w momencie wyboru odpowiedniego ekwipunku na górski wyjazd. Coraz częściej niestety zdarza się, że na szlaku stajemy się świadkami prawdziwej rewii mody, gdzie odzież i obuwie bardziej pasują do spaceru nadmorskim deptakiem, czy na wypad do klubu, a nie na włóczęgę po skałach.
I wcale nie potrzeba tutaj wkładać na siebie całego magazynu ciuchów z Gore-Texem, czy butów tylko i wyłącznie na Vibramie a dostosować ubiór do sytuacji. Wygoda i bezpieczeństwo przede wszystkim, Bluzka z cekinami oraz plastikowe klapeczki może i się komuś spodobają, a przy odrobinie szczęścia pozwolą wyrwać i jakiegoś misia, ale przy załamaniu pogody tyłka nie ogrzeją.

Mało tego, że niestosownie ubrani, to jeszcze z ewidentnym brakiem pokory i nastawieniem, by być lepszym od samego Chucka Norris, a na Orlą Perć wskakiwać, robiąc fiflaka zakończonego półobrotem oraz telemarkiem. Jeśli dołączymy do tego przecenianie swojej kondycji i nieumiejętne ocenianie własnych możliwości, otrzymamy sytuację, w której zdyszany i wyczerpany nieszczęśnik prawie ze łzami w oczach marzy o tym, by go ściągnąć z tej góry, która dziwnym trafem okazała się być cholernie wymagającą bestią.

Z tą górską bestią to może przesada, ale nieszczęśnicy sami rzucają sobie kłody pod nogi. Chociażby przez to, że łażą pod prąd na szlakach, gdzie jest ewidentnie wskazany kierunek wędrówki. Nie trudno się potem dziwić zatorom na przewężeniach, potknięciom, czy upadkom. Nie po to ktoś wprowadził regulacje ruchu, by z tego nie korzystać.

Wspomniane zatory i skupiska ludzkie na graniach szczytowych oprócz tego, że przyjemne raczej nie są, to również mogą stanowić spore niebezpieczeństwo, szczególnie wtedy, gdy taki nierozgarnięty turysta za nic ma prognozy pogody i z premedytacją je ignoruje, prąc w górę, gdy nad nim już kłębią się ciemne chmury. O ile sam deszcz jest do przeżycia i nie działa tak na wyobraźnię, o tyle w przypadku burzy, zaskakującej na szlaku, przestaje być zabawnie i sympatycznie, a brak przygotowania, podstawowej wiedzy, czy odpowiedniego stroju może być przyczyną niemiłych wspomnień. O ile te wspomnienia będą miały w ogóle szansę zaistnieć.

Z czego wynikają te wszystkie błędy i grzeszki turystów? Nie wiem, ale skłonna jestem wytypować zwyciężczynię w tej materii, a na imię jej ignorancja, będąca przyczyną corocznej recydywy, jeśli chodzi o turystyczną głupotę i oszołomstwo na szlaku.

Urlop, urlopem i rządzi się swoimi prawami. To prawda, ale w żadnym wypadku nie zwalnia z choćby tylko elementarnego myślenia.
Czytaj dalej →

piątek, 3 kwietnia 2015

Spacerowa Łódź cz. III - Wille, Pałace i Księży Młyn

Zanim rozpoczniecie konkursowe pochłanianie jajek i czekoladowych zajączków wielkanocnych, zabiorę Was raz jeszcze na łódzki spacer. Po dość pochmurnej sobocie aż żal by było nie wykorzystać ciepła słonecznej niedzieli.

Kolejny dzień poznawania fabrykanckiej Łodzi rozpoczynamy od Willi Reinholda Richtera, znajdującej się w parku im. ks. bp. Michała Klepacza. Obecnie w willi mieści się siedziba rektoratu Politechniki Łódzkiej - urządzili się, nie ma co.

Willa Reinholda Richtera



Również w tym samym parku znajduje się następna willa, kolejnego z Richterów - Józefa. Już nie tak okazała, jak ta Reinholda, ale mimo wszystko prezentująca się ze swoim stylem neorenesansu włoskiego bardzo ładnie w przyjemnych okolicznościach przyrody.

Willa Józefa Richtera
Willa Józefa Richtera

Przemieszczając się dalej, docieramy do łódzkiej Archikatedry św. Stanisława Kostki. Budowla wzorowana jest na niemieckiej katedrze z Ulm i robi wrażenie swoją bryłą. Tym większe, że znajduje się pośród zwykłych budynków.

Archikatedra św. Stanisława Kostki

Pakujemy się w auto i przejeżdżamy w stronę kolejnej łódzkiej dzielnicy - Księżego Młyna.
Księży Młyn jest rozległą dzielnicą, która przetrwała praktycznie w całości, jeśli chodzi o stare zabudowania. Możemy się więc zapoznać z budynkami z okresu przemysłowego rozkwitu Łodzi. To właśnie tutaj powstał zespół fabryczno-mieszkalny, wybudowany przez Karola Scheiblera, który stworzył coś na kształt miasta w mieście.


Pałac Wilhelma Schweikerta

Budynki przy Pałacu Wilhelma Schweikerta

Po drodze przechodzimy również koło Pałacu Wilhelma Schweikerta, znajdującego się na drugim krańcu ulicy Piotrkowskiej, którą spacerowaliśmy dzień wcześniej. Pałac jest w stylu neobarokowym i odnowiony prezentuje się świetnie z obszernym dziedzińcem. Aktualnie mieści się tam Instytut Europejski.



Żeby nie było, że Księży Młyn to tylko dzielnia wymuskanych budowli. Co to, to nie. Kibole też tam zaglądają, podrzucając pomysł na trening. Ktoś się pisze?

Pałac Edwarda Herbsta

Księży Młyn - Budynek przędzalni

Pałac Edwarda Herbsta

Pałac Edwarda Herbsta

Pałac Edwarda Herbsta jest kolejną neorenesansową budowlą, której nie sposób nie zauważyć, gdy spacerujemy przez Księży Młyn. Usytuowany jest w pobliżu dawnej fabryki oraz robotniczego osiedla. Aby cieszyć się obecnym wyglądem, pałac został zrekonstruowany. Obecnie mieści się w nim Muzeum Sztuki.

Będąc na Księżym Młynie warto przejść się Kocim Szlakiem. Niby nic, ot zwykła alejka, prowadząca do parku. Jednak wzdłuż tej uliczki stoją domy mieszkalne robotników, tzw. famuły - domy familijne, ufundowane przez największych łódzkich fabrykantów - Scheiblera, Poznańskiego i Grohmanna. Mimo upływu czasu, miejsce niewiele straciło ze swojego ówczesnego wyglądu. Ma się wręcz wrażenie, że się tam czas zatrzymał.

Księży Młyn - Koci Szlak

Z Kociego Szlaku docieramy do Parku Źródliska, w którym znajduje się altana z niecodzienną akustyką wewnątrz. Każde szurnięcie stopą daje taki wydźwięk i echo, jakbyśmy skakali po mikrofonach, czy innych głośnikach, robiąc sprzężenie. Nie wiem, jak się osiąga taki efekt akustyczny, ale było to dla mnie zupełnie niespodziewane.

Z parku wchodzimy na chwilę do łódzkiej palmiarni. Małe to to, szału nie ma. Zdecydowanie wolę Palmiarnię wałbrzyską w Lubiechowie.


Park Źródliska

Wyższa Szkoła Sztuki i Projektowania

Beczki Grohmanna

Księży Młyn - Budynek Straży Ogniowej


Przyznaję, że na koniec spaceru nogi wschodziły mi namiętnie w tyłek, więc z radością przywitałam oczekujące na nas autko, a wizja rychłej szamy obiadowej wywołała uśmiech od ucha do ucha, żeby już nie mówić, że dookoła głowy. Łażenie po płaskim męczy mnie o wiele bardziej niż kicanie po górach. :)

Pałac Maurycego Poznańskiego

To był całkiem  intensywny weekend, ale mimo to nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Przelecieliśmy zaledwie część i to z zewnątrz. Kolejna eskapada skończy się zapewne głębszą penetracją tych wszystkich miejsc.
Czytaj dalej →

sobota, 28 marca 2015

ZAKOPANE ODKOPANE - Paulina Młynarska, Beata Sabała-Zelińska | Recenzja wcale nie gorsząca

Gdy w zeszłym roku w moje ręce trafił egzemplarz Kruca Fuks - Alfabet Góralski nie potrzebowałam szczególnej zachęty, by się zabrać do czytania. Ot, naturalna reakcja górofila - brać góry zawsze, wszędzie i pod każdą postacią. Sama lektura dostarczyła ciekawych smaczków, czystej rozrywki i kupy śmiechu. Nie dziwi więc, że bardzo szybko wzięłam mój czytelniczy celownik kolejną pozycję o górsko-góralskiej tematyce - ZAKOPANE ODKOPANE autorstwa Pauliny Młynarskiej i Beaty Sabały-Zielińskiej (tak, nazwiska zapewne kojarzycie - chociażby z Radia Zet).

ZAKOPANE ODKOPANE - Paulina Młynarska, Beata Sabała-Zelińska | Recenzja wcale nie gorsząca

Trochę jednak czasu musiało upłynąć, zanim książka padła moją ofiarą. Przez moment nawet o niej zapomniałam, po tym, jak już przeczytałam zyliard recenzji, okładka mi się opatrzyła i przestałam zwracać na nią uwagę. Nic straconego. Wystarczyło bowiem udać się z wizytą do Łodzi, by na półce u koleżanki wygrzebać ten tytuł i krzyknąć radośnie - Chcę to! Wyjazd zaowocował więc nie tylko pierdyrialdem zdjęć łódzkich willi i kamienic, ale również lekturą na wieczór.

Tematyka jest bliźniaczo podobna do tej, z jaką mieliśmy przyjemność, czytając Kruca Fuks. Analogicznie do autorów Alfabetu, również panie od odkopywania Zakopanego stanowią mieszankę cepersko-góralską.

Spodziewałam się rozrywki co najmniej takiej, jak podczas czytania Kruca Fuks. Jednak książka nie powala na kolana, mimo że jest napisana lekko i szybko się ją czyta. Znajdziemy tutaj rozdziały typowo przewodnickie, dotyczące kwater, czy kuchni. Obok nich, trochę bez ładu i składu doczepione opowiastki o cinkciarzach, podhalańskich burdelach, czy osobiste anegdoty z życia autorek. Niby fajnie, ale jednak trochę zbyt miałko. Wszak, po tytule sądząc, czytelnik się tutaj spodziewa czegoś nieznanego, niegrzecznego, tego, co góralskie pokolenia raczej skrywają, a tymczasem te najciekawsze tematy zostały potraktowane bardzo powierzchownie. Chociażby rozdział o góralskich rodach. Brakowało mi bardzo konkretów. W zamian dostałam kilka stron pitu, pitu.

Być może autorki kopały zbyt płytko, albo nie chciały lub nie mogły kopać głębiej. Tego nie wiem. ale nawet fragmenty, które w jakiś sposób piętnują góralskie przywary, ukazując gorzką prawdę o podtatrzańskim regionie, napisane są w sposób ugrzeczniony i poprawny i nijak mi się to ma do podtytułu książki - Lekko gorsząca opowieść cepersko-góralska. Jeśli dołożyć do tego fakt, że autorki boją się używać wulgaryzmów, które - nawet w przytaczanych anegdotach - mają postać wielokropka, to nijak nie idzie się w tej książce zgorszenia dopatrzyć. Miało być szczerze i od serca i jest. Miało być też odważnie, a wyszło w moim odczuciu gorzej niż przeciętnie, a nawet trywialnie. Miejsca, w którym kończą się plecy w żaden sposób mi nie urwało.

Nawet jeśli chciałabym trochę tę książkę obronić, patrząc na nią jak na przewodnik, to też nie bardzo się to uda. Już sam format ją dyskwalifikuje, więc nijak ją wrzucić do torebki, czy plecaka nie odczuwając ciężaru. No, chyba że wspomniany obciążony bagaż miałby służyć nam do samoobrony. Wtedy jak najbardziej. Można huknąć w czyjś łeb równie dobrze, jak patelnią.

Jeśli macie duże parcie, by mimo wszystko tę książkę przeczytać i osobiście ją ocenić, czytajcie, ale nawet jeśli nie znajdziecie na nią czasu, Wasze życie nie stanie się przez to uboższe.
Czytaj dalej →

czwartek, 26 marca 2015

Ten dziwak we mnie - 50 faktów o mnie, cz. II

Ten dziwak we mnie - 50 faktów o mnie, cz. II Blog

Zakładam, że po ostatnich łódzkich spacerach trochę bolą Was kończyny, a w dodatku potrzebujecie wytchnienia od poważniejszych tematów zdrowotnych, z wzywaniem do badań na czele. Jest więc idealna okazja ku temu, by dopisać drugą część 50 faktów o mnie, a że od poprzednich wynurzeń minęło ponad dwa miesiące, wypadałoby to w końcu skończyć, żeby nie było, że nie odróżniam 25 od 50. Gotowi na dalsze skracania dystansu? No to jedziemy...

26. Uwielbiam zdjęcia. Oglądać, co oczywiste. Szczególnie takie, które powodują u mnie chroniczny ślinotok. Robić też. Jak już dorwę aparat to pstrykam, jak Japończyk, mimo że nie do końca mi to wychodzi. Ale... dojdę do takiej perfekcji, że to moje foty będą powodować ślinotok i wielokrotne orgazmy wzrokowe u innych. #takaskromna

27. Uwielbiam abstrakcyjny i sytuacyjny humor.

28. Nigdy nie zaprzyjaźniłam się z makijażem i do tej pory nie potrafię sobie porządnie zaszpachlować facjaty.

29. Jeśli jesteśmy przy przygodach urodowych, to muszę nadmienić, że odkąd pofarbowałąm czuprynę w liceum, nie wróciłam do naturalnego koloru. A z palety odcieni dominowały czerwienie - nawet takie oczobijne, fiolety, był nawet epizod z niebieskim i granatem, a obecnie od długiego czasu przewijają się odcienie rudości. Skorom mała, wredna, to i ruda być powinnam. 

30. W ogólniaku byłam na profilu biologiczno-chemicznym, poszłam na germanistykę, a teraz robię w księgowości. Nie ma to jak dobrze zamiksować.

31. W normalny dzień nie potrafię wstać po pierwszym sygnale budzika i obowiązkowo zarzucam drzemkę, albo dwie. Za to, gdy mam obudzić się na wyjazd, to wyskakuję z wyrka bez mrugnięcia okiem.

32. Lubię sprzątać i odkurzać #perfekcyjnapanidomu, ale prasowanie to dla mnie największa kara. Chwała więc temu, kto wymyślił niegniotące się materiały.

33. Książki kocham - czytać, kupować, posiadać, wąchać. Czy to już książkofilia?

34. Gdy jadę gdzieś sama, muszę mieć pewność, że znam trasę i nie będę zmuszona do tego, by pytać kogoś o wskazanie drogi. Dlatego odpowiednio wcześniej studiuję mapę, sprawdzam możliwości dojazdu, etc. Za to, gdy jadę z kimś, potrafię totalnie się wyłączyć i nie ogarnąć, gdzie jestem.

35. Wygrałam z alergią na pomidory, nabiał i truskawki. Nie było łatwo. W tamtym okresie wciągałam zielone ogórki, które teraz jem sporadycznie, bo mi obrzydły. Na szczęście wspomniana alergia pokarmowa odpuściła.

36. Jak byłam mała oddawałam się niecodziennym zajęciom podwórkowym - pasjami wykopywałam spod trawy dżdżownice i... wiązałam je na supełki.

37. Nigdy sobie nic nie złamałam (nie licząc paznokci), co, biorąc pod uwagę moją łamagowatość, jest sporym osiągnięciem. Za to bardzo często skręcam staw skokowy.

38. Gdy się zdenerwuję, nie potrafię się poprawnie wysłowić. Zaczynam gadać szybko, gubię wyrazy i się jąkam. Jeśli ktoś mnie wtedy rozumie, to brawa dla niego.

39. Jako dziecko zawsze bałam się zastrzyków. Raz nawet na pogotowiu uciekłam z gabinetu z opuszczonymi gatkami i krzyczałam, że wrócę tylko wtedy, jak mi zrobią zastrzyk strzykawką bez igły.

40. Nie wierzę w zabobony i zwykle śmieję się z przesądów, wszystkie traktując z przymrużeniem oka. Próżno więc oczekiwać, że będę w dzikości poszukiwać guzika, gdy spotkam kominiarza, lub wracać do domu, gdy czarny kot przebiegnie mi drogę.

41. Nie potrafię oglądać horrorów. Z resztą, co to za frajda siedzieć cały czas pod kocem i łypać tylko jednym okiem, a potem bać się iść w nocy na siku w obawie, że coś wyjdzie do mnie z kibla.

42. Pomijając czekoladę, mogłabym na okrągło jeść dania z makaronem. Nieważne jakie, zapiekanki, spaghetti, jak bym się postarała, to bym i kanapkę z makaronem wciągnęła.

43. Przepadam za ostrymi potrawami. Dużo przypraw, papryczek, czosnku i innego pieprzu. Ma zdzierać papę z dachu.

44. Mam uczulenie na jad os, pewnie też szerszeni, choć na szczęście z tymi większymi nie miałam jeszcze "przyjemności".

45. Kocham kokos, marcepan, żelki Haribo i mleko w tubce.

46. Jeśli oglądam seriale, to hurtowo. Potrafię wciągnąć cały sezon na raz, ewentualnie rozłożyć to na dwie sesje, jeśli odcinków jest więcej.

47. Nie lubię oglądać filmów w 3D - mimo, że mi się podoba ten efekt - bo bolą mnie oczy od tych śmiesznych okularów.

48. Jedząc, najlepsze zostawiam na koniec. Najpierw więc wciągnę ryżyk, kaszę, tudzież ziemniaki, a potem z lubością wgryzę się w kotleta. Tę samą zasadę stosuję podczas konsumowania przekładanych i warstwowych ciast - najpierw zjadam suche ciasto, potem wylizuję krem, a na koniec zostawiam owoce/galaretkę.

49. Nienawidzę rozmawiać przez telefon. Wyjątkowo mnie to stresuje, a to przekłada się na to, że zapominam, co chciałam powiedzieć.

50. Mimo, że mój wyraz twarzy zwykle mówi: "Bez kija nie podchodź", to nie znoszę być poważna i wolę pierniczyć głupoty.

Na tym zakończę mój delikatny ekshibicjonizm. Nie powiem, nie było łatwo urodzić te kolejne fakty. Prawdą jest, że o sobie najciężej opowiadać. Nie wykluczam jednak spisania kolejnych informacji o mej osobie. Jeśli tylko jakieś konkrety będą mi się pałętać po łepetynie, będę je skrzętnie notować, coby Wam je tu kiedyś przedstawić w bonusie. A tymczasem możecie ujawnić, kto z Was czuje się moją faktowo-bratnią duszą.
Czytaj dalej →

środa, 25 marca 2015

Bądź o krok przed wrogiem - Badaj się!


Po raz kolejny w mediach szumi za sprawą Angeliny Jolie. Nie tak dawno świat obiegła wieść o tym, że aktorka prewencyjnie poddała się zabiegowi usunięcia piersi, gdyż z genetycznego punktu widzenia ryzyko zapadnięcia na raka w jej przypadku jest bardzo wysokie. Operacja miała na celu zminimalizowanie tego ryzyka. Za nią również kolejny zabieg - tym razem wycięcia jajników.

Badaj się! Angelina Jolie Blog
 Fot. Tim Samoff

Postawa ta od początku rozbudzała skrajne emocje. Od tych negatywnych, mówiących, że to fanaberia bogaczki, że ją stać na najlepszą opiekę medyczną, że dla  niej usunięcie piersi to nic, bo zaraz zrobi sobie porządne implanty i będzie miała jeszcze lepsze cycki.

Obok nic nie wnoszącego jadowitego jazgotu nie zabrakło też pozytywnych emocji i poparcia dla jej decyzji. To w końcu jej życie. Mogła to zrobić po cichu. Angelina postanowiła jednak wykorzystać swoją rozpoznawalność i zwrócić uwagę ludzi na problem, jakim są przypadki zachorowań na nowotwory. I nie chodzi tu wyłącznie o choroby kobiece. Można to przenieść na różnej maści przypadłości i zachorowania.

Sama świadomość tego, że można zachorować, wywołuje strach. Ludzie przyznają otwarcie, że się boją. W końcu to bardzo często nierówna walka z podstępnym wrogiem. Mimo tego, tylko niewielki odsetek osób decyduje się na regularne badania, twierdząc, że choroby wszelkiej maści to przypadłości osób starszych i młodych to nie dotyczy. ICH z pewnością NIE, bo przecież nigdy nie mieli nawet kataru. To chyba najgorsza postawa.

Jeśli więc czytasz ten tekst, zadaj sobie szybko pytanie: Kiedy byłam/ byłem na badaniach? Śmiem twierdzić, że niektórzy z Was nie będą pamiętać daty, bo było to zbyt dawno.

Puśćcie więc ten tekst dalej i śmigajcie na zdrowotny przegląd. Niewiedza to może i spokój, choć pozorny, ale to jednak świadomość tego, co nam dolega, pozwoli na odpowiednio szybką walkę przeciw wrogowi. Nie daj się podejść. Badaj się!
Czytaj dalej →

piątek, 20 marca 2015

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska i Muzeum Fabryki

Łódź to nie tylko Manufaktura powstała w miejscu dawnego włókienniczego imperium Izraela Poznańskiego i stanowiąca najbardziej rozpoznawalne miejsce w tym mieście. To również - jak się okazuje - miejscowość, w której kamienice, wille i pałace opowiadają historię. A naprawdę jest co obejrzeć i o czym poczytać. Sama, zaintrygowana przeszłością tego miasta, szukam co lepszych historycznych kąsków.

Gdy już zostawiliśmy za sobą pofabryczne budynki w neoromańskim stylu, pokluczyliśmy trochę uliczkami, z jednej strony patrząc pod nogi, by się nie potknąć i nie stracić uzębienia, a z drugiej często zadzierając głowy do góry, by przyjrzeć się architektonicznym detalom kamienic, których jest tam cała masa. Z tego miejsca na pochwałę (i jest to zdanie nie tylko moje, ale również Łodzian) zasługują zarządzający miastem, bo widać, że coś się dzieje. Trwają remonty, odnawia się stare kamienice. Miasto zyskuje koloryt i klimat.

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Pałac Poznańskiego
 Pałac Poznańskiego

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Kościół św. Józefa
 Kościół św. Józefa

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Pałac Poznańskiego
 Pałac Poznańskiego

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Pałac Poznańskiego

Opuszczając teren łódzkiej Manufaktury, mijamy Pałac Poznańskiego. Nie ma co gadać, miał koleś rozmach i za wszelką cenę chciał pokazać swoją wielkość i zamożność. Pałac - zwany też "łódzkim Luwrem" - powstał z niewielkiej kamienicy i budynku magazynowego. 
W okresie międzywojennym w pałacu mieściła się siedziba Urzędu Wojewódzkiego, a w roku 1975 główną część budowli przejęło utworzone tam Muzeum Historii Miasta Łodzi.

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Plac Wolności
Plac Wolności 

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska
Widok na ul. Piotrkowską 

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Kościół Zesłania Ducha Świętego
Kościół Zesłania Ducha Świętego 

Klucząc łódzkimi ulicami docieramy do Placu Wolności, gdzie zaczyna się również ulica Piotrkowska, będąca najbardziej znaną ulicą miasta i jedną z najdłuższych arterii handlowych w Europie - liczy ponad 4 kilometry w linii prostej. Dla bywalców okolicznych pubów z pewnością nie raz była o wiele dłuższa.

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Kamienica Scheiblerów
Dom Karola Wilhelma Scheiblera 


 Galeria Wielkich Łodzian - Twórcy Łodzi Przemysłowej: Izrael Poznański, Karol Scheibler, Henryk Grohman

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska

 Dom Szai Rosenblatta

 Zasłużeni dla Łodzi - Fresk "Łódź w pigułce"

Spacerując leniwie Piotrkowską miło popatrzeć na odrestaurowane elewacje starych, zabytkowych kamienic i nie zwracać uwagi na jeszcze nieodnowione koszmarki, które straszą swoim odrapanym wyglądem.
Ulica Piotrkowska stanowi największe skupisko zwartej zabudowy XIX wieku w Polsce i trzeba przyznać, że ówcześni fabrykanci budowali się z rozmachem. Jak konkurent miał zdobną fasadę, to drugi dowalał u siebie wieżyczkę, gzymsik, czy cokolwiek innego, byleby tylko jego chata była większa i bardziej charakterystyczna. Ciekawe tylko, jakby się ci możni odnajdywali w obecnej rzeczywistości trzydziestometrowych kawalerek...

 Łódź miastem spidreman'ów?

 Kamienica Szai Goldbluma

 Detale na fasadzie kamienicy Salomona Bahariera


 I want to ride my bicycle. I want to ride my bike!




 Łódź muralami stoi

 Galeria Wielkich Łodzian - Fotel Jaracza

 Detale kamienicy Szmulewicza

 Galeria Wielkich Łodzian - Kufer Reymonta

 Pałac Julisza Heinzla - Obecnie Urząd Miasta Łodzi

 Pora na dobranoc...

Spacerowa Łódź cz. II - Piotrkowska, Kamienica pod Gutenbergiem
 Kamienica pod Gutenbergiem

 Fortepian Rubinsteina

To tylko niewielki wycinek tego, co nam ma do zaoferowania Piotrkowska. Oprócz kamienic, kryje wiele zaułków, podwórek - tzw. studni, małych fontann, etc. Gdyby tak wszystko dokładnie zlustrować, to dnia by spokojnie zabrakło. Jest to jednak powód, by powrócić poeksplorować łódzkie czeluści i zakamarki.





Wracając, zahaczamy jeszcze na szybko o Manufakturę, by rzucić okiem na ekspozycję w Muzeum Fabryki, które odkrywa historię zakładów włókienniczych Poznańskiego. Na niewielkiej powierzchni przedstawione eksponaty prezentują dzieje przemysłu, rozwój zakładów, jak również technikę produkcji tkanin. Na mój gust mogłoby być tego więcej, ale ja już tak mam, że jak gdzieś pójdę, to chcę oglądać i zwiedzać do oporu. Na koniec szybkie wejście na tarasik widokowy i rzut oka na Manufakturę z góry. Tak, zdecydowanie, świat widziany z góry jest fajny. :)
Czytaj dalej →

FACEBOOK

INSTAGRAM

ASK.FM

ARCHIWUM