środa, 29 lipca 2015

Lato w Tyrolu: Alpy - Greitspitz 2872 m n.p.m.

Od naszego ostatniego pobytu w Tyrolu upłynęło bardzo dużo czasu, dlatego też tegoroczny wyjazd był wyjątkowo wyczekiwany. Przeze mnie bardziej, co od momentu potwierdzonej rezerwacji objawiało się notorycznym znoszeniem jajka przedpodróżnego i nieustannego snucia planów wędrówkowych. Te jednak zostały na miejscu szybko i boleśnie zweryfikowane, ale nad tym będę się rozwodzić innym razem.

Alpy Tyrol Greitspitz

Dziś pora na dawkę słonecznej energii i pierwszą, pourlopową foto relację, w której zabiorę Was na Greitspitz 2872 m n.p.m., przypominający trochę z wyglądu łeb naszego giewontowego rycerza. Jednak przy nim naszemu rycerzykowi bliżej do niziołków i pożywki dla masy wędrownej stonki, oblepiającej jego zbocza. Tam, pod alpejskim niebem, na całe szczęście stonkowych tłumów nie uświadczycie. Choć, nie powiem, mieliśmy pewne obawy co do tego. W końcu kopsnęliśmy się tam w środku letniego sezonu.

Urlop, czas start!

Mniej lub bardziej wyspani ściągamy nasze kopytka z wyrka i lecimy na pożywne śniadanko. W końcu porządna szama przed wyjściem na górskie dreptanie do podstawa. Pakujemy klamoty i montujemy się w kolejkę, dzięki której zyskujemy nie tylko wysokość, ale i cenny czas, którego - jak się okaże w ciągu dnia - będzie i tak za mało.

Alpy Tyrol Greitspitz
 Chatka straży granicznej

Alpy Tyrol Greitspitz

Alpy Tyrol

Prognozy zapowiadały tego dnia najbardziej stabilną i wolną od burz aurę, więc siłą rzeczy chcieliśmy to wykorzystać do maksimum. Nie ukrywam jednak, że na wszędobylskie, mniejsze i większe obłoczki spoglądałam wilkiem, choć urody im odmówić nie mogę.

Wyjeżdżamy do miejsca naszego startu, a głowa zaczyna się kręcić dookoła, wymuszając celowanie aparatem w podniebne górskie krajobrazy przy jednoczesnym panowaniu nad postępującym ślinotokiem. Że też ta wielka kupa kamieni jest taka piękna!

Alpy Tyrol

Alpy Tyrol Greitspitz
 Greitspitz na pierwszym planie

Alpy Panorama
 Szczytowa panorama

Na szczycie Greitspitz
Wspólne szczytowanie

Mijamy chatkę straży granicznej, kilka zimowych instalacji wyciągowych i naśnieżających, a po krótkiej chwili zostawiamy to wszystko za sobą i wkraczamy na szlak, który zaprowadzi nas do naszego pierwszego dziś celu, na Greitspitz.

Według znaków marsz powinien nam zająć niecałą godzinę, jednak nasze ogólne zajaranie okolicą znacznie go wydłuża. Z jednej strony napawamy się rozległą panoramą, z drugiej podziwiamy rowerzystów, którzy śmigają z lubością po tym górskim raju. Co przy tym najważniejsze, nikt sobie w paradę nie wchodzi i chłonie góry na swój sposób - dla nas bomba.

Kroczymy więc wygodną ścieżką, jednak, aby wejść na szczyt Greitspitz, trzeba zejść kawałek z wygodnego szlaku i przez parę chwil, jeśli jest się takim krótko nożnym osobnikiem jak ja, pomóc sobie rękami, żeby nie stracić gruntu pod kopytkami. Najmniej wygodny okazał się początkowy fragment, z mnóstwem luźnych i suchych skał, które z upodobaniem i gracją uciekały spod stóp.

Następnie docieramy do odcinka ubezpieczonego liną, by już po krótkiej chwili wmaszerować na szczyt. Zabawiamy chwilę na górze, czekamy na dogodny moment na fotkę. Obecni na szczycie kulturalnie ustępują sobie miejsca, proponują wzajemne zrobienie zdjęcia, żeby nie musiało być z rąsi. Miło, aż żal schodzić. Zanim jednak zejście, wpisujemy się w zeszyt, pieczołowicie schowany do skrzynki na szczycie. Jeśli przypadkiem tam będziecie - co polecamy - możecie poszukać naszego wpisu.

Greitspitz
 Ostatnie spojrzenie za siebie







Pierwszy cel zaliczony. Schodzimy (nie na amen) sprawnie i szybko, wracając na główny szlak, który będzie prowadził nas na kolejny szczyt, na jakie wturlamy się tego dnia.
Czytaj dalej →

środa, 22 lipca 2015

4 wskazówki, jak łatwo orientować się na mapie

Jak łatwo orientować się na mapie

Jeśli pierwszy wypad na górskie szlaki w dalszym ciągu przed Tobą, zaprzyjaźnij się z dobrą mapą. Zapewniam, że związek z ta panią zawsze dobrze rokuje, pod warunkiem, że wybierzesz ją dobrze i z należytą starannością.

Mapa, jak każda kobieta, wymaga odpowiedniego obchodzenia się z nią, by rzeczony związek nie przyniósł strat w ludziach i mieniu. Nie rób przerażonej miny, będzie dobrze. Ba, nawet przyjemnie.

Jak ułatwić sobie orientację na mapie?

Wybierz mapę w odpowiedniej skali, aby mieć możliwie dokładne odwzorowanie terenu, łącznie z profilem wysokościowym. Dobrze wiedzieć, czy trasa będzie wiodła ostro w górę, czy też może będzie nas czekał łagodny spacer. Obecnie mapy turystyczne występują najczęściej w skali 1:50 000. Jeśli masz mapę z wartością niższą niż 50, np. 1:25 000 korzystaj z niej śmiało, bo obraz terenu będzie jeszcze dokładniejszy.

Trzymaj mapę przed sobą zgodnie z kierunkiem Twojego wzroku (nawet jeśli miałoby to oznaczać trzymanie jej do góry nogami). To co widzisz w terenie po lewej stronie, miej na mapie również po lewej. Tak łatwiej ogarniesz kierunki.

Nie chodź z rozpostartą płachtą. Złóż mapę tak, by wskazywała szlak na obszarze, na którym się aktualnie znajdujesz. Miej ją zawsze na podorędziu, by w razie potrzeby szybko na nią zerknąć i porównać to co wskazuje ze stanem faktycznym w terenie. Warto co jakiś czas spojrzeć na mapę i ogarnąć ważniejsze punkty odniesienia - kościół, skupisko budynków, etc.

Zwracaj uwagę na poziomice. To te linie na mapie (cienkie, najczęściej w kolorze brązowym), które łączą punkty o tej samej wysokości. Im bliżej siebie się znajdują, tym bardziej stromy będzie szlak, którym przyjdzie ci wędrować. Miej to na uwadze, bo tyranie pod górę potrafi zmęczyć i skutecznie spowolnić.

Nie jest tak ciężko, prawda? A tymczasem wzywam bardziej doświadczone duszyczki (wiem, że tu jesteście), by podzieliły się swoimi patentami na lepszą i łatwiejszą orientację na mapie i w terenie.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 20 lipca 2015

A Ty? Jak zapozujesz do urlopowej fotografii?

Pomysł na zdjęcie z wakacji

Okres wakacji i urlopów to nie tylko czas błogiego relaksu i poznawania nowych miejsc. To również nowe doświadczenia i przeżycia, często uwieczniane na fotografiach, wynikiem czego jest mnóstwo pourlopowych foto relacji, w które sama z lubością się zagłębiam. A, i żeby nie było, dodaję co nieco od siebie. Tym, którzy jeszcze nie ogarnęli przypominam, że zdjęcia trzaskam, jak turbo Japończyk na urlopowym głodzie. 

Ma to swoje zalety, bo pomaga przedłużyć urlopowe chwile, szczególnie wtedy, gdy po wszystkim trzeba zawlec tyłek do pracy. Wspomagam więc mój urlopowy umysł, ogarniając zdjęciową kuwetę - wywalam, przycinam, sortuję, wywołuję. Mam ogólną frajdę, bo cały czas jadę na cudownych oparach wojażowych wspomnień. Jednak dzisiaj nie o tym.

Otóż, obok grupy miłośników fotografii krajobrazu, czy po prostu łapania jedynych w swoim rodzaju momentów, jest też wiele osób uprawiających turystyczno-fotograficzną Kamasutrę z mniej lub bardziej znanymi zabytkami. To osoby, które za punkt urlopowego honoru stawiają sobie zrobienie najbardziej oryginalnej, w ich mniemaniu, fotki, prześcigając się przy tym w pomysłach. A te ze względu na taką siłę ludu, są już mocno powtarzalne i z oryginalnością mają tyle wspólnego, co dresiwo adidOsa na tureckim bazarku.

Niemniej jednak, jeśli wyjątkowo bardzo chcesz przynależeć do grupy od turystycznej Kamasutry, musisz mieć opanowane podstawowe pozycje, w jakich przyjdzie Ci się fotografować. Bez tego będziesz tylko zwykłym, krajobrazowym zdjęciotrzepem. Jedziemy...

Złap za czubek

Bynajmniej nie swojego nosa. Musisz znaleźć sobie odpowiedni obiekt do łapania. Z jakimś czubkiem oczywiście. Im bardziej oryginalny, tym lepiej. W ostateczności złap za czubek wieżę Eiffla, piramidę w Luwrze, a w ostateczności szczyt jakiejś góry. Tylko pamiętaj, im większe znalezisko, tym lepiej, bo się bardziej nagimnastykujesz.

Podtrzymaj

Nie po to wyciskałeś cały rok sto dwadzieścia na klatę i piłowałeś bicki, żeby teraz nie zrobić z nich użytku. Chylące się ku ziemi zabytki będą Ci wdzięczne. Myślisz, że dlaczego wieża w Pizie jeszcze stoi? Dzięki podtrzymującym ją bickom turystycznej gawiedzi. Do Pizy Ci nie po drodze? Nie martw się. W Polsce też mamy krzywą wieżę. Wystarczy, że udasz się do Ząbkowic Śląskich. 

Złap za rękę lub obejmij

Wiem, że o tym marzysz. Po cichu śnisz o tym, by objąć lub chociaż dotknąć co poniektóre zabytkowe cuda. Aby więc spełnić swoje skryte fantazje, przypuszczasz atak na wszelkiej maści pomniki. Przybijasz piątkę Jezusowi w Świebodzinie, dosiadasz konia, obejmując jeźdźca, a w ostateczności strzelasz misiaka z Aleksandrem Fredro na wrocławskim rynku. Nie wiem, jak tego dokonujesz, ale zdolniacha z Ciebie.

Daj buzi

Teraz się nie wymigasz. Skoro były macanki, podszczypywanie, łapanie za czubeczki, muśnięcia dłoni i napalone objęcia, musisz dać w nagrodę buzi. Tak bez buzi się już teraz nie godzi. Po prostu. Panowie na Górze Rushmore i Sfinks czekają na Ciebie z utęsknieniem. A tak swoją drogą to teraz wiemy, dlaczego Sfinks nie ma nosa. Jakiś całuśny napaleniec mu go odgryzł. Aby więc nie pogłębiać tej sfinksowej  kontuzji, bądź delikatny.


A jeśli w dalszym ciągu twierdzisz, że Twoje wakacyjne fotki zasługują na coś więcej, śmiało, podziel się pomysłem, może skorzystamy i ograniczymy nawet na tę okoliczność szuranie się w kosodrzewinie i wdrapywanie na skały i inne kamulce.
Czytaj dalej →

piątek, 17 lipca 2015

Reisefieber - Gorączka przedwyjazdowa

Urlop za pasem. Nieważne, czy to wyjazd krótki, długi, bliski, czy daleki. Może być planowany lub spontaniczny, ale zawsze lub prawie zawsze będzie towarzyszyć mu ona - potwora wycieczkowych umysłów - Reisefieber. Gorączka i to bynajmniej nie ta "sobotniej nocy", a przedwyjazdowa.

Reisefieber Gorączka przedwyjazdowa

To ten stan przed podróżą, który powoduje, że niektórzy zostają łazienkowymi królami kibelków, okupującymi z wątpliwym namaszczeniem porcelanowe trony. Towarzyszy im ogólne podenerwowanie, stres i rozdrażnienie, które skutecznie potrafią zabić radość z wyjazdu. Na całe szczęście stan ten jest najczęściej przejściowy, co nie zmienia faktu, że niektórym może dać się we znaki.

A jak to bywa u nas? Pan małżon przechodzi przez to bezobjawowo, albo się nie przyznaje. U mnie natomiast stan gorączkowości przebiega dwuetapowo.

Etap 1 - Stan maksymalnego zajarania

Przeżywam go najmocniej bezpośrednio po podjęciu decyzji, gdzie się wybierzemy i następującej po tym rezerwacji. Choćby do wyjazdu pozostawały jeszcze długie miesiące, ja już mam gotowy plan, którego atrakcjami można by obdzielić ze trzy wycieczki.

Robię się nadaktywna niczym gumisie po spożyciu soku z gumi-jagód. Przeczesuję internety, nurkuję do szuflady z mapami i atakuję półkę z przewodnikami. I gadam (jak normalnie gadam mało), klepię, mielę jęzorem: co, gdzie, za ile, jak długo i co koniecznie musimy zobaczyć, no i gdzie będą fajne miejsca na zdjęcia. Czy muszę wspominać, że mój najcudowniejszy towarzysz życia ma wtedy ochotę zakneblować mnie starą skarpetą? 

Po pewnym czasie przechodzę w stan rzekomego uśpienia. Niby nic nie truję, ale internety (zupełnie mimochodem) są przeze mnie przeczesywane, no i w cudowny sposób kupują się dodatkowe ubezpieczenie, kilka podróżnych gadżetów i nowa mapa. Samo się kupuje, mówię Wam. It's magic!

Po upływie bliżej nieokreślonego czasu ze wspomnianego uśpienia wybudza mnie pan małżon, coby wziąć ze mną czynny udział w organizowaniu wypadu. Mój stan zajarania staje się wtedy bardziej cywilizowany, co oznacza koniec mej gumijagodowej nadaktywności. Plan zostaje zaakceptowany. Pozostaje czekać na wyjazd.

Etap 2 - Stan ewidentnego zakręcenia

Do wyjazdu zostało niewiele czasu. Siedzę, jak na szpilkach i zamiast obiadu konsumuję własne paznokcie, zastanawiając się jednocześnie, w co i jak się spakować, żeby było dobrze i wygodnie. No i żeby czasami czegoś nam nie zabrakło.

W momencie, gdy już torba, tudzież inny plecak są wypchane wyjazdowymi wspaniałościami, po głowie zaczynają galopować myśli w stylu: Czy spakowałam wystarczającą ilość koszulek, majtek, czekolady? Czy aby na pewno mamy naszykowane dokumenty, ładowarki, telefony, aparat (z kartą pamięci)? Będzie ciepło, czy zimno,  a może będzie padać? A tak, szczoteczka do zębów... Choć w sumie i pastą na palcu by się paszczękę opędziło w razie draki. I tak by można w nieskończoność zastanawiać się i sprawdzać.

Gdy część mózgowia odpowiedzialna za logistyczne czynności związane z pakowaniem się uspokoi, do głosu dochodzi ta budząca do życia wyobraźnię. Zapomnij wtedy człowieku o tym, by zasnąć. Wizje uciekającego autobusu, pociągu występowały zawsze zanim przerzuciliśmy się na naszą wehikułową strzałę. Dodatkowo dziwny stres, że zaśpimi, który dokumentnie pozbawia mnie snu. Nie pomaga ani liczenie baranów, ani wstępne planowanie kolejnych wojaży. No takie zboczenie, cóż począć... A gdy jakimś cudem uda mi się zamknąć oczy, dziwnym trafem zaraz dzwoni budzik, którego dźwięk dokumentnie wystrzeliwuje mnie z wyrka. 

I chwała mu za to, bo wtedy stres i zakręcenie w cudowny sposób mnie opuszczają. Już się nie zastanawiam, czy wszystko spakowane. Najwyżej, coś się zaradzi naprędce. Teraz, z czystym sumieniem wracam do pozytywnego stanu zajarania. Najpierw jaram się przemierzaną drogą, a potem miejscem, do którego dotrzemy. Można zaczynać urlop. ;) 
A jak to wygląda u Was? Na spokojnie, czy wręcz przeciwnie?
Czytaj dalej →

wtorek, 14 lipca 2015

Na co zwracać uwagę przy wyborze butów górskich?

Jak wybrać buty trekkingowe

Pozazdrościłeś innym i w końcu napaliłeś się na górskie wojaże, niczym szczerbaty na suchary. Jesteś praktycznie spakowany, byleby już jechać i przemierzać górskie ostępy. Jest jednak jedna rzecz, która chwilowo nie daje Ci spokoju - buty.
Ponieważ należysz do tej bardziej rozgarniętej grupy ludzkości, wiesz, że po szlaku raczej w japonkach, ani robionych na szydełku balerinkach nie nachodzisz. Gorączkowo zaczynasz więc przeczesywać obuwnicze przybytki, by znaleźć buty wygodne i praktyczne.

Nie ma to tamto, żeby wyrypa była w pełni udana, trzeba zapewnić komfort naszym raciczkom. W końcu to one wiodą nas na szlak i pozwalają dotrzeć tam, gdzie zamierzamy. :)

O ile znalezienie miejsca, gdzie można zakupić buty nie stwarza problemów, o tyle już ich wybór tak. Na co więc zwracać uwagę przy wyborze obuwia, które ma nam służyć do pokonywania kolejnych wzniesień i nie obciążać naszych nóg?

Wybierz

Myślę, że nie będę odosobniona w stwierdzeniu, że obuwie to najważniejszy element górskiego ekwipunku. Jeśli więc zdecydowałeś, że Twój wypad nie będzie jednorazowy, a Twoja aktywność będzie obejmowała coś więcej niż tylko opalanie facjaty na Gubałówce, czas na wybór górskich bucików. I nie, nie musisz porywać się od razu na te z najwyższej półki, za miliony monet i z materiału takiego, że nawet nazwy nie będziesz potrafił wymienić. Nie, spokojnie. Pozwól sobie na złapanie bakcyla. Turbo obuwie, które będzie samo za Ciebie chodziło, jeszcze zdążysz sobie kupić.

Odpowiedz sobie na pytanie pomocnicze: Gdzie i jak często będziesz owe buty użytkować?

Jeśli wiesz, że na trasie będziesz spędzać mniej czasu, będziesz pokonywać krótki odcinki i zamierzasz odwiedzać góry niższe, o łagodniejszych szlakach, np. Beskidy, możesz wybrać obuwie lżejsze, niższe, lekko za kostkę. Lepiej, aby nawet na łagodniejszych szlakach noga trzymała się w bucie stabilnie.

Natomiast jeżeli już ambitnie zakładasz, że większość swych górskich wypraw spędzisz w górach wysokich takich jak chociażby Tatry, warto pomyśleć nad obuwiem dużo bardziej stabilnym i koniecznie takim, które bardzo dobrze trzyma kostkę. Oprócz tego warto mieć na uwadze to, aby but oddychał, ale jednocześnie nie dopuszczał do powstania powodzi wewnątrz, gdy wejdziesz stopą w kałużę, lub gdy przyjdzie Ci wędrować w deszczu. Do tego trzeba dołożyć twardszą podeszwę, która odgrywa bardzo ważną rolę w momencie pokonywania dłuższych tras. Nie ma nic gorszego niż ciągłe czucie kamieni pod nogami. Nie dość, że mało to komfortowe, to jeszcze wkurza i demotywuje.

Zastanów się również, czy będziesz buty wykorzystywać wiosną/latem, czy też jesienią/zimą. Jeśli stawiasz na chłodniejszą porę roku, zapewnij sobie takie obuwie, które będzie izolowało stopy od chłodu. Nie ma chyba nic gorszego niż dotkliwe zimno, kiedy przed Tobą jeszcze kawał drogi do przejścia. Jeśli mają to być buty typowo na zimowe warunki, zainwestuj w takie, do których przymocujesz raki - nieodzowne w wyższych partiach gór. W końcu chcesz chodzić, a nie się ślizgać, powodując zagrożenie dla siebie i innych. Tu uwaga, bo nie każdy but się do raków nadaje. Jeśli będzie zbyt wąski, raki będą się ruszać (nawet takie koszykowe), a uwierz, jest to wyjątkowo upierdliwe.
Mała wskazówka - celuj w obuwie uniwersalne, które założysz na szlak i zimą i latem. Bez obaw, dobre, oddychające buty, nie ugotują Ci stóp. Takie buty dobrze sprawdzą się też do codziennej bieganiny, gdy pora zrobi się bardziej deszczowa. Będzie sucho, ciepło i wygodnie.

Przymierz

Gdy już wybierzesz interesujący Cię model, czas na przymiarkę. Obuwie górskie należy mierzyć zawsze na grubszą skarpetkę. Wybierz taką, w której będziesz później butów używał. Twój rozmiar obuwia, jaki nosisz na co dzień będzie tu stanowić tylko orientacyjny punkt wyjścia, gdyż rozmiarówka w butach różnych firm może się nieco od siebie różnić.

Pamiętaj!

But nie może być za mały/ za ciasny.
- Nie może być też ściśle dopasowany w okolicy śródstopia i przodu stopy - w przeciwnym razie będzie powodował tworzenie się bolesnych pęcherzy, a tego przecież chcesz uniknąć. To żadna frajda, gdy na początku wyprawy już obklejasz stopy plastrami i nie możesz chodzić.
- Zostawiaj zawsze ok. 1 cm luzu. Będziesz mieć pewność, że nic Cię nie będzie ugniatać. Nawet wtedy, gdy ubierzesz grubszą skarpetę.
- But nie może też być zbyt duży. W terenie kamienistym lub bardzo stromym będzie to bardzo niewygodne dla stóp, które będą leciały do przodu. Taka sytuacja spowoduje tylko i wyłącznie powstanie odcisków na palcach. - Żadna przyjemność.

Dobrze dobrany but to taki, który nie uwiera w żadnym miejscu, ani w okolicy palców, ani na śródstopiu. To taki, w którym język idealnie przylega do nogi, a sznurowanie nie powoduje ugniatania. Komfortowe obuwie to takie, które nie będzie próbowało przepiłować Ci ścięgna Achillesa, z lubością wgryzając się w Twoją piętę. Wygoda przede wszystkim. Bądź dobry dla Twoich raciczek, a będą Cię z wdzięcznością niosły do miejsc przecudnej urody.

Gdy już dobierzesz i zmierzysz obuwie, ubierz je raz jeszcze, zasznuruj odpowiednio i przejdź się po sklepie. Wykonuj nogami ruchy podobne do tych, jakie będziesz wykonywał na szlaku. Poskacz, stań na palcach, powyginaj nogę. W ten sposób sprawdzisz, czy nic Cię nie uwiera. Wszystko gra? No to teraz pędzikiem do kasy, a potem tam, gdzie nogi poniosą.
Czytaj dalej →

sobota, 11 lipca 2015

Polski kierowca na zagranicznych drogach - Na co zwracać uwagę?

Będąc mieszkańcem globalnej wioski, wykorzystujemy możliwość przemieszczania się w różnych kierunkach, wybierając destynacje bliższe i dalsze. Raczej nie muszę dodawać, że okres wakacyjny sprzyja wzmożonemu ruchowi ludzkich mas do miejscowości mniej lub bardziej turystycznych. Urlopy i lato po prostu aż proszą, by poznawać nowe miejsca i rzeczy. Aby jednak dotrzeć do wybranego miejsca przeznaczenia, musimy zdecydować się na odpowiedni środek transportu. Niestety, nogi nas wszędzie na zaniosą.

Podróż samochód zagranica przepisy

Podróż samolotem, czy komunikacją publiczną nie nastręcza większych problemów. Ot, nabywamy odpowiedni bilet, przybywamy w określonym czasie na lotnisko/przystanek/dworzec, wsiadamy (czasami wskazana jest walka o przetrwanie - szczególnie, gdy dziki tłum napiera na drzwi jednego z całych dwóch podstawionych wagonów pociągu - jednak dziś nie o tym) i ruszamy. Nie ma co upatrywać w tym szczególnej filozofii.

Wyższa szkoła jazdy (dosłownie) zaczyna się w momencie, gdy zdecydujemy się na podróż samochodem. Jak się okazuje, to nie tylko przemieszczanie się z punktu A do B. Trzeba się skupić na kilku aspektach takiej podróży, by było nie tylko bezpiecznie, ale i obyło się bez przykrych niespodzianek i wątpliwych pamiątek w postaci mandatów, które w innych krajach dają po kieszeni dużo bardziej dotkliwie niż u nas.

Nawet jeśli mamy nasz kodeks drogowy w małym palcu i przepisy recytujemy zbudzeni w środku nocy (Serio?! Ktoś tak potrafi?!), to wiedza ta może okazać się bezużyteczna, a nawet zgubna za granicami naszego kraju. Naturalnie jest wiele punktów wspólnych, jeśli chodzi o przepisy, ale do pełnej jedności w tej kwestii jest bardzo daleko. Jak to mówią: Co kraj, to obyczaj. Również w zakresie przepisów regulujących poruszanie się po drogach. Warto więc się z nimi zapoznać, żeby nieznajomość prawa nie odbijała się nam czkawką przez następny rok, kiedy będziemy musieli się odkuwać po tym, jak nasza nieroztropność zmusi nas do zapłaty milionów monet. Skupmy się więc na trzech, moim zdaniem, najważniejszych aspektach, jeśli chodzi o podróż autem.

Prędkość

Jako, że (nadmierna) prędkość ma, obok głupoty niektórych, bardzo duży wpływ na wszelkiej maści zdarzenia drogowe, zwraca się na nią bardzo dużą uwagę we wszystkich krajach. Nie ma się co oszukiwać i liczyć na pobłażliwość policji jeśli ją (prędkość) znacznie przekroczymy. Będzie bolało. Bardzo. Grzywny bywają bardzo wysokie i idą w tysiące złotych, stanowiąc dla nas kwoty wręcz kosmiczne. Dodatkowo policja może zatrzymać prawo jazdy do czasu uregulowania płatności. Takie przedłużenie urlopu raczej nie będzie nam w smak.
Warto zwrócić szczególną uwagę nie tylko na to, czy nie jedziemy za szybko, ale również, czy się nie wleczemy - na autostradach obowiązują też prędkości minimalne, np. 60 km/h w Holandii, czy 70 km/h w Belgii.

Wyposażenie i stan techniczny pojazdu

Zakładam, że nikt (chociaż idiotów nie brakuje) przy zdrowych zmysłach nie wyrusza w podróż na łysych oponach (głębokość bieżnika mniejsza niż 1,6 mm), zdezelowanym trupem, z którego coś odpada i cieknie, a chmura, którą takie auto wypluwa z wydechu zasłania drogę pojazdom kulającym się z tyłu. Skupmy się więc na wyposażeniu naszego wehikułu. 
Wiemy, że u nas przede wszystkim musimy posiadać apteczkę, gaśnicę i trójkąt ostrzegawczy. A jak to jest w innych krajach? Podobnie, choć znajdzie się trochę różnic. Warto też zaznaczyć, że obowiązkowe wyposażenie samochodów regulują przepisy wewnętrzne, dotyczące kierowców z danego kraju i nie powinny być stosowane wobec obcokrajowców. Jednak, jeśli trafimy na wyjątkowego służbistę, ten nie będzie sobie zawracał głowy tym, z jakiego kraju jesteśmy, tylko, czy mamy wszystko, co mieć powinniśmy. 
Zamiast więc później tracić czas na pisanie odwołań, lepiej zaopatrzyć się w tych kilka dodatkowych rzeczy i mieć co najmniej dwie kamizelki odblaskowe, zapasowe żarówki, komplet bezpieczników, a nawet linkę holowniczą. 

Co również ciekawe, w Słowacji policja może przyczepić się, gdy będziemy mieli uchwyt do telefonu lub nawigacji umieszczony na środku przedniej szyby. Lepiej tego unikać, bo według ichniejszych przepisów ogranicza to widoczność kierowcy.

Alkohol

Drink, piwko, a może dwa? Odwieczne pytanie, które zadają sobie rzesze kierowców. Choć w nie wszystkich krajach stężenie alkoholu w wydychanym powietrzu musi wynosić zero promili, to jednak warto postępować w myśl zasady: Piłeś - Nie jedź!. Nie będzie się trzeba zastanawiać, czy skonsumowany napitek już się zdążył zmetabolizować, a jego stężenie będzie mieściło się w dopuszczalnych normach. Nie warto kłaść na szali zdrowia, czasu straconego na szczegółowe badania i kasy, z którą niewątpliwie popłyniemy, by zapłacić pijacką grzywnę.

Więcej informacji, z wyszczególnieniem krajów, znajdziecie tutaj. Pozostaje więc schować cwaniactwo do kieszeni, nie zachowywać się, jak baran, szanować innych użytkowników szos i respektować oznaczenia drogowe, no i oczywiście chłonąć urlop. A jeśli macie samochodowe doświadczenia z zagranicznych wojaży, podzielcie się nimi w komentarzach. Szerokości!
Czytaj dalej →

środa, 8 lipca 2015

Wyjeżdżasz? - Nie zachowuj się jak baran!

Wyjazdy, szczególnie te dalsze i bardziej egzotyczne wymagają od nas większej dozy podróżnej odpowiedzialności, byśmy mogli czuć się w dotychczas nieznanym miejscu bezpiecznie i komfortowo. Przyswajamy więc podstawowe zwroty w języku tubylców, czytamy przewodniki, studiujemy mapy, przeczesujemy czeluści internetów, a jeśli nam mało informacji zasięgamy języka.
Wszystko po to, by nie popełnić turystycznych błędów i nie powielać idiotycznych zachowań, które nie dość, że nie przysporzą nam chwały, to jeszcze mogą nas słono kosztować.

Wyjazdy Głupota Wpadki

Obserwacje i opowieści w gronie znajomych pozwoliły mi zebrać kilka takich turystycznych kwiatków, które przytaczam z jednej strony ku przestrodze, a z drugiej, by w pewien sposób napiętnować ludzką głupotę, bo ta ma się niezmiennie doskonale, wprowadzając wielu w tarapaty. A przecież nie o to chodzi na urlopie, by się stresować i przywozić ze sobą złe lub nawet traumatyczne wspomnienia.

Zostawianie śladów

Zapewne nie jest Ci obcy motyw wyrytych inicjałów, pełnych imion, nawy miast, czy haseł w stylu: 'Tu byłem, Kocham Kasię' na drzewach, drzwiach schronisk, czy w hotelowych szafach. Osłów nie brakuje. O ile, w wielu przypadkach ten fakt jest bagatelizowany i uchodzi sprawcy na sucho, tak jeśli porwie Cię pseudoartystyczna chuć i popełnisz jakieś arcydzieło na murach znanego zabytku, np. Colosseum, zapłacisz gruby hajs. Będzie bolało. I prawidłowo.

Nagie zdjęcia w miejscach kultu

Nagość występuję wszędzie i w coraz większym natężeniu. Nie upoważnia to jednak nikogo, żeby rozbierać się do rosołu podczas zwiedzania, kościołów, świątyń, miejsc jakiegokolwiek kultu. Niezależnie od tego, jakie emocje wzbudza w nas dana religia. Okazanie należnego szacunku w takich miejscach powinno być na porządku dziennym. To naprawdę niewiele, a polatać z gołym tyłkiem jeszcze zdążysz, gdy znajdziesz lepsze miejsce. No, chyba że chcesz zabulić, trafić do aresztu, a nawet dostać zakaz wjazdu do danego kraju. Ja tam Cię trzymać nie zamierzam, ale paczek do pierdla przysyłać nie będę.

Kozaczenie

Tak, wszyscy wiedzą, że jesteś zajebisty niczym Jonny Bravo, a Twoja zajebistość pcha Cię do działań, które spowodują, że zaczniesz nią ociekać. Jednak pakowanie się w potencjalne kłopoty, w dodatku zagrażające życiu, jest skrajnie głupie i nieodpowiedzialne. Uważasz, że wymyślam. Ok, śmiało, walnij sobie fotkę z grizzly, albo rozpędzonym nosorożcem podczas safari.

Przemyt

O ile może nie połasisz się na szmuglowanie narkotyków, bo przeraża Cię spędzenie żywota w jakimś tajlandzkim pierdlu, tak jeśli chodzi o inne rzeczy, zaczynasz wymyślać, że może jednak sobie sprawisz mniej legalną, ale za to wielce oryginalną pamiątkę. No i ładujesz do bagażu roślinki, skóry zwierząt, a nawet same egzotyczne żyjątka. Serio, to zły pomysł. Już pomijając fakt, że te żyjątka (jeśli w ogóle by przetrwały podróż) w naszych warunkach by raczej na pewno zdechły, to grzywna i areszt skutecznie dadzą Ci po dupie.

Biorąc powyższe pod uwagę, mimo wszystko zakładam, że Twój urlop będzie obfitował w doznania maści wszelakiej, ale pozbawione pierwiastka turbo-głupoty. W ramach nagrody możesz podzielić się swoimi spostrzeżeniami w tym temacie. Co byście dopisali do tej listy?
Czytaj dalej →

niedziela, 5 lipca 2015

Brak pomysłu na urlop? - Wybierz Tyrol!

Urlopowe i wakacyjne aktywności i wojaże kołaczą nam się w głowach nieustannie. Kreślimy wstępne plany tego, co zrobimy i zwiedzimy. Wybór destynacji ogarniamy szybko i jesteśmy mu wierni. Jednak możemy też pozostawić go przypadkowi, nastawiając się na spontaniczny wyjazd chociażby w opcji last minute lub dając się ponieść wypadowi, który zaproponuje nam ktoś ze znajomych.
Przygoda i wypoczynek - Czego chcieć więcej? No, ewentualnie można odprawić jakieś modły pogodowe, żeby niebo nie rzucało w nas wściekle żabami.

Urlop Lato Tyrol

Wiem, że niektórym ciężko się zdecydować, gdzie wyjechać. Zwykle określona destynacja cieszy się naszą większą sympatią. Jedni wola wodę, drudzy góry, a jeszcze inni przemierzanie trasy rowerem. O ile samodzielny wypad nie będzie stanowił problemu, tak już zdecydowanie się na wyjazd z kimś będzie skutkowało koniecznością pewnego dostosowania się i kompromisu, na co niektórzy nie będę w stanie się zdobyć. Pozostaje więc jeździć na własną rękę lub z osobami o upodobaniach identycznych, jak nasze.W końcu nie chcemy sobie psuć urlopu niezadowoleniem i narodowym sportem Polaków - narzekaniem.

Jeśli jednak samotne eskapady Cię nie kręcą, a z zaprzyjaźnionych osób ciężko Ci zrezygnować (co zrozumiałe, bo dobra ekipa to +100 do udanego wyjazdu), warto rozważyć miejsca, w których atrakcji różnego rodzaju będzie dostatek. Nie wiecie, gdzie może być miło, przyjemnie i atrakcyjnie? Ciocia-Karola-Dobra-Rada spieszy Ci z propozycją. Postaw na Tyrol, a nie pożałujesz. Tam, na w sumie niedużej przestrzeni, skumulowało się mnóstwo dobra. Od naszego pierwszego razu w Tyrolu, w okolicy Kappl, polecamy wszystkim.
Żeby nie być gołosłowną, podrzucam kilka tyrolskich dobrodziejstw. Bierzcie, nabierajcie chęci, a jak dobrze zmiksujecie, to będzie się działo.

Góry

O tym, że Tyrol to przede wszystkim góry, nie muszę raczej nikogo specjalnie edukować. Nawet jeśli kogoś nie fascynują letnie czy jesienne marszruty, to z pewnością kojarzy ten region chociażby ze sportów zimowych. Toż to królestwo narciarzy. Uwierzycie, że w życiu nie jeździłam na nartach?!

Infrastruktura turystyczna jest na najwyższym poziomie. Szlaków jest mnóstwo i każdy wybierze coś dla siebie. I ten zaawansowany, któremu w głowie via ferraty, i ten, który lubi się zmęczyć ale w bardziej asekuracyjnym marszu. Wiele punktów widokowych i tras tematycznych przyciąga również rodziny z młodymi adeptami górskiej zajawki. Dodatkowo planowanie wędrówek zdecydowanie ułatwiają kursujące wyciągi i kolejki, które pozwalają na dotarcie w odleglejsze zakątki. Strzeliste turnie i rozległe górskie łąki kuszą i zapraszają.

Jeziora Tyrol Austria

Jeziora

Tych jest tam dostatek. Znajdują się w różnych miejscach i na różnych wysokościach. Są te typowo wysokogórskie, które możemy podziwiać wędrując po szlakach, oraz te położone niżej, które zachęcają do kąpieli, z czego wielu korzysta. Trzeba bowiem dodać, że woda w tyrolskich jeziorach jest bardzo przyjemna.
Jeziora stanowią więc pewien rodzaj konkurencji dla otwartych basenowych kąpielisk. Jeśli dodać do tego możliwość uprawiania wodnych sportów i wypożyczania sprzętów, to chyba pakiet jest pełen.

Trasy rowerowe Tyrol

Trasy rowerowe

Szlaki, szlakami, ale nie każdy lubi nimi chodzić. Dla niektórych to nudne, brak im wyższej dawki adrenaliny. Tacy wolą sięgnąć po dwa kółka, objechać okolicę, zwiedzić ją z tej perspektywy, a gdy już nabiorą ochoty na ostrzejsze atrakcje, puszczą się w dół górskiego zbocza.
Wydawać by się mogło, że Alpy to region średnio sprzyjający rowerowym eskapadom. No bo wysoko, bo skaliście, etc. Nic bardziej mylnego. Tras rowerowych jest mnóstwo, a do tego są w super stanie. I tak jak w przypadku zwykłych górskich szlaków, są takie dla każdego, ale również takie o bardziej ekstremalnym charakterze, na które już samo patrzenie robi ze mnie bohaterkę. ;)

Tyrol Austria

Miasteczka

Doliny usiane są urokliwymi miasteczkami i górskimi przysiółkami, gdzie mieszkańcy są naprawdę otwarci i życzliwi. Przywitają się z Tobą obcy zupełnie obcy ludzie, często jako pierwsi. Niezależnie od tego, czy to dzieciak, ganiający za piłką, czy staruszka, siedząca przed domem, czy też Tyrolczyk w ludowym stroju, wychodzący z kościoła po niedzielnej mszy. Sympatycznie, ale bez żadnej nachalności. A patrząc na te wszystkie siedliska z gór, ze szczytów, otrzymujemy wyjątkowo malowniczy obrazek.

Co warte uwagi, jeśli mamy wykupiony nocleg w pensjonacie, czy hotelu, otrzymujemy w cenie kartę, z którą mamy bez limitu darmowe przejazdy wspomnianymi kolejkami i wyciągami, turystyczny autobus, kursujący między miejscowościami (można spokojnie zrezygnować z auta) oraz wstępy do muzeów, czy na otwarte kąpieliska.

Zakładam, że nie jesteś ciężkim przypadkiem i tyle wystarczyło, by zachęcić Cię do odwiedzenia tego regionu. A może nawet skusisz się na ostatnią chwilę, tym bardziej, że w trzeciej dekadzie lipca można nas tam wypatrywać.
Czytaj dalej →

środa, 1 lipca 2015

28 szczytów KGP zdobytych w rekordowym tempie - Czy to ma sens?

Żyjemy w świecie, w którym liczy się wszystko, co najlepsze, najszybsze, najokazalsze i najbardziej oryginalne. Rywalizacja już nikogo nie dziwi. Mało tego. Staje się ona bodźcem do dalszych prób i działań. I to jest super, nie przeczę.

Korona Gór Polski

Kiedy więc w ostatnich dniach pojawiła się informacja, że 28 latek z Jeleniej Góry - Grzegorz Leszek - pobił czas, w jakim zostało zdobytych 28 szczytów Korony Gór Polski, moją pierwszą myślą było: Ok, fajnie, że chłopak miał chęć na taki projekt i ogarnął to wszystko logistycznie w wysoce wyśrubowanym czasie - 76 godzin (pobita czasówka wynosiła wcześniej 89,5 godziny).

Po chwili zrodziło mi się w głowie pytanie: Jaki sens ma takie bicie rekordu? Jak dla mnie, oprócz czystej satysfakcji osobistej (bo jest to pewne i niemałe osiągnięcie) i pokonywania własnych słabości, nie ma w tym nic więcej. Podnoszą się głosy, że takie zdobywanie korony należy zaliczać do sportów górskich, w których pełno jest różnorodności. Zgoda, sporty mamy różne, ale w każdej dziedzinie jestem w stanie doszukać się większego sensu. Większego niż gnanie z ekipą samochodem od punktu do puntu (raczej nie z przepisową prędkością), by bezpośrednio z podnóża góry, wbiegać/wchodzić na jej szczyt.

Gdzie szukać sensu?

Sport i góry można połączyć dużo bardziej efektywnie i z większym sensem, a nagrodą za włożony trud nie będzie tylko czysta satysfakcja, ale też rozwijanie pewnych umiejętności, polepszenie sprawności i poprawianie własnych wyników. To brzmi już jak pakiet, którym warto sobie mocniej zaprzątnąć głowę. 
Idąc tym tokiem rozumowania, można spełniać się chociażby w rajdach na orientację i z każdymi kolejnymi zawodami być lepszym, w tym, co się robi. Mało tego, lepiej i dokładniej ogarniać otaczający nas świat, pokonywać własne słabości i zdobywać umiejętność radzenia sobie w różnych warunkach pogodowych,  w dzień oraz nocą.
Gdy rajdy to za mało, można porwać się też na biegi typowo górskie. A tych jest u nas dostatek, na różnych dystansach. Od krótszych dyszek do biegów ultra. W nich satysfakcja klepie emocje po plecach, współzawodnictwo przeplata się z wzajemną motywacją, a dodatkowo wytrzymałość i wydolność organizmu wznosi się na orbitę. 

Wracając jednak do Korony Gór Polski każdy będzie robił, jak uważa. Będziemy mieli turbo zdobywców-biegaczy, korona będzie zdobywana przez rowerzystów, etc.. Wszak ilu ludzi, tyle pomysłów. 
Jednak ja niezmiennie skłaniam się do tego, co leży w pierwotnym zamyśle zdobywania szczytów koronnych - do poznawania i odkrywania, w różnych okolicznościach przyrody i pór roku. Bo to właśnie dzięki koronie trafiamy w rejony, w które normalnie byśmy się nie wybrali, bo wydawały się mało atrakcyjne i leżały wyjątkowo nie po drodze. I mimo, że swoje górskie cegiełki zbieramy wolniej, w czasie dużo bardziej rozciągniętym i niespektakularnym, to mamy z tego wyjątkową frajdę. Ja w każdym razie mam.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Niecałe pół litra = Życie

Niecałe pół litra = Życie

Było lato, jak każde inne, choć dla nich miało być wyjątkowe. Cieszyli się na swój pierwszy, wspólny urlop, tylko we dwoje. Z dala od zgiełku i natłoku spraw codziennych. W głowie mieli dwa tygodnie błogiego relaksu, lenistwa, zajmowania się sobą i snucia planów na przyszłość.

Choć czekała ich długa droga, to sprzyjająca pogoda nastrajała optymistycznie, więc sunęli przed siebie rączą samochodową strzałą. Nie musieli się spieszyć, niczym nie musieli zaprzątać sobie głów, mieli siebie.

Nie dojechali na miejsce. Nie dali rady uniknąć zderzenia z wariatem, który pojawił się nie wiadomo skąd i w momencie, kiedy nie powinno go tam być, wjechał na skrzyżowanie i na pełnej prędkości uderzył w ich samochód.
Ciężki wypadek, ale jeszcze dwa życia tliły się w gąszczu pogiętej blachy. O dziwo, pomoc nadchodzi szybko. Pogotowie już czeka, straż rozcina samochodowy wrak. Poszkodowani trafiają pod opiekę medyków. Nie mają jednak szczęścia. Stracili zbyt dużo krwi. Nie doczekali transfuzji, bo w tamtym momencie krwi dla nich zabrakło...

***

Wydawać, by się mogło, że przy takim zaludnieniu, pozyskanie krwi nie powinno stanowić problemu. Jak się jednak okazuje, braki w bankach krwi nie są spowodowane wyłącznie niechęcią/strachem ludzi przed krwiodawstwem. Istnieje bowiem długa lista przeciwwskazań i niestety (nawet mimo szczerych chęci) nie każdy może krew oddać.
Jeśli dodamy do tego fakt, że niektóre grupy krwi występują po prostu rzadziej, a pełną krew można przechowywać tylko przez 42 dni, skutkuje to tym, że w okresie wzmożonego zapotrzebowania na krew (okres wakacyjny, wyjazdy, imprezy masowe), zaczyna jej brakować. Aktualnie, wg danych Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa we Wrocławiu, brakuje A RhD (-) oraz 0 RhD (-).

Jeśli więc cieszysz się dobrym zdrowiem i jesteś już prawie zdecydowany, by podzielić się swoim "czerwonym skarbem", ale nie do końca wiesz, jak to się wszystko odbywa, zajrzyj tutaj, lub na stronę stacji krwiodawstwa w Twojej okolicy.

Jeżeli mimo to w dalszym ciągu się wahasz, by pójść i honorowo oddać krew, może skusi Cię do tego kilka (może i prozaicznych, ale jednak) korzyści. Za Twoją donacją pójdzie satysfakcja z faktu, że Twoja darowizna ma sens i może komuś pomóc. Dodatkowo, jeśli dotychczas nie znałeś swojej grupy krwi (tak, są takie osoby) w końcu ją poznasz i dostaniesz nawet stosowny dokument z tą informacją, który warto nosić przy sobie.  Oczywiście, żeby nie było, że Cię tylko pozbawią krwi niczym wampiry. Dostaniesz "wyrównanie energetyczne" w postaci czekolady oraz zwolnienie z pracy, czy szkoły za dzień, w którym oddasz krew. I najlepsze (oczywiście poza czynionym dobrem) - taką darowiznę można odpisać od podatku - ekwiwalent za litr krwi i osocza wynosi 130 zł.

Nie trzeba być supermanem, mieć super mocy i siły Hulka, by pomóc. W tym przypadku pół litra (dokładnie 450 ml +/- 45 ml - tyle wynosi jednostka krwi) nabiera zupełnie innego znaczenia i może uratować życie. Wchodzisz w to?
Czytaj dalej →

piątek, 26 czerwca 2015

TRYPTYK Z PODRÓŻY - Szymon Banaszczyk | Recenzja

Czym jest podróż? Poza tym, że to czyste przemieszczanie się z punktu A do B, może być odskocznią od codzienności, drogą do poznania i doświadczania tego, co nowe i dotychczas nieznane. Pozwala na poszerzanie horyzontów, poznawanie ludzi i kultur, oraz konfrontację naszych uprzedzeń ze stanem faktycznym. Podróż to życie, to pewien stan umysłu, który nie pozwala na siedzenie w miejscu tylko gna nas do przodu.

Tryptyk z podróży Recenzja

A jak się do tego ma tytułowy Tryptyk? To trzy opowieści z drogi, które, mimo że różne i pozornie niezwiązane ze sobą, tworzą spójną całość, z której wyłania się esencja podróżowania. Esencja, którą autor przedstawia w postaci spotkania, drugiego człowieka i odkrywania innej rzeczywistości.

Książkowe perypetie Szymona poznajemy, gdy stoi na początku swojej drogi pielgrzyma do Santiago de Compostela. Miesiąc przemyśleń, obcowania ze sobą, obcymi ludźmi, mniejszą lub większą życzliwością i niespodziankami, jakie niesie każdy kolejny dzień wędrówki. Wędrówki, która okazuje się być nie tylko przejściem wymagającej trasy, ale też spojrzenia w głąb siebie.
Zanim ruszymy z autorem dalej, na Kamczatkę, zawitamy do Madrytu na czas jego wolontariatu przy okazji Światowych Dni Młodzieży, które pokazały, jak wielu różnych ludzi można spotkać na swojej drodze.

O ile, notatki dotyczące Santiago i Madrytu, czytało mi się po prostu fajnie, tak zapiski odnośnie Kamczatki dostarczyły mi już pokaźny pakiet emocji. Pakiet, który udowodnił, że nasze, nawet najzwyklejsze życie, jest o niebo lepsze i wygodniejsze od tego, które zmuszeni są wieść mieszkańcy Kamczatki. Historia Siergieja spowodowała permanentne zeszklenie oczu i odłożenie książki, by głębiej odetchnąć, rozejrzeć się wokół siebie i stwierdzić, że jest się turboszczęśliwym człowiekiem.

Gdy z Kamczatki ruszymy w stronę obu Ameryk, staniemy nie tylko w obliczu przygody, ale też trudów, jakie ponosi wolontariusz, by ze swoimi działaniami dotrzeć tam, gdzie chce. Często w regiony bardzo odległe. Jak się jednak okazuje, powzięty trud wynagradzają ludzie, swoją radością i wdzięcznością. Tym, że są.

Książka ta, ze swoim niewielkim i wygodnym formatem, idealnie nadaje się do tego, by mieć ją przy sobie. Nawet, a może przede wszystkim, w podróży właśnie, by umilić sobie czas. A to wszystko bez przynudzania. Zebrane w formie krótkich, notatkowych rozdziałów, które czyta się szybko. Tak, jak chłonie się opowieści poznanego na trasie, czy w górskim schronisku człowieka, który ma za sobą nie jedną drogę i przygodę. Który zagłębia się w swoje przeżycia, żyje mocniej, całą duszą, pełny wiary i okrasza to wszystko odpowiednią dawką humoru.
A, zapomniałabym, Szymon jest również autorem bloga: Szymon Podróżnik, więc jeśli jesteście głodni opowieści z drogi, wpadajcie do niego.
Czytaj dalej →

środa, 24 czerwca 2015

Człowieku, ogarnij się! - TOP 3 irytujących sytuacji z ludźmi w roli głównej

Irytujące zachowania ludzi Widownia

Występuje wszędzie, choć najczęściej pojawia się w ludzkich skupiskach i niezależnie od płci oraz wieku jest zawsze tak samo irytujący. To on - Nieogar sytuacyjny. I choć nie sposób owych delikwentów uniknąć, nie zastanawiamy się nad nimi, dopóki nie doświadczymy ich mniej lub bardziej zmasowanego ataku na naszą osobę.

Sytuacja jakich wiele. Piątek wieczór (inny dzień też wchodzi w grę, bo kto nam zabroni), zamierzasz się zresetować po tygodniu pracy, wyłączyć mózg i oddać czystej rozrywce. Najczęściej owemu wyłączeniu nie oddajesz się w samotności i oprócz Twoich znajomych, towarzyszy Ci również tabun ludzi. To zrozumiałe. W końcu każdemu reset się należy.

Wybierasz się więc do kina, na koncert, kabareton (jak my ostatnio), czy w inne miejsce, które akurat wybierzesz na przetrzepanie Twoich zwojów mózgowych. Kupujesz bilety, ogarniasz się odpowiednio wcześniej z dojazdem, docierasz na miejsce i z czystym sumieniem liczysz na to, co sobie zaplanowałeś - mózgotrzepanie bez żadnych zakłóceń. Aleś naiwny! (Tak, jak my za każdym razem). Bo jak zwykle się zaczyna...

#Parkowanie zupełnie od czapy

O ile kina zwykle mieszczą się w/przy galeriach handlowych, w których miejsc parkingowych jest dostatek, tak w przypadku wydarzeń typu koncert, czy kabarety, które powodują turbokumulację ludzkich ciał w jednym miejscu, bezproblemowe parkowanie staje się terminem dość abstrakcyjnym. Mimo to, jest to czynność - uwaga, uwaga - wykonalna. Wymaga tylko odpowiedniego ogarnięcia i ruszenia tyłka z chaty odpowiednio wcześniej, by mieć gdzie swój dyliżans zostawić. Takie postępowanie wydaje się być logiczne. Jak się jednak okazuje nie dla wszystkich. Mamy więc pokaz modernistycznej sztuki umieszczania pojazdów w miejscach i pozycjach, które się filozofom nie śniły. Ci najbardziej pomysłowi usiłują (na szczęście im to nie wychodzi) zaparkować pod samym obiektem, a w domyśle z chęcią władowaliby się na scenę, ewentualnie (w przypadku Wrocławia) na szczyt iglicy przy Hali Stulecia.

#Wędrówki ludów

Jakby jednak nie było, każdemu chcącemu udaje się w końcu ulokować pojazd, dotrzeć tramwajem, etc. Jesteśmy już w środku, mościmy się na miejscach i w spokoju czekamy, obserwując ostatnich przemieszczających się w labiryncie sektorów i siedzeń. Gdy tylko gasną światła i zaczyna się impreza, jak na komendę rozpoczynają się wędrówki spóźnialskich ludów. Pojawiają się znikąd. Jakby czekali na zapadnięcie mroku, by z lubością przegalopować po kilka razy w tę i z powrotem po Twoich nogach, prawie siadając Ci przy tym na głowie - tacy zdolni. Notorycznie świecąc przy tym telefonem po oczach, bo przecież miejsce trzeba znaleźć. Za wszelką cenę. Choćby mieli Cię przesadzić, bo Ty na pewno zajmujesz ich miejscówę. Ta...

#Smrodliwe aromaty

Ok, po wielkich bojach miejsca znalezione nawet przez tych turbospóźnialskich nieogarów. Wszyscy siedzą, z lubością prasując swoje cztery litery. Śmiechowy nastrój ogarnia zebranych. Teraz może być już tylko dobrze. W każdym razie powinno być i jeśli należysz do szczęśliwców w czepku urodzonych, to faktycznie w spokoju przeleci Ci reszta wieczoru. Jeśli jednak w ludzkich skupiskach szczęście omija Cię podobnie, jak mnie, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zostaniesz uraczony wachlarzem aromatów maści wszelkiej i bynajmniej nie będzie to kuszący zapach popcornu, wafelków, czy płynnej czekolady. Nie. Na samym początku i chwilę po przerwie z pewnością zostaniesz zachuchany pofajkowym odorem. Tym ostatnim machem, którego ktoś nie wypuścił w płuc na zewnątrz i postanowił przetrzymać go specjalnie dla Ciebie, wydmuchując Ci to wszystko tuż przy uchu. Uwierz, jeśli w tej chwili coś sobie przegryzasz, będzie to smakowało tak, jakbyś żarł kiepy. #omnomnom - nie ma co.

Gdybym się postarała, wymieniłabym tutaj jeszcze kilka irytujących akcji w wykonaniu człowieków, ale że do wyższej pierdolęcji i sztywności ála kij w tyłku mi daleko, powiem tylko, że i tak wieczór był udany, o czym świadczyły zakwasy paszczęki, od chronicznego śmiechu.
Czytaj dalej →

sobota, 20 czerwca 2015

Aplikacje przydatne na wyjazdach - cz. 2

Gdy parę miesięcy temu tworzyłam wpis o aplikacjach przydatnych w czasie podróży, nie sądziłam, że w dalszym ciągu będę zgłębiać temat. W końcu zawsze byłam (i w zasadzie nadal jestem) fanką analogowych (czytaj: papierowych) map i przewodników. Jednak, buszując w gąszczu przeróżnych aplikacji, przepadłam i wynalazłam kilka sensownych, którymi można się wspomagać, będąc na wyjeździe, lub planując wcześniej trasy zwiedzania. A skoro okres mamy jak najbardziej wyjazdowy, warto się im przyjrzeć. Jedziemy...

Aplikacje przydatne na wyjazdach

Aplikacji, które możemy zassać na nasze telefony, jest cała masa. Do wyboru, do koloru, choć czasem trudno zdecydować się na coś konkretnego. Właśnie przez zbyt duży wybór. Dlatego też dzielę się z Wami moimi typami i mam nadzieję, że okażą się one przydatne również dla Was.

MIASTA I ZABYTKI

Aplikacja Maps.Me

MAPS.ME
Aplikacja, oprócz tego, że bardzo obszerna to działa w trybie offline i jest w zupełności darmowa. Szybka, nie powoduje zawieszania telefonu, a mapy (dokładne) nie zapychają pamięci. Na wyjazd i zwiedzanie metropolii idealna. Pokaże nam m.in. hotele, restauracje, czy przystanki komunikacji miejskiej. Można zapomnieć o noszeniu ze sobą książkowych przewodników i planów miast. Na duży plus zasługuje fakt, że aplikacja jest wyjątkowo kompleksowa, a zbiór map w żadnym stopniu nie jest wybiórczy. Mamy podział na kontynenty, państwa i miasta. Klikamy, wybieramy, co nas interesuje, pobieramy, a korzystać już możemy bez łączenia się z internetem, co na wyjeździe zagranicznym będzie miało znaczenie - opłaty roamingowe przestaną być straszne.

Aplikacja MyCar Locator Free

MyCar Locator Free
Wyobraź sobie, że w końcu udało Ci się zaparkować. Z uśmiechem na ustach opuszczasz swój krążownik i udajesz się  na eksploracje nowego miejsca, nie do końca rejestrując, gdzie tak na prawdę zostawiasz auto. Z tą aplikacją nie będziesz szukać samochodu w popłochu, ani tym bardziej wszczynać alarmu, że ktoś go ukradł. Wystarczy odpalić aplikację, otworzyć mapę, puknąć w mapę dwa razy paluchem, by zaznaczyć miejsce parkowania/hotelu, etc. i można ruszać na zwiedzanie. W przypadku problemów z powrotem wystarczy połączyć się z GPS-em, który poprowadzi nas z powrotem do punktu, w którym czeka nasza fura, albo kolacja.

Arguido przewodnik turystyczny

Arguido przewodnik turystyczny
Nie znajdziemy tutaj planów wszystkich miejsc. Aplikacja zawiera przewodniki po kilku wybranych miastach w Polsce. Po wybraniu miasta, zasysamy interesujący nas przewodnik w formie trasy z określonymi atrakcjami. I tak na przykład w Gdańsku możemy się wybrać na przykład na Trasę bursztynową, a we Wrocławiu przejść się szlakiem Mostów i przepraw. Jest tego sporo i nie trzeba się głowić, jak daleko znajduje się jedna atrakcja od drugiej. Jeśli nasz czas na zwiedzanie jest ograniczony, takie gotowce się bardzo przydają.

Google Goggles

Google Goggles
To aplikacja działająca w oparciu o zdjęcia i kody QR. Wykorzystuje zasoby Google, rozpoznaje zdjęcia. Jeśli znajdzie obiekt w zasobach (o co w przypadku atrakcji turystycznych nietrudno), wyświetla o nim informację. Aplikacja ta może być również wykorzystana do czytania kodów kreskowych, QR. Przetłumaczy też opisy atrakcji turystycznych z języka obcego (choć czasem ma problem z ogarnięciem fikuśnych czcionek, jakie występują na tablicach informacyjnych). Rozpozna nawet po okładce książki, czy płyty z muzyką oraz filmem i wypluje linki, gdzie możemy owe książki/płyty nabyć. Taka mądra bestia.

Planer wycieczek

Planer wycieczek
Wybieramy miejsce, do którego jedziemy. Określamy zakres w kilometrach, jeśli chodzi o obszar, jaki nas interesuje, a następnie wybieramy, co najbardziej chcielibyśmy zobaczyć. Możemy się skupić na samym zwiedzaniu, wybrać wypoczynek na łonie natury, muzea, etc. Aplikacja umożliwia nam również podanie, ile czasu zamierzamy spędzić w danym miejscu, czy jesteśmy zmotoryzowani, czy może będziemy się poruszać pieszo. Po zatwierdzeniu otrzymamy propozycje miejsc i atrakcji do odwiedzenia, a to wszystko zaznaczone na mapie, z sugestią, ile czasu będziemy potrzebowali w danym miejscu. Trasę można zapisać. Szybko, czytelnie i przejrzyście.

GÓRSKIE SZLAKI

Szlaki w górach

Szlaki w górach
Aplikacja intuicyjna i prosta w obsłudze. Wyszukuje górskie szlaki w polskich górach. Zawarte w aplikacji trasy opisane są pod kątem długości i trudności szlaku na podstawie dostępnych map. Potrzebna łączność z GPS. Pozwala to na śledzenie swoich własnych tras, zapisywanie ich i dzielenie się z innymi.

Szlaki Tatry Pieniny Babia Góra

Szlaki Babia Góra - Szlaki Tatry - Szlaki Pieniny
Mimo, że aplikacja występuje póki co w trzech wersjach - Pieniny, Babia Góra i Tatry, to muszę napisać, że autor wykonał kawał dobrej roboty. Jest w nich wszystko, co potrzebne przy rozpracowywaniu trasy górskiej wycieczki. Skalkulujemy sobie czas przejścia, wybierzemy na przykład najszybszy wariant, a do pełni szczęścia sprawdzimy profil trasy. W aplikacjach otrzymujemy interaktywną mapę tras z zaznaczonymi przełęczami, szczytami, odbiciami szlaków, etc.. Czego chcieć więcej? Chyba tylko wafelka. ;)

Zamierzam kontynuować ten temat, jeśli tylko trafię na kolejne, warte polecenia aplikacje. Wy również podzielcie się Waszymi ulubionymi, które polecacie, bo - nie ma co ukrywać - w ich gąszczu można się pogubić. A przecież nie o to chodzi. Ma być po prostu wygodniej.
Czytaj dalej →

środa, 17 czerwca 2015

BATORY Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku - Bożena Aksamit | Recenzja


Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie ze słowem 'Transatlantyk'? Gotowa jestem zaryzykować stwierdzenie, że większości przyjdzie na myśl Titanic, którego kariera na morzu trwała nad wyraz krótko, bo, mimo że miał należeć do najlepszych i najbezpieczniejszych, wpisał się na listę katastrof linii żeglugowej White Star Line. Przykre, ale nie o Titanicu będziemy dziś prawić. 

Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku

Gdy w moje ręce (najpierw dopadł się małżonek) trafił egzemplarz "Batorego" autorstwa Bożeny Aksamit (wyd. Agora, premiera 21. maja), mimo ciekawej zapowiedzi, nie wiedziałam, czego dokładnie mogę się spodziewać. Był to również pierwszy tekst autorki, z jakim miałam styczność. Nie czytałam jej wcześniejszych publikacji, więc mogłam podejść do tej pozycji bez oczekiwań, z czystą i zupełnie otwartą głową, gotowa na zaskoczenie i na to, co nowe. A czego możemy się spodziewać, jeśli autorka to absolwentka oceanografii, graficzka i dziennikarka w jednej osobie? Strach się bać? Niekoniecznie, bo za tym miksem kryje się doświadczenie, które pozwoliło autorce stworzyć wyjątkową treść. Czy inną niż wszystkie? Tego Wam nie powiem, ocenicie sami, jeśli będziecie chcieli.

Jak na ówczesne czasy był potężny i nad wyraz elegancki. On - Batory - transatlantyk. Statek pasażerski, którego pokłady widziały wiele, jeśli nie wszystko. Był świadkiem ludzkich dramatów i euforii, mocno zakrapianych przyjęć i ekscesów załogi, jak i samych pasażerów. Elektryzował i przyciągał, uzależniał.

Cóż więcej można napisać o statku? Okazuje się, że całkiem sporo.

Transatlantyk trudnych czasów

Jeśli pominiemy osoby prominentne, to dla całej reszty podróż transatlantykiem jawiła się jako szczyt luksusu i wyprawa po lepsze jutro. Wiązała się z poświęceniem oszczędności często całego życia po to, by tam za oceanem znaleźć pracę, a otrzymanymi za nią dolarami wspomóc rodzinę pozostałą w kraju.

Sam statek służył długo, bo ponad trzydzieści lat, co, biorąc pod uwagę ciężki czas, wojnę światową i komunistyczne rządy, było wynikiem imponującym. Nazywano go szczęśliwym statkiem - "Lucky Ship" - bo bez uszczerbków przetrwał czasy wojennej zawieruchy. Obrastał legendą, jak i jego kapitan.

Od autorki otrzymujemy obraz statku i czasów, w których przyszło mu przemierzać oceaniczne wody. Książka jest zbiorem zapisków, anegdot i wypowiedzi. Wydawać by się mogło, że będzie to tylko czysta zbieranina tekstów zaczerpniętych ze źródeł, które w nadmiernej ilości, okażą się męczące. Nic bardziej mylnego. Wszystko zostało podane w przystępny sposób, oszczędzając przynudzania, wręcz zachęcając do poznawania perypetii pasażerów i załogi. To obszerny zbiór faktów, okraszony emocjami, gdzie obawy, złość, radość i ludzkie żądze grały pierwsze skrzypce, a statek był tylko miejscem, w którym się to wszystko kumulowało, dając nierzadko mieszankę wybuchową.

Ze swojej strony polecam, choć uprzedzam, że do lekkości wakacyjnej lektury tej pozycji daleko. Niemniej jednak, jeśli lubisz się z literaturą faktu i jesteś ciekaw, jak to niegdyś między ludźmi bywało, czytaj śmiało.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jak szybko i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

Ciężki dzień? Tydzień? Miesiąc? Masz już dość? Wkurza Cię świat, Twoja bezsilność osiągnęła dno głębsze niż Rów Mariański, więc postanowiłeś wziąć sprawy w swoje ręce i w wyszukiwarkę wpisałeś hasło: Jak szybko i bezboleśnie popełnić samobójstwo? Pytanie, na  które odpowiedź miała Ci umożliwić uwolnienie się od tego wszystkiego, co Cię męczy.


Mimo, że przeraża mnie fakt Twojej chęci na pozbawienie się życia, wiem, że nie jesteś w tym sam, że takich, Tobie podobnych, jest wielu. Statystyki zatrważają, bo w Polsce 16 osób dziennie targa się na swoje życie. Skutecznie. 

16 osób, które szukały i znalazły sposób, jak się zabić, jak skończyć ze sobą i z tym światem. Kto dopisze się do listy jutro, pojutrze, za miesiąc? To może być Twoja siostra, żona, przyjaciółka, Twój najlepszy kumpel, brat, czy sąsiad – ludzie tacy, jak Ty. Czy chciałbyś ich stracić? Nie sądzę. 

Dlatego, dobrze, że tutaj trafiłeś. I mimo, że nie podam Ci broni doskonałej, czy uśmierzacza na ból istnienia, nie uleczę też Twojej zbolałej i nieszczęśliwej duszy, podam Ci dłoń, by wspólnymi siłami wyjść z tego, w czym tkwisz. Bo wiesz, wyjście jest z każdej sytuacji. Choćby droga była bardzo kręta i wyboista.

Nawet jeśli w tej chwili myślisz, że pieprzę farmazony, siedząc wygodnie po drugiej stronie ekranu, nie uciekaj. A jeśli nawet, to zapisz sobie te numery:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Po prostu zadzwoń, pogadaj. Weź głęboki oddech i nie pozbawiaj się szansy na lepsze jutro, bo właśnie jutro może zacząć się Twoja passa. Daj sobie szansę. Daj życiu szansę. Warto. Na umieranie mamy jeszcze czas. Żyj!

Jeśli mnie się nie udało Cię przekonać, zajrzyj tutaj lub tutaj i nie bądź jednym z tych szesnastu. Wygraj swoje życie.
---

Info dla twórców internetowych: Wy też możecie się dołączyć. Więcej dowiecie się od Janka. #GoogleHack
Czytaj dalej →

środa, 10 czerwca 2015

KGP - Skalnik 945 m n.p.m., Rudawy Janowickie - 04.06.2015

Pozostawiając za sobą Skopiec i Przełęcz Komarnicką, pakujemy się w nasz niebieski krążownik i mijając Janowice Wielkie, Trzcińsko, Przełęcz Karpnicką i Strużnicę, docieramy do Przełęczy pod Średnicą (595 m n.p.m.), gdzie zostawiamy nasz wehikuł przytulony do krzaków.


Czytaj dalej →

niedziela, 7 czerwca 2015

KGP - Skopiec 724 m n.p.m., Góry Kaczawskie - 04.06.2015

Nasza ostatnia zdobycz do Korony Gór Polski padła naszą ofiarą dość dawno, bo w listopadzie ubiegłego roku. Wdrapaliśmy się wtedy na Waligórę w Górach Kamiennych. Od tamtego czasu korona leżała, delikatnie mówiąc, odłogiem. Nadszedł czas, by to trochę zmienić i dołożyć kolejne zdobyczne cegiełki.

Chwila zastanowienia nad tym, gdzie się wybrać, żeby się tym razem za bardzo nie przeorać i nie odnowić kontuzji, zaowocowała decyzją o wypadzie na Skopiec oraz Skalnik.


Czytaj dalej →

piątek, 5 czerwca 2015

CEPERSKI PRZEWODNIK PO TATRACH POLSKICH I SŁOWACKICH - Mieczysław Tarczyński | Recenzja

Recenzja

Według tego, co podaje nam mądrość internetów - Wikipedia, pierwotnie mianem "cepra" górale określali osoby przyjeżdżające z innych regionów kraju na Podhale do pracy. Znaczenie to obowiązywało jeszcze po II wojnie światowej. Jednak już w okresie międzywojennym, za sprawą bardziej zaawansowanych turystów, jako "ceprów" określano pseudo wycieczkowiczów, którzy wychodzili w góry bez odpowiedniego przygotowania i rozeznania w terenie. Po dziś dzień funkcjonują stwierdzenia jak na przykład: Cepry w klapkach na Świnicy czy Giewoncie.
Obecnie jednak nawet sami górale używają słowa ceper bez odniesienia do przeszłości i mają na myśli wszystkich, niebędących góralami i przyjeżdżających w Tatry. Zarówno tych pseudo, jak i rozgarniętych turystów.

Gdy wpadł mi w oko Ceperski przewodnik po Tatrach polskich i słowackich, nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Szybkie kliknięcie i wylądował na czytniku. Skoro według górali jestem ceprem, jak i Wy wszyscy spoza Podhala, musiałam sprawdzić jak bardzo ceperski jest ten przewodnik.
O ile pełzacze w różowych klapeczkach raczej po niego nie sięgną w obawie, żeby im się nie zlasowały resztki mózgowia, tak początkujący, którzy świadomie rozpoczynają swoją górską przygodę powinni być zadowoleni z zawartości tej pozycji.

Przewodnik został podzielony na kilka części. Typowo wskazówkową, w której czytelnik i nieopierzony turysta znajdzie informacje na temat podstawowego ekwipunku, zachowania w górach, jak również występujących w nich zjawisk meteorologicznych oraz tatrzańskiej fauny i flory.

Obok garści informacji praktycznych, czytelnik dostanie też gotowca z trasami, gdzie pójść, żeby było pięknie i emocjonująco. Wszystko opisane z perspektywy autora, który podane szlaki przeszedł osobiście, co zaowocowało dokładnymi relacjami. Choć mnie osobiście brakowało do tego zdjęć. Ale to już takie moje fotograficzne zboczenie. W ten sposób została potraktowana strona polska, jak i słowacka. Idealny patent dla tych, którzy nie lubią się zastanawiać, gdzie by tu się wybrać. Otwierają przewodnik, teleportują się do punktu wymarszu i działają.

Ponieważ nie samymi szlakami górskimi człowiek żyje, autor zadbał również o aspekty bardziej rozrywkowe, podsuwając do konsumpcji góralskie opowiadania i anegdoty, które proponuję czytać jako przerywniki między pochłanianiem treści około-szlakowych.

Jeśli więc nie jesteś do końca zaprawiony w górskich bojach i nie chcesz władować się na minę na skutek źle zaplanowanej wędrówki, bo jeszcze nie do końca ogarniasz mapę, ten przewodnik jest dla Ciebie. Znajdziesz w nim trasy na dobry początek, aby Twój związek z górami nie przeminął, tylko nabrał rumieńców i pozwolił na bardziej dziarskie eksploracje skalistego świata.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dzieciak lat 80-tych i 90-tych

Wszystko miało swój początek w zimną, grudniową noc, kiedy z rozdartą japą powitałam się z tym światem. Ja, oraz wiele mi podobnych dziecio-gremlinów z wyżu demograficznego, gotowi zmierzyć się z czekającą na nas rzeczywistością lat 80-tych i późniejszych 90-tych.

Siłą rzeczy, z początków mojego żywota nie mam prawa wiele pamiętać, niemniej jednak, mimo szarości ówczesnych czasów, jestem w stanie przywołać mniej lub bardziej kolorowe wspomnienia około-trzylatki oraz coraz starszego dziewczęcia, odkrywającego to, co skrywał otaczający świat.

Dzieciak lat 80-tych i 90-tych

Czytaj dalej →

czwartek, 28 maja 2015

Dolina Pałaców i Ogrodów - Pałac Wojanów

Region sudecki zachwyca różnorodnością bez dwóch zdań. Nawet jeśli nie jesteś maniakiem górskich szlaków i szlajania się po lasach, znajdziesz tam kilka miejsc i obiektów, na których warto zawiesić oko. I nie mam tutaj bynajmniej na myśli leśnych ssaków okupujących pobocza dróg i czających się na słabe ogniwa wśród zmotoryzowanych.

Praktycznie cały obszar Kotliny Jeleniogórskiej, między Karkonoszami, Rudawami Janowickimi i Górami Kaczawskimi, skrywa w sobie architektoniczne perełki i zupełnie bez przesady zwany jest Doliną Pałaców i Ogrodów. Obiektów do obejrzenia tam dostatek, a wybierać możemy pomiędzy dworami, zamkami i pałacami. Korzystając z faktu, że obrana przeze mnie trasa przebiegała obok jednego z nich, nie mogłam sobie odpuścić.

Pałac Wojanów

Czytaj dalej →

FACEBOOK

INSTAGRAM

ARCHIWUM