niedziela, 5 lipca 2015

Brak pomysłu na urlop? - Wybierz Tyrol!

Urlopowe i wakacyjne aktywności i wojaże kołaczą nam się w głowach nieustannie. Kreślimy wstępne plany tego, co zrobimy i zwiedzimy. Wybór destynacji ogarniamy szybko i jesteśmy mu wierni. Jednak możemy też pozostawić go przypadkowi, nastawiając się na spontaniczny wyjazd chociażby w opcji last minute lub dając się ponieść wypadowi, który zaproponuje nam ktoś ze znajomych.
Przygoda i wypoczynek - Czego chcieć więcej? No, ewentualnie można odprawić jakieś modły pogodowe, żeby niebo nie rzucało w nas wściekle żabami.

Urlop Lato Tyrol

Wiem, że niektórym ciężko się zdecydować, gdzie wyjechać. Zwykle określona destynacja cieszy się naszą większą sympatią. Jedni wola wodę, drudzy góry, a jeszcze inni przemierzanie trasy rowerem. O ile samodzielny wypad nie będzie stanowił problemu, tak już zdecydowanie się na wyjazd z kimś będzie skutkowało koniecznością pewnego dostosowania się i kompromisu, na co niektórzy nie będę w stanie się zdobyć. Pozostaje więc jeździć na własną rękę lub z osobami o upodobaniach identycznych, jak nasze.W końcu nie chcemy sobie psuć urlopu niezadowoleniem i narodowym sportem Polaków - narzekaniem.

Jeśli jednak samotne eskapady Cię nie kręcą, a z zaprzyjaźnionych osób ciężko Ci zrezygnować (co zrozumiałe, bo dobra ekipa to +100 do udanego wyjazdu), warto rozważyć miejsca, w których atrakcji różnego rodzaju będzie dostatek. Nie wiecie, gdzie może być miło, przyjemnie i atrakcyjnie? Ciocia-Karola-Dobra-Rada spieszy Ci z propozycją. Postaw na Tyrol, a nie pożałujesz. Tam, na w sumie niedużej przestrzeni, skumulowało się mnóstwo dobra. Od naszego pierwszego razu w Tyrolu, w okolicy Kappl, polecamy wszystkim.
Żeby nie być gołosłowną, podrzucam kilka tyrolskich dobrodziejstw. Bierzcie, nabierajcie chęci, a jak dobrze zmiksujecie, to będzie się działo.

Góry

O tym, że Tyrol to przede wszystkim góry, nie muszę raczej nikogo specjalnie edukować. Nawet jeśli kogoś nie fascynują letnie czy jesienne marszruty, to z pewnością kojarzy ten region chociażby ze sportów zimowych. Toż to królestwo narciarzy. Uwierzycie, że w życiu nie jeździłam na nartach?!

Infrastruktura turystyczna jest na najwyższym poziomie. Szlaków jest mnóstwo i każdy wybierze coś dla siebie. I ten zaawansowany, któremu w głowie via ferraty, i ten, który lubi się zmęczyć ale w bardziej asekuracyjnym marszu. Wiele punktów widokowych i tras tematycznych przyciąga również rodziny z młodymi adeptami górskiej zajawki. Dodatkowo planowanie wędrówek zdecydowanie ułatwiają kursujące wyciągi i kolejki, które pozwalają na dotarcie w odleglejsze zakątki. Strzeliste turnie i rozległe górskie łąki kuszą i zapraszają.

Jeziora Tyrol Austria

Jeziora

Tych jest tam dostatek. Znajdują się w różnych miejscach i na różnych wysokościach. Są te typowo wysokogórskie, które możemy podziwiać wędrując po szlakach, oraz te położone niżej, które zachęcają do kąpieli, z czego wielu korzysta. Trzeba bowiem dodać, że woda w tyrolskich jeziorach jest bardzo przyjemna.
Jeziora stanowią więc pewien rodzaj konkurencji dla otwartych basenowych kąpielisk. Jeśli dodać do tego możliwość uprawiania wodnych sportów i wypożyczania sprzętów, to chyba pakiet jest pełen.

Trasy rowerowe Tyrol

Trasy rowerowe

Szlaki, szlakami, ale nie każdy lubi nimi chodzić. Dla niektórych to nudne, brak im wyższej dawki adrenaliny. Tacy wolą sięgnąć po dwa kółka, objechać okolicę, zwiedzić ją z tej perspektywy, a gdy już nabiorą ochoty na ostrzejsze atrakcje, puszczą się w dół górskiego zbocza.
Wydawać by się mogło, że Alpy to region średnio sprzyjający rowerowym eskapadom. No bo wysoko, bo skaliście, etc. Nic bardziej mylnego. Tras rowerowych jest mnóstwo, a do tego są w super stanie. I tak jak w przypadku zwykłych górskich szlaków, są takie dla każdego, ale również takie o bardziej ekstremalnym charakterze, na które już samo patrzenie robi ze mnie bohaterkę. ;)

Tyrol Austria

Miasteczka

Doliny usiane są urokliwymi miasteczkami i górskimi przysiółkami, gdzie mieszkańcy są naprawdę otwarci i życzliwi. Przywitają się z Tobą obcy zupełnie obcy ludzie, często jako pierwsi. Niezależnie od tego, czy to dzieciak, ganiający za piłką, czy staruszka, siedząca przed domem, czy też Tyrolczyk w ludowym stroju, wychodzący z kościoła po niedzielnej mszy. Sympatycznie, ale bez żadnej nachalności. A patrząc na te wszystkie siedliska z gór, ze szczytów, otrzymujemy wyjątkowo malowniczy obrazek.

Co warte uwagi, jeśli mamy wykupiony nocleg w pensjonacie, czy hotelu, otrzymujemy w cenie kartę, z którą mamy bez limitu darmowe przejazdy wspomnianymi kolejkami i wyciągami, turystyczny autobus, kursujący między miejscowościami (można spokojnie zrezygnować z auta) oraz wstępy do muzeów, czy na otwarte kąpieliska.

Zakładam, że nie jesteś ciężkim przypadkiem i tyle wystarczyło, by zachęcić Cię do odwiedzenia tego regionu. A może nawet skusisz się na ostatnią chwilę, tym bardziej, że w trzeciej dekadzie lipca można nas tam wypatrywać.
Czytaj dalej →

środa, 1 lipca 2015

28 szczytów KGP zdobytych w rekordowym tempie - Czy to ma sens?

Żyjemy w świecie, w którym liczy się wszystko, co najlepsze, najszybsze, najokazalsze i najbardziej oryginalne. Rywalizacja już nikogo nie dziwi. Mało tego. Staje się ona bodźcem do dalszych prób i działań. I to jest super, nie przeczę.

Korona Gór Polski

Kiedy więc w ostatnich dniach pojawiła się informacja, że 28 latek z Jeleniej Góry - Grzegorz Leszek - pobił czas, w jakim zostało zdobytych 28 szczytów Korony Gór Polski, moją pierwszą myślą było: Ok, fajnie, że chłopak miał chęć na taki projekt i ogarnął to wszystko logistycznie w wysoce wyśrubowanym czasie - 76 godzin (pobita czasówka wynosiła wcześniej 89,5 godziny).

Po chwili zrodziło mi się w głowie pytanie: Jaki sens ma takie bicie rekordu? Jak dla mnie, oprócz czystej satysfakcji osobistej (bo jest to pewne i niemałe osiągnięcie) i pokonywania własnych słabości, nie ma w tym nic więcej. Podnoszą się głosy, że takie zdobywanie korony należy zaliczać do sportów górskich, w których pełno jest różnorodności. Zgoda, sporty mamy różne, ale w każdej dziedzinie jestem w stanie doszukać się większego sensu. Większego niż gnanie z ekipą samochodem od punktu do puntu (raczej nie z przepisową prędkością), by bezpośrednio z podnóża góry, wbiegać/wchodzić na jej szczyt.

Gdzie szukać sensu?

Sport i góry można połączyć dużo bardziej efektywnie i z większym sensem, a nagrodą za włożony trud nie będzie tylko czysta satysfakcja, ale też rozwijanie pewnych umiejętności, polepszenie sprawności i poprawianie własnych wyników. To brzmi już jak pakiet, którym warto sobie mocniej zaprzątnąć głowę. 
Idąc tym tokiem rozumowania, można spełniać się chociażby w rajdach na orientację i z każdymi kolejnymi zawodami być lepszym, w tym, co się robi. Mało tego, lepiej i dokładniej ogarniać otaczający nas świat, pokonywać własne słabości i zdobywać umiejętność radzenia sobie w różnych warunkach pogodowych,  w dzień oraz nocą.
Gdy rajdy to za mało, można porwać się też na biegi typowo górskie. A tych jest u nas dostatek, na różnych dystansach. Od krótszych dyszek do biegów ultra. W nich satysfakcja klepie emocje po plecach, współzawodnictwo przeplata się z wzajemną motywacją, a dodatkowo wytrzymałość i wydolność organizmu wznosi się na orbitę. 

Wracając jednak do Korony Gór Polski każdy będzie robił, jak uważa. Będziemy mieli turbo zdobywców-biegaczy, korona będzie zdobywana przez rowerzystów, etc.. Wszak ilu ludzi, tyle pomysłów. 
Jednak ja niezmiennie skłaniam się do tego, co leży w pierwotnym zamyśle zdobywania szczytów koronnych - do poznawania i odkrywania, w różnych okolicznościach przyrody i pór roku. Bo to właśnie dzięki koronie trafiamy w rejony, w które normalnie byśmy się nie wybrali, bo wydawały się mało atrakcyjne i leżały wyjątkowo nie po drodze. I mimo, że swoje górskie cegiełki zbieramy wolniej, w czasie dużo bardziej rozciągniętym i niespektakularnym, to mamy z tego wyjątkową frajdę. Ja w każdym razie mam.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Niecałe pół litra = Życie

Niecałe pół litra = Życie

Było lato, jak każde inne, choć dla nich miało być wyjątkowe. Cieszyli się na swój pierwszy, wspólny urlop, tylko we dwoje. Z dala od zgiełku i natłoku spraw codziennych. W głowie mieli dwa tygodnie błogiego relaksu, lenistwa, zajmowania się sobą i snucia planów na przyszłość.

Choć czekała ich długa droga, to sprzyjająca pogoda nastrajała optymistycznie, więc sunęli przed siebie rączą samochodową strzałą. Nie musieli się spieszyć, niczym nie musieli zaprzątać sobie głów, mieli siebie.

Nie dojechali na miejsce. Nie dali rady uniknąć zderzenia z wariatem, który pojawił się nie wiadomo skąd i w momencie, kiedy nie powinno go tam być, wjechał na skrzyżowanie i na pełnej prędkości uderzył w ich samochód.
Ciężki wypadek, ale jeszcze dwa życia tliły się w gąszczu pogiętej blachy. O dziwo, pomoc nadchodzi szybko. Pogotowie już czeka, straż rozcina samochodowy wrak. Poszkodowani trafiają pod opiekę medyków. Nie mają jednak szczęścia. Stracili zbyt dużo krwi. Nie doczekali transfuzji, bo w tamtym momencie krwi dla nich zabrakło...

***

Wydawać, by się mogło, że przy takim zaludnieniu, pozyskanie krwi nie powinno stanowić problemu. Jak się jednak okazuje, braki w bankach krwi nie są spowodowane wyłącznie niechęcią/strachem ludzi przed krwiodawstwem. Istnieje bowiem długa lista przeciwwskazań i niestety (nawet mimo szczerych chęci) nie każdy może krew oddać.
Jeśli dodamy do tego fakt, że niektóre grupy krwi występują po prostu rzadziej, a pełną krew można przechowywać tylko przez 42 dni, skutkuje to tym, że w okresie wzmożonego zapotrzebowania na krew (okres wakacyjny, wyjazdy, imprezy masowe), zaczyna jej brakować. Aktualnie, wg danych Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa we Wrocławiu, brakuje A RhD (-) oraz 0 RhD (-).

Jeśli więc cieszysz się dobrym zdrowiem i jesteś już prawie zdecydowany, by podzielić się swoim "czerwonym skarbem", ale nie do końca wiesz, jak to się wszystko odbywa, zajrzyj tutaj, lub na stronę stacji krwiodawstwa w Twojej okolicy.

Jeżeli mimo to w dalszym ciągu się wahasz, by pójść i honorowo oddać krew, może skusi Cię do tego kilka (może i prozaicznych, ale jednak) korzyści. Za Twoją donacją pójdzie satysfakcja z faktu, że Twoja darowizna ma sens i może komuś pomóc. Dodatkowo, jeśli dotychczas nie znałeś swojej grupy krwi (tak, są takie osoby) w końcu ją poznasz i dostaniesz nawet stosowny dokument z tą informacją, który warto nosić przy sobie.  Oczywiście, żeby nie było, że Cię tylko pozbawią krwi niczym wampiry. Dostaniesz "wyrównanie energetyczne" w postaci czekolady oraz zwolnienie z pracy, czy szkoły za dzień, w którym oddasz krew. I najlepsze (oczywiście poza czynionym dobrem) - taką darowiznę można odpisać od podatku - ekwiwalent za litr krwi i osocza wynosi 130 zł.

Nie trzeba być supermanem, mieć super mocy i siły Hulka, by pomóc. W tym przypadku pół litra (dokładnie 450 ml +/- 45 ml - tyle wynosi jednostka krwi) nabiera zupełnie innego znaczenia i może uratować życie. Wchodzisz w to?
Czytaj dalej →

piątek, 26 czerwca 2015

TRYPTYK Z PODRÓŻY - Szymon Banaszczyk | Recenzja

Czym jest podróż? Poza tym, że to czyste przemieszczanie się z punktu A do B, może być odskocznią od codzienności, drogą do poznania i doświadczania tego, co nowe i dotychczas nieznane. Pozwala na poszerzanie horyzontów, poznawanie ludzi i kultur, oraz konfrontację naszych uprzedzeń ze stanem faktycznym. Podróż to życie, to pewien stan umysłu, który nie pozwala na siedzenie w miejscu tylko gna nas do przodu.

Tryptyk z podróży Recenzja

A jak się do tego ma tytułowy Tryptyk? To trzy opowieści z drogi, które, mimo że różne i pozornie niezwiązane ze sobą, tworzą spójną całość, z której wyłania się esencja podróżowania. Esencja, którą autor przedstawia w postaci spotkania, drugiego człowieka i odkrywania innej rzeczywistości.

Książkowe perypetie Szymona poznajemy, gdy stoi na początku swojej drogi pielgrzyma do Santiago de Compostela. Miesiąc przemyśleń, obcowania ze sobą, obcymi ludźmi, mniejszą lub większą życzliwością i niespodziankami, jakie niesie każdy kolejny dzień wędrówki. Wędrówki, która okazuje się być nie tylko przejściem wymagającej trasy, ale też spojrzenia w głąb siebie.
Zanim ruszymy z autorem dalej, na Kamczatkę, zawitamy do Madrytu na czas jego wolontariatu przy okazji Światowych Dni Młodzieży, które pokazały, jak wielu różnych ludzi można spotkać na swojej drodze.

O ile, notatki dotyczące Santiago i Madrytu, czytało mi się po prostu fajnie, tak zapiski odnośnie Kamczatki dostarczyły mi już pokaźny pakiet emocji. Pakiet, który udowodnił, że nasze, nawet najzwyklejsze życie, jest o niebo lepsze i wygodniejsze od tego, które zmuszeni są wieść mieszkańcy Kamczatki. Historia Siergieja spowodowała permanentne zeszklenie oczu i odłożenie książki, by głębiej odetchnąć, rozejrzeć się wokół siebie i stwierdzić, że jest się turboszczęśliwym człowiekiem.

Gdy z Kamczatki ruszymy w stronę obu Ameryk, staniemy nie tylko w obliczu przygody, ale też trudów, jakie ponosi wolontariusz, by ze swoimi działaniami dotrzeć tam, gdzie chce. Często w regiony bardzo odległe. Jak się jednak okazuje, powzięty trud wynagradzają ludzie, swoją radością i wdzięcznością. Tym, że są.

Książka ta, ze swoim niewielkim i wygodnym formatem, idealnie nadaje się do tego, by mieć ją przy sobie. Nawet, a może przede wszystkim, w podróży właśnie, by umilić sobie czas. A to wszystko bez przynudzania. Zebrane w formie krótkich, notatkowych rozdziałów, które czyta się szybko. Tak, jak chłonie się opowieści poznanego na trasie, czy w górskim schronisku człowieka, który ma za sobą nie jedną drogę i przygodę. Który zagłębia się w swoje przeżycia, żyje mocniej, całą duszą, pełny wiary i okrasza to wszystko odpowiednią dawką humoru.
A, zapomniałabym, Szymon jest również autorem bloga: Szymon Podróżnik, więc jeśli jesteście głodni opowieści z drogi, wpadajcie do niego.
Czytaj dalej →

środa, 24 czerwca 2015

Człowieku, ogarnij się! - TOP 3 irytujących sytuacji z ludźmi w roli głównej

Irytujące zachowania ludzi Widownia

Występuje wszędzie, choć najczęściej pojawia się w ludzkich skupiskach i niezależnie od płci oraz wieku jest zawsze tak samo irytujący. To on - Nieogar sytuacyjny. I choć nie sposób owych delikwentów uniknąć, nie zastanawiamy się nad nimi, dopóki nie doświadczymy ich mniej lub bardziej zmasowanego ataku na naszą osobę.

Sytuacja jakich wiele. Piątek wieczór (inny dzień też wchodzi w grę, bo kto nam zabroni), zamierzasz się zresetować po tygodniu pracy, wyłączyć mózg i oddać czystej rozrywce. Najczęściej owemu wyłączeniu nie oddajesz się w samotności i oprócz Twoich znajomych, towarzyszy Ci również tabun ludzi. To zrozumiałe. W końcu każdemu reset się należy.

Wybierasz się więc do kina, na koncert, kabareton (jak my ostatnio), czy w inne miejsce, które akurat wybierzesz na przetrzepanie Twoich zwojów mózgowych. Kupujesz bilety, ogarniasz się odpowiednio wcześniej z dojazdem, docierasz na miejsce i z czystym sumieniem liczysz na to, co sobie zaplanowałeś - mózgotrzepanie bez żadnych zakłóceń. Aleś naiwny! (Tak, jak my za każdym razem). Bo jak zwykle się zaczyna...

#Parkowanie zupełnie od czapy

O ile kina zwykle mieszczą się w/przy galeriach handlowych, w których miejsc parkingowych jest dostatek, tak w przypadku wydarzeń typu koncert, czy kabarety, które powodują turbokumulację ludzkich ciał w jednym miejscu, bezproblemowe parkowanie staje się terminem dość abstrakcyjnym. Mimo to, jest to czynność - uwaga, uwaga - wykonalna. Wymaga tylko odpowiedniego ogarnięcia i ruszenia tyłka z chaty odpowiednio wcześniej, by mieć gdzie swój dyliżans zostawić. Takie postępowanie wydaje się być logiczne. Jak się jednak okazuje nie dla wszystkich. Mamy więc pokaz modernistycznej sztuki umieszczania pojazdów w miejscach i pozycjach, które się filozofom nie śniły. Ci najbardziej pomysłowi usiłują (na szczęście im to nie wychodzi) zaparkować pod samym obiektem, a w domyśle z chęcią władowaliby się na scenę, ewentualnie (w przypadku Wrocławia) na szczyt iglicy przy Hali Stulecia.

#Wędrówki ludów

Jakby jednak nie było, każdemu chcącemu udaje się w końcu ulokować pojazd, dotrzeć tramwajem, etc. Jesteśmy już w środku, mościmy się na miejscach i w spokoju czekamy, obserwując ostatnich przemieszczających się w labiryncie sektorów i siedzeń. Gdy tylko gasną światła i zaczyna się impreza, jak na komendę rozpoczynają się wędrówki spóźnialskich ludów. Pojawiają się znikąd. Jakby czekali na zapadnięcie mroku, by z lubością przegalopować po kilka razy w tę i z powrotem po Twoich nogach, prawie siadając Ci przy tym na głowie - tacy zdolni. Notorycznie świecąc przy tym telefonem po oczach, bo przecież miejsce trzeba znaleźć. Za wszelką cenę. Choćby mieli Cię przesadzić, bo Ty na pewno zajmujesz ich miejscówę. Ta...

#Smrodliwe aromaty

Ok, po wielkich bojach miejsca znalezione nawet przez tych turbospóźnialskich nieogarów. Wszyscy siedzą, z lubością prasując swoje cztery litery. Śmiechowy nastrój ogarnia zebranych. Teraz może być już tylko dobrze. W każdym razie powinno być i jeśli należysz do szczęśliwców w czepku urodzonych, to faktycznie w spokoju przeleci Ci reszta wieczoru. Jeśli jednak w ludzkich skupiskach szczęście omija Cię podobnie, jak mnie, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zostaniesz uraczony wachlarzem aromatów maści wszelkiej i bynajmniej nie będzie to kuszący zapach popcornu, wafelków, czy płynnej czekolady. Nie. Na samym początku i chwilę po przerwie z pewnością zostaniesz zachuchany pofajkowym odorem. Tym ostatnim machem, którego ktoś nie wypuścił w płuc na zewnątrz i postanowił przetrzymać go specjalnie dla Ciebie, wydmuchując Ci to wszystko tuż przy uchu. Uwierz, jeśli w tej chwili coś sobie przegryzasz, będzie to smakowało tak, jakbyś żarł kiepy. #omnomnom - nie ma co.

Gdybym się postarała, wymieniłabym tutaj jeszcze kilka irytujących akcji w wykonaniu człowieków, ale że do wyższej pierdolęcji i sztywności ála kij w tyłku mi daleko, powiem tylko, że i tak wieczór był udany, o czym świadczyły zakwasy paszczęki, od chronicznego śmiechu.
Czytaj dalej →

sobota, 20 czerwca 2015

Aplikacje przydatne na wyjazdach - cz. 2

Gdy parę miesięcy temu tworzyłam wpis o aplikacjach przydatnych w czasie podróży, nie sądziłam, że w dalszym ciągu będę zgłębiać temat. W końcu zawsze byłam (i w zasadzie nadal jestem) fanką analogowych (czytaj: papierowych) map i przewodników. Jednak, buszując w gąszczu przeróżnych aplikacji, przepadłam i wynalazłam kilka sensownych, którymi można się wspomagać, będąc na wyjeździe, lub planując wcześniej trasy zwiedzania. A skoro okres mamy jak najbardziej wyjazdowy, warto się im przyjrzeć. Jedziemy...

Aplikacje przydatne na wyjazdach

Aplikacji, które możemy zassać na nasze telefony, jest cała masa. Do wyboru, do koloru, choć czasem trudno zdecydować się na coś konkretnego. Właśnie przez zbyt duży wybór. Dlatego też dzielę się z Wami moimi typami i mam nadzieję, że okażą się one przydatne również dla Was.

MIASTA I ZABYTKI

Aplikacja Maps.Me

MAPS.ME
Aplikacja, oprócz tego, że bardzo obszerna to działa w trybie offline i jest w zupełności darmowa. Szybka, nie powoduje zawieszania telefonu, a mapy (dokładne) nie zapychają pamięci. Na wyjazd i zwiedzanie metropolii idealna. Pokaże nam m.in. hotele, restauracje, czy przystanki komunikacji miejskiej. Można zapomnieć o noszeniu ze sobą książkowych przewodników i planów miast. Na duży plus zasługuje fakt, że aplikacja jest wyjątkowo kompleksowa, a zbiór map w żadnym stopniu nie jest wybiórczy. Mamy podział na kontynenty, państwa i miasta. Klikamy, wybieramy, co nas interesuje, pobieramy, a korzystać już możemy bez łączenia się z internetem, co na wyjeździe zagranicznym będzie miało znaczenie - opłaty roamingowe przestaną być straszne.

Aplikacja MyCar Locator Free

MyCar Locator Free
Wyobraź sobie, że w końcu udało Ci się zaparkować. Z uśmiechem na ustach opuszczasz swój krążownik i udajesz się  na eksploracje nowego miejsca, nie do końca rejestrując, gdzie tak na prawdę zostawiasz auto. Z tą aplikacją nie będziesz szukać samochodu w popłochu, ani tym bardziej wszczynać alarmu, że ktoś go ukradł. Wystarczy odpalić aplikację, otworzyć mapę, puknąć w mapę dwa razy paluchem, by zaznaczyć miejsce parkowania/hotelu, etc. i można ruszać na zwiedzanie. W przypadku problemów z powrotem wystarczy połączyć się z GPS-em, który poprowadzi nas z powrotem do punktu, w którym czeka nasza fura, albo kolacja.

Arguido przewodnik turystyczny

Arguido przewodnik turystyczny
Nie znajdziemy tutaj planów wszystkich miejsc. Aplikacja zawiera przewodniki po kilku wybranych miastach w Polsce. Po wybraniu miasta, zasysamy interesujący nas przewodnik w formie trasy z określonymi atrakcjami. I tak na przykład w Gdańsku możemy się wybrać na przykład na Trasę bursztynową, a we Wrocławiu przejść się szlakiem Mostów i przepraw. Jest tego sporo i nie trzeba się głowić, jak daleko znajduje się jedna atrakcja od drugiej. Jeśli nasz czas na zwiedzanie jest ograniczony, takie gotowce się bardzo przydają.

Google Goggles

Google Goggles
To aplikacja działająca w oparciu o zdjęcia i kody QR. Wykorzystuje zasoby Google, rozpoznaje zdjęcia. Jeśli znajdzie obiekt w zasobach (o co w przypadku atrakcji turystycznych nietrudno), wyświetla o nim informację. Aplikacja ta może być również wykorzystana do czytania kodów kreskowych, QR. Przetłumaczy też opisy atrakcji turystycznych z języka obcego (choć czasem ma problem z ogarnięciem fikuśnych czcionek, jakie występują na tablicach informacyjnych). Rozpozna nawet po okładce książki, czy płyty z muzyką oraz filmem i wypluje linki, gdzie możemy owe książki/płyty nabyć. Taka mądra bestia.

Planer wycieczek

Planer wycieczek
Wybieramy miejsce, do którego jedziemy. Określamy zakres w kilometrach, jeśli chodzi o obszar, jaki nas interesuje, a następnie wybieramy, co najbardziej chcielibyśmy zobaczyć. Możemy się skupić na samym zwiedzaniu, wybrać wypoczynek na łonie natury, muzea, etc. Aplikacja umożliwia nam również podanie, ile czasu zamierzamy spędzić w danym miejscu, czy jesteśmy zmotoryzowani, czy może będziemy się poruszać pieszo. Po zatwierdzeniu otrzymamy propozycje miejsc i atrakcji do odwiedzenia, a to wszystko zaznaczone na mapie, z sugestią, ile czasu będziemy potrzebowali w danym miejscu. Trasę można zapisać. Szybko, czytelnie i przejrzyście.

GÓRSKIE SZLAKI

Szlaki w górach

Szlaki w górach
Aplikacja intuicyjna i prosta w obsłudze. Wyszukuje górskie szlaki w polskich górach. Zawarte w aplikacji trasy opisane są pod kątem długości i trudności szlaku na podstawie dostępnych map. Potrzebna łączność z GPS. Pozwala to na śledzenie swoich własnych tras, zapisywanie ich i dzielenie się z innymi.

Szlaki Tatry Pieniny Babia Góra

Szlaki Babia Góra - Szlaki Tatry - Szlaki Pieniny
Mimo, że aplikacja występuje póki co w trzech wersjach - Pieniny, Babia Góra i Tatry, to muszę napisać, że autor wykonał kawał dobrej roboty. Jest w nich wszystko, co potrzebne przy rozpracowywaniu trasy górskiej wycieczki. Skalkulujemy sobie czas przejścia, wybierzemy na przykład najszybszy wariant, a do pełni szczęścia sprawdzimy profil trasy. W aplikacjach otrzymujemy interaktywną mapę tras z zaznaczonymi przełęczami, szczytami, odbiciami szlaków, etc.. Czego chcieć więcej? Chyba tylko wafelka. ;)

Zamierzam kontynuować ten temat, jeśli tylko trafię na kolejne, warte polecenia aplikacje. Wy również podzielcie się Waszymi ulubionymi, które polecacie, bo - nie ma co ukrywać - w ich gąszczu można się pogubić. A przecież nie o to chodzi. Ma być po prostu wygodniej.
Czytaj dalej →

środa, 17 czerwca 2015

BATORY Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku - Bożena Aksamit | Recenzja


Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie ze słowem 'Transatlantyk'? Gotowa jestem zaryzykować stwierdzenie, że większości przyjdzie na myśl Titanic, którego kariera na morzu trwała nad wyraz krótko, bo, mimo że miał należeć do najlepszych i najbezpieczniejszych, wpisał się na listę katastrof linii żeglugowej White Star Line. Przykre, ale nie o Titanicu będziemy dziś prawić. 

Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku

Gdy w moje ręce (najpierw dopadł się małżonek) trafił egzemplarz "Batorego" autorstwa Bożeny Aksamit (wyd. Agora, premiera 21. maja), mimo ciekawej zapowiedzi, nie wiedziałam, czego dokładnie mogę się spodziewać. Był to również pierwszy tekst autorki, z jakim miałam styczność. Nie czytałam jej wcześniejszych publikacji, więc mogłam podejść do tej pozycji bez oczekiwań, z czystą i zupełnie otwartą głową, gotowa na zaskoczenie i na to, co nowe. A czego możemy się spodziewać, jeśli autorka to absolwentka oceanografii, graficzka i dziennikarka w jednej osobie? Strach się bać? Niekoniecznie, bo za tym miksem kryje się doświadczenie, które pozwoliło autorce stworzyć wyjątkową treść. Czy inną niż wszystkie? Tego Wam nie powiem, ocenicie sami, jeśli będziecie chcieli.

Jak na ówczesne czasy był potężny i nad wyraz elegancki. On - Batory - transatlantyk. Statek pasażerski, którego pokłady widziały wiele, jeśli nie wszystko. Był świadkiem ludzkich dramatów i euforii, mocno zakrapianych przyjęć i ekscesów załogi, jak i samych pasażerów. Elektryzował i przyciągał, uzależniał.

Cóż więcej można napisać o statku? Okazuje się, że całkiem sporo.

Transatlantyk trudnych czasów

Jeśli pominiemy osoby prominentne, to dla całej reszty podróż transatlantykiem jawiła się jako szczyt luksusu i wyprawa po lepsze jutro. Wiązała się z poświęceniem oszczędności często całego życia po to, by tam za oceanem znaleźć pracę, a otrzymanymi za nią dolarami wspomóc rodzinę pozostałą w kraju.

Sam statek służył długo, bo ponad trzydzieści lat, co, biorąc pod uwagę ciężki czas, wojnę światową i komunistyczne rządy, było wynikiem imponującym. Nazywano go szczęśliwym statkiem - "Lucky Ship" - bo bez uszczerbków przetrwał czasy wojennej zawieruchy. Obrastał legendą, jak i jego kapitan.

Od autorki otrzymujemy obraz statku i czasów, w których przyszło mu przemierzać oceaniczne wody. Książka jest zbiorem zapisków, anegdot i wypowiedzi. Wydawać by się mogło, że będzie to tylko czysta zbieranina tekstów zaczerpniętych ze źródeł, które w nadmiernej ilości, okażą się męczące. Nic bardziej mylnego. Wszystko zostało podane w przystępny sposób, oszczędzając przynudzania, wręcz zachęcając do poznawania perypetii pasażerów i załogi. To obszerny zbiór faktów, okraszony emocjami, gdzie obawy, złość, radość i ludzkie żądze grały pierwsze skrzypce, a statek był tylko miejscem, w którym się to wszystko kumulowało, dając nierzadko mieszankę wybuchową.

Ze swojej strony polecam, choć uprzedzam, że do lekkości wakacyjnej lektury tej pozycji daleko. Niemniej jednak, jeśli lubisz się z literaturą faktu i jesteś ciekaw, jak to niegdyś między ludźmi bywało, czytaj śmiało.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jak szybko i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

Ciężki dzień? Tydzień? Miesiąc? Masz już dość? Wkurza Cię świat, Twoja bezsilność osiągnęła dno głębsze niż Rów Mariański, więc postanowiłeś wziąć sprawy w swoje ręce i w wyszukiwarkę wpisałeś hasło: Jak szybko i bezboleśnie popełnić samobójstwo? Pytanie, na  które odpowiedź miała Ci umożliwić uwolnienie się od tego wszystkiego, co Cię męczy.


Mimo, że przeraża mnie fakt Twojej chęci na pozbawienie się życia, wiem, że nie jesteś w tym sam, że takich, Tobie podobnych, jest wielu. Statystyki zatrważają, bo w Polsce 16 osób dziennie targa się na swoje życie. Skutecznie. 

16 osób, które szukały i znalazły sposób, jak się zabić, jak skończyć ze sobą i z tym światem. Kto dopisze się do listy jutro, pojutrze, za miesiąc? To może być Twoja siostra, żona, przyjaciółka, Twój najlepszy kumpel, brat, czy sąsiad – ludzie tacy, jak Ty. Czy chciałbyś ich stracić? Nie sądzę. 

Dlatego, dobrze, że tutaj trafiłeś. I mimo, że nie podam Ci broni doskonałej, czy uśmierzacza na ból istnienia, nie uleczę też Twojej zbolałej i nieszczęśliwej duszy, podam Ci dłoń, by wspólnymi siłami wyjść z tego, w czym tkwisz. Bo wiesz, wyjście jest z każdej sytuacji. Choćby droga była bardzo kręta i wyboista.

Nawet jeśli w tej chwili myślisz, że pieprzę farmazony, siedząc wygodnie po drugiej stronie ekranu, nie uciekaj. A jeśli nawet, to zapisz sobie te numery:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Po prostu zadzwoń, pogadaj. Weź głęboki oddech i nie pozbawiaj się szansy na lepsze jutro, bo właśnie jutro może zacząć się Twoja passa. Daj sobie szansę. Daj życiu szansę. Warto. Na umieranie mamy jeszcze czas. Żyj!

Jeśli mnie się nie udało Cię przekonać, zajrzyj tutaj lub tutaj i nie bądź jednym z tych szesnastu. Wygraj swoje życie.
---

Info dla twórców internetowych: Wy też możecie się dołączyć. Więcej dowiecie się od Janka. #GoogleHack
Czytaj dalej →

środa, 10 czerwca 2015

KGP - Skalnik 945 m n.p.m., Rudawy Janowickie - 04.06.2015

Pozostawiając za sobą Skopiec i Przełęcz Komarnicką, pakujemy się w nasz niebieski krążownik i mijając Janowice Wielkie, Trzcińsko, Przełęcz Karpnicką i Strużnicę, docieramy do Przełęczy pod Średnicą (595 m n.p.m.), gdzie zostawiamy nasz wehikuł przytulony do krzaków.


Czytaj dalej →

niedziela, 7 czerwca 2015

KGP - Skopiec 724 m n.p.m., Góry Kaczawskie - 04.06.2015

Nasza ostatnia zdobycz do Korony Gór Polski padła naszą ofiarą dość dawno, bo w listopadzie ubiegłego roku. Wdrapaliśmy się wtedy na Waligórę w Górach Kamiennych. Od tamtego czasu korona leżała, delikatnie mówiąc, odłogiem. Nadszedł czas, by to trochę zmienić i dołożyć kolejne zdobyczne cegiełki.

Chwila zastanowienia nad tym, gdzie się wybrać, żeby się tym razem za bardzo nie przeorać i nie odnowić kontuzji, zaowocowała decyzją o wypadzie na Skopiec oraz Skalnik.


Czytaj dalej →

piątek, 5 czerwca 2015

CEPERSKI PRZEWODNIK PO TATRACH POLSKICH I SŁOWACKICH - Mieczysław Tarczyński | Recenzja

Recenzja

Według tego, co podaje nam mądrość internetów - Wikipedia, pierwotnie mianem "cepra" górale określali osoby przyjeżdżające z innych regionów kraju na Podhale do pracy. Znaczenie to obowiązywało jeszcze po II wojnie światowej. Jednak już w okresie międzywojennym, za sprawą bardziej zaawansowanych turystów, jako "ceprów" określano pseudo wycieczkowiczów, którzy wychodzili w góry bez odpowiedniego przygotowania i rozeznania w terenie. Po dziś dzień funkcjonują stwierdzenia jak na przykład: Cepry w klapkach na Świnicy czy Giewoncie.
Obecnie jednak nawet sami górale używają słowa ceper bez odniesienia do przeszłości i mają na myśli wszystkich, niebędących góralami i przyjeżdżających w Tatry. Zarówno tych pseudo, jak i rozgarniętych turystów.

Gdy wpadł mi w oko Ceperski przewodnik po Tatrach polskich i słowackich, nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Szybkie kliknięcie i wylądował na czytniku. Skoro według górali jestem ceprem, jak i Wy wszyscy spoza Podhala, musiałam sprawdzić jak bardzo ceperski jest ten przewodnik.
O ile pełzacze w różowych klapeczkach raczej po niego nie sięgną w obawie, żeby im się nie zlasowały resztki mózgowia, tak początkujący, którzy świadomie rozpoczynają swoją górską przygodę powinni być zadowoleni z zawartości tej pozycji.

Przewodnik został podzielony na kilka części. Typowo wskazówkową, w której czytelnik i nieopierzony turysta znajdzie informacje na temat podstawowego ekwipunku, zachowania w górach, jak również występujących w nich zjawisk meteorologicznych oraz tatrzańskiej fauny i flory.

Obok garści informacji praktycznych, czytelnik dostanie też gotowca z trasami, gdzie pójść, żeby było pięknie i emocjonująco. Wszystko opisane z perspektywy autora, który podane szlaki przeszedł osobiście, co zaowocowało dokładnymi relacjami. Choć mnie osobiście brakowało do tego zdjęć. Ale to już takie moje fotograficzne zboczenie. W ten sposób została potraktowana strona polska, jak i słowacka. Idealny patent dla tych, którzy nie lubią się zastanawiać, gdzie by tu się wybrać. Otwierają przewodnik, teleportują się do punktu wymarszu i działają.

Ponieważ nie samymi szlakami górskimi człowiek żyje, autor zadbał również o aspekty bardziej rozrywkowe, podsuwając do konsumpcji góralskie opowiadania i anegdoty, które proponuję czytać jako przerywniki między pochłanianiem treści około-szlakowych.

Jeśli więc nie jesteś do końca zaprawiony w górskich bojach i nie chcesz władować się na minę na skutek źle zaplanowanej wędrówki, bo jeszcze nie do końca ogarniasz mapę, ten przewodnik jest dla Ciebie. Znajdziesz w nim trasy na dobry początek, aby Twój związek z górami nie przeminął, tylko nabrał rumieńców i pozwolił na bardziej dziarskie eksploracje skalistego świata.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dzieciak lat 80-tych i 90-tych

Wszystko miało swój początek w zimną, grudniową noc, kiedy z rozdartą japą powitałam się z tym światem. Ja, oraz wiele mi podobnych dziecio-gremlinów z wyżu demograficznego, gotowi zmierzyć się z czekającą na nas rzeczywistością lat 80-tych i późniejszych 90-tych.

Siłą rzeczy, z początków mojego żywota nie mam prawa wiele pamiętać, niemniej jednak, mimo szarości ówczesnych czasów, jestem w stanie przywołać mniej lub bardziej kolorowe wspomnienia około-trzylatki oraz coraz starszego dziewczęcia, odkrywającego to, co skrywał otaczający świat.

Dzieciak lat 80-tych i 90-tych

Czytaj dalej →

czwartek, 28 maja 2015

Dolina Pałaców i Ogrodów - Pałac Wojanów

Region sudecki zachwyca różnorodnością bez dwóch zdań. Nawet jeśli nie jesteś maniakiem górskich szlaków i szlajania się po lasach, znajdziesz tam kilka miejsc i obiektów, na których warto zawiesić oko. I nie mam tutaj bynajmniej na myśli leśnych ssaków okupujących pobocza dróg i czających się na słabe ogniwa wśród zmotoryzowanych.

Praktycznie cały obszar Kotliny Jeleniogórskiej, między Karkonoszami, Rudawami Janowickimi i Górami Kaczawskimi, skrywa w sobie architektoniczne perełki i zupełnie bez przesady zwany jest Doliną Pałaców i Ogrodów. Obiektów do obejrzenia tam dostatek, a wybierać możemy pomiędzy dworami, zamkami i pałacami. Korzystając z faktu, że obrana przeze mnie trasa przebiegała obok jednego z nich, nie mogłam sobie odpuścić.

Pałac Wojanów

Czytaj dalej →

wtorek, 26 maja 2015

Góry Sokole - Krzyżna Góra i Sokolik

Względnie najedzona, lekko wypoczęta i odpowiednio nawodniona opuszczam miejscówkę, którą grzałam pod Szwajcarką i ruszam w kierunku Gór Sokolich, tzw. Sokolików. Koniec siedzenia w lesie. Pora wleźć wyżej i nacieszyć oczy jakimiś widokami. W końcu co to za górski wypad, jeśli przy dobrej pogodzie nie byłoby okazji do podziwiania okolicy.

 Husyckie Skały



Czytaj dalej →

sobota, 23 maja 2015

Rudawy Janowickie - Las, skałki i poszukiwania szlaku

Taki już urok niskich gór, że częściej się schodzi w dół, niż wdrapuje na wzniesienia. Za to jak już przychodzi wpełznąć wyżej, dyszę jak stary parowóz, bo nagłe pokonanie wysokości na niewielkim odcinku może zmęczyć. Dziwnym trafem używam wtedy więcej nieparlamentarnych słów niż zwykle. Czas iść dalej.

Rudawy Janowickie

Zostawiam za sobą Zamek Bolczów i schodzę (jeszcze nie z tego świata, więc nie macie się co cieszyć) niżej szlakiem zielonym, by dotrzeć do żółtego, prowadzącego wzdłuż drogi. Trakt w tym miejscu nie dostarcza praktycznie żadnych widoków. W zamian trochę smrodku z sąsiadującego cieku, który aspiruje do bycia górskim potokiem. 

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie
Potok Janówka


Mijam sąsiadujące z trasą formy skalne, m.in. Skały Krowiarki i Ścianki. Szkoda, że w większości skryte wśród drzew, więc nie było opcji, by podziwiać je w pełnej krasie.

 Ścianki

Ukryte w lesie Skały Krowiarki

 Skalny Most

Skała Piec

Marsz zajmuje mi około czterdziestu minut, korony drzew się trochę przerzedzają i od razu dostaję słoneczną lampą prosto w gębę. Grzało dokumentnie, więc się wcale nie obraziłam, gdy na rozdrożu szlak niebieski znikał w lesie. Przyszlakowa ławka zachęca do krótkiej przerwy na piciu, z której korzystam gorliwie, zmniejszając tym samym ciężar niesionego plecaka. Nawodniona podrywam tyłek do dalszego tuptania.


Wszystko pięknie, cisza, spokój, tylko ten szlakowy niebieski skubaniec rozpływa się w powietrzu i za nic nie chce się zmaterializować na żadnym pniaku w najbliższej okolicy. Profilaktycznie sprawdzam mapę. Jestem tam, gdzie być powinnam, nikt po drodze szlaku nie przemalował, więc o żadnym zgubieniu nie ma mowy. Tylko, że teraz nie wiem, gdzie leźć dalej. Z lewej krzaki, z prawej też, z przodu chaszcze jeszcze większe, za mną droga, którą przyszłam.

Opcje miałam dwie:

- iść na pałę i bez zastanowienia prosto, a nóż gdzieś wylezę - głupi pomysł!
- poświęcić trochę czasu i iść w każdym z możliwych kierunków w poszukiwaniu niebieskiej gadziny, lustrując wszystkie okoliczne pniaki i większe kamienie.

Wybór padł na opcję numer dwa i zaowocował skakaniem przez powalone drzewa, obiadem z pajęczyn, które, ciul wie skąd, pojawiały się akurat na wysokości mojej paszczy. Dodatkowo, wspomniane skoki przez drzewo-płotki zadbały o kolejne atrakcje w postaci ukrytych pod ściółką mokradełek, w które z największą gracją wpakowałam lewe kopytko. Zawsze lepsze to niż błotna maseczka na gębie w środku lasu.
Ostatecznie niebieski złośliwiec się znalazł, gdy już odpuściłam szukanie i ruszyłam, obierając kierunek mniej więcej. Dotarłam do szutrowej drogi, którą według mapy powinnam przeciąć, więc to moje ogarnianie kierunków nie jest takie złe, jak na babę (#wiemktóratoprawastrona).

Rudawy Janowickie góry weekend

Mijam Lwią Górę, Starościańskie Skały oraz nielicznych wspinaczy okupujących okoliczne skałki i zmierzam dalej, by dotrzeć ponownie do szlaku zielonego, który razem z tym nieszczęsnym niebieskim będzie prowadził mnie do Przełęczy Karpnickiej i dalej do schroniska Szwajcarka. Na wysokości przełęczy zastanawiam się, ile jeszcze, bo teren jest dość odsłonięty, a słońce, jak na złość, pozbyło się z siebie wszystkich chmur i grzeje tak, jakby miało mi tego ciepła starczyć do przetrwania kolejnej zimy.

 Nawet na mało widokowym szlaku się jakiś widok znajdzie - a tle Karkonosze


Schronisko Szwajcarka - w stylu tyrolskim i w całości z drewna

Gdy zaczynam mijać ludzi, wiem, że schron już blisko, a w moje głowie widnieje już wizja przerwy jedzeniowej.
Wypad nie mógłby się obyć bez schroniskowego papu, więc lecę po naleśniki. Dzierżąc w łapach przygotowane amciu zapominam o swej blogerskiej profesji i nie robię sesji temu jakże fotogenicznemu posiłkowi. Póki co, zdjęć wewnątrz bebechów jeszcze nie opanowałam, więc musicie mi wierzyć, że jadłam i od tego nie padłam. Mało tego, posilona odpowiednio skierowałam swe kopytka w kierunku kolejnych celów. Sokolik i Krzyżna Góra już wzywały, więc nie mogłam pozwolić, by czekały na mnie zbyt długo.
Czytaj dalej →

czwartek, 21 maja 2015

Rudawy Janowickie - Zamek Bolczów

Rudawy Janowickie - Zamek Bolczów

Grzechem byłoby nie wykorzystać zeszłej soboty. Po pierwsze aura była zacna, a po drugie pan małżon uskuteczniał wyjazdową integrację pracową. Nie godziło się więc pozostanie w chacie, celem latania na odkurzaczu w wirze sobotnich porządków. 
Pierwotnie, w mej głodnej górek łepetynie zrodził się pomysł, by uderzyć w kierunku Zakopanego i stamtąd na jakiś tatrzański szlak. Jednak moja trzeźwa strona umysłu wzięła deskę i pierdzielnęła mnie w głowę odpowiednio mocno, by mi tę myśl wyperswadować. Wyjazd na jeden dzień, a  do tego spędzenie połowy życia w autobusie. To się zdecydowanie nie kalkulowało.

Pozostawało uskutecznić szybkie kopanie w szufladzie z mapami i wybrać coś w miarę blisko, żeby sprawnie dojechać i trochę pochodzić. Wybór padł - szybko i zdecydowanie - na Sudety, a dokładniej Rudawy Janowickie i Góry Sokole, w których byłam tak dawno, że nawet najstarsi górale tego nie pamiętają.

Pobudka skoro świt w niczym nie przeszkadzała i nawet przełączanie budzika na drzemkę nie było konieczne. Taka to już moc wyjazdów. Hell yeah! Szybkie pakowanko plecaka we wszystkie niezbędne elementy ekwipunku oraz papu i już biegłam na tramwaj, coby zdążyć na pociąg. No i ta cisza na dzielni o poranku - miodzio!

Na dworcu oczywiście zgrzyt, bo wypadałoby kupić bilet, ale ludzi dziki tabun, a kasy czynne dwie. Spowodowało to oczywiście utworzenie się kolejek dłuższych niż te, które wiły się za komuny przed sklepami, gdy rzucili srajtaśmę. Biletu nie kupuję, bo czas się kurczy i zostają dwie minuty do odjazdu. Głupio by było tak zostać, mimo, że się człowiek nie spóźnił. Dziki cwał na peron i myśl: 'Jak mi będą konduktorzy chcieli doliczyć dopłatę za zakup biletu w pociągu, odgryzę im rękę'. Chyba czytają w myślach, bo dziwnym trafem ręce zachowali.

Zadowolona sadowię szanowne cztery litery, rzucam okiem na mapę, czy aby na pewno wiem, gdzie wysiadam, biorę czytadło i mnie nie ma. Kierunek: Janowice Wielkie. Ciuch, ciuch... Nic się nie dzieje, do czasu, gdy w Wałbrzychu wsiada stonka w postaci wycieczki chyba szkolnej i w ilości x-krotnie przewyższającej liczbę miejsc w pociągu.
'Będzie się działo' - pomyślałam i się nie pomyliłam, bo wnet zaczęły się pielgrzymki między-siedzeniowo-między-wagonowe, od jednego uczestnika do drugiego, bo ten ma żelki (i się świnia nie dzieli), tamten czekoladki, a jeszcze kolejny bułki. Do tego wszystkiego pan opiekun 'Jestem pierwszy raz na wycieczce', krążący z częstotliwością wściekłego bąka od siedzenia do siedzenia ciągle z tym samym pytaniem: "Wszystko w porządku? Dziewczynki, wszystko ok?"

Wdech, wydech, przeżyłam, o 8.30 wysiadłam, zlokalizowałam szlak, który miał mnie prowadzić i ruszyłam, odganiając od siebie wioskowe, biegające samopas kundle, które za wszelką cenę chciały sprawdzić przydatność do spożycia nogawek moich spodni.

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Rudawy Janowickie

Ze stacji Janowice Wielkie ruszam szlakiem zielonym, pośpiesznie mijam miejscowość, by już za moment zagłębić się w las. A sam szlak, nie ma co ukrywać, był zielony nie tylko z oznaczenia, jakie mu nadano.

Pozwalam wyprzedzić się jedynej napotkanej w tym rejonie turystce, coby mi się w kadr nie wpitalała i wszystkie krzaczory moje, łącznie z robaczkami, pajączkami i świergoczącymi ptaszkami.

Po około czterdziestu minutach docieram do pierwszego celu w tym dniu - ruin Zamku Bolczów, znajdujących się w północnej części Rudaw Janowickich, na wysokości ok. 561 m n.p.m..

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów
 Widok na zespół bramny

Zamek Bolczów
 Most nad suchą fosą i zespół bramny

Zamek Bolczów
 Schody do Kapelanii

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą z 1375 roku. Był posiadłością rycerskiego rodu Boliców (Bolczów) i góruje nad doliną Janówki. Usytuowanie pozwoliło na wykorzystanie przy budowie zamku granitowych skał. Na samym początku zamek był niewielki. Posiadał czworokątną basztę i cysternę na dziedzińcu. Późniejsza odbudowa w XV wieku zaowocowała rozbudową. Wtedy powstały wielki dziedziniec otoczony murem obronnym z basztą bramną. W XVI wieku zamek ponownie przebudowano, otoczono fortyfikacjami oraz suchą fosą, której pozostałości widać obecnie. Dobudowano też basteję bramną.

Prace konserwatorskie pozwoliły na zachowanie murów zespołu bramnego z barbakanem i basteją. W murach obwodowych znajdziemy widoczne otwory strzelnicze.

Ruiny komponują się idealnie z okolicznym lasem, stanowiąc bardzo fajną miejscówkę na wypoczynek i relaks, o czym dobitnie świadczyły biwakujące tam osoby. Śniadanko na zamkowym dziedzińcu po uprzednim dreptaniu lasem pod górę smakowało mniamuśnie, dając odpowiedni zastrzyk energii do dalszej wędrówki, choć szczerze powiem, że było mi tam tak wygodnie, że nie chciało mi się tyłka ruszać. Ale, jak to mam w zwyczaju, zaplanowaną trasę lubię realizować w całości, więc zebrałam dupkę w troki i ruszyłam dalej. W dół, w kierunku szlaku żółtego, który miał mnie poprowadzić dalej wśród lasu i skałek.
Czytaj dalej →

FACEBOOK

INSTAGRAM

ARCHIWUM