poniedziałek, 2 marca 2015

A Ty? Dasz się zachipować?

Ostatni piątkowy wieczór. Siedzę sobie w spokoju - pełen relaks - kończę czytać książkę, w tle rozmawia do mnie telepudło, w którym leci tefałenowska Turbo stacja, nadająca ichniejszy program informacyjny. Niby nic szczególnego, trochę motoryzacyjnych faktów i... temat, który kazał mi nadstawić ucha - W szwedzkim biurowcu chipują pracowników. Że co proszę?!

A Ty? Dasz się zachipować?
Fot. ilfattaccio.org

Dobrze, że siedziałam wtedy o przysłowiowym suchym pysku, bo bym się udławiła, a w najlepszym przypadku popluła z wrażenia.
Ja rozumiem, że technologia gna do przodu, racząc nas codziennie nowinkami maści wszelkiej, które mają nam ułatwiać życie. I to jest fajne i jak najbardziej na plus. Nikogo nie dziwią płatności zbliżeniowe, czy za pomocą telefonu. Nowinki technologiczne to super sprawa, ale wszczepiania chipów pracownikom nie jestem w stanie ogarnąć. A taki proceder dzieje się już w Szwecji.

W myśl zasady, że wszystko, co nowoczesne, jest super i najlepsze, pracownikom wszczepia się (na przykład w dłoń) chip wielkości ziarenka ryżu. Ja bym sobie ustrojstwo wydrapała, jak nic...

Zwolennicy tej rewelacji przekonują, że z takim chipem łatwiej, bo nie trzeba nosić ze sobą portfela, kart płatniczych, dowodów osobistych, czy identyfikatorów pracowniczych. 
Nie zgubimy naszych rzeczy osobistych i nikt nam ich nie ukradnie, bo ich ze sobą nie będziemy nosić. Wow, odkrywcze!
Brzmi pięknie i wygodnie, fakt. Ale, co w takim wypadku dzieje się z naszą prywatnością, która w obecnych czasach i tak już jest mocno nadwyrężona. Czy to naprawdę takie super odjazdowe, że będzie istniała możliwość bycia chodząca wizytówką siebie samego? Nie jestem przekonana, że to takie fajne. 
Ktoś przykłada do Twojej zachipowanej ręki (nawet bez Twojej wiedzy) chociażby smartfona i sczytuje dane i wie o Tobie wszystko.
Czy taką cenę trzeba płacić za możliwość uruchamiania drukarki w biurowcu, czy łatwośc przemieszczania się między biurami? Ja tego nie widzę i jeśli kiedykolwiek komukolwiek wpadnie do łba taki pomysł, by mi coś wszczepić, to nie ręczę za siebie.

Być może się nie znam i ciemna masa ze mnie, ale w tej kwestii bycie ciemną masą mi nie przeszkadza. Jeśli jednak ktoś z Was czuje się na siłach, by doedukować mnie w kwestii owego chipowania, to piszcie śmiało.
Czytaj dalej →

sobota, 28 lutego 2015

Melduję, że wszyscy zdrowi - Wyniki Życiowej Ankiety

Tak, wiem, minęło trochę czasu od publikacji ankiety, która miała na celu pokazanie mi, co też myślicie o blogu. Przyszedł czas (w końcu!) na przedstawienie wyników. Lepiej późno, niż wcale.

Melduję, że wszyscy zdrowi - Wyniki Życiowej Ankiety

Dzięki serdeczne tym wszystkim z Was, którzy poświęcili swój cenny czas, by swoimi odpowiedziami wspomóc rozwój tego miejsca. Jednocześnie grożę palcem tym, którzy mieli wyjątkowego lenia i nie pokusili się o podesłanie swoich odpowiedzi. W bliżej nieokreślonej przyszłości będziecie mogli się poprawić w tej kwestii.

Oczywiście już w trakcie spływania odpowiedzi, nie mogłam sobie odpuścić i podglądałam wyniki. Stąd też zrodziła się między innymi chęć zmiany szablonu, który już wcześniej tracił moją sympatię. Wasze sugestie tylko mnie w tej decyzji utwierdziły. Czy obecny wygląd to już ten ostateczny? Zapewne nie. Mało tego, jestem wręcz przekonana, że z biegiem czasu zmian będzie co najmniej kilka. Jeszcze nie wiem do końca jakich, ale skoro mówi się, że zmiany są dobre, to czemu miałabym to dobro odrzucać. Jeśli przy okazji zaserwuję coś nowego dla Was, to już  w ogóle bomba.

Ankietowe pytania były raczej standardowe, więc nie przeciągając, jedziemy...

Wyniki Życiowej Ankiety blog lifestyle życie
Wyczuwam tutaj pewną solidarność jajników, jednak cieszy mnie niezmiernie, że i panowie zaczytują się w moich wywodach. Dodatkowo serce me się raduje, bo moje treści trafiają do osób w różnym wieku. Powiem szczerze, że się nie spodziewałam takiego zróżnicowania. A tu proszę. Widocznie blogowe treści cechuje uniwersalność, skoro każdy znajduje tutaj coś dla siebie - cudnie!



To były pytania z cyklu tych, na które odpowiedzi bardzo chciałam zareagować ufff... I tak było. Super, że jesteście, że czytacie, że mimo cięcia zasięgów na twarzoksiążce w większości jednak dzięki tej społecznościówce trafiacie tutaj. Wiadomym jest, że wpadacie, gdy pojawia się nowe czytadło, ale że z niektórych z Was są takie głodomory, że wchodzicie codziennie (nawet, jak nie ma wpisu) to się nie spodziewałam. Mnóżcie się, powiadam Wam, mnóżcie się.

Czuję się również uspokojona w kwestii częstotliwości publikacji. Nie ukrywam, że chciałabym Wam serwować więcej treści, ale czasami nie wychodzi - wiecie: doba za krótka, wena się na mnie wypina, objawiając się czarną dziurą w miejscu mózgu, etc. Skoro jednak piszecie, że tak jak teraz, jest OK, to ja się Wami kłócić nie będę. ;)

Ocena wyglądu tyczy się oczywiście wcześniejszego szablonu. Biorąc pod uwagę obecny, to uważam, że oceniliście tamten nad wyraz wysoko - jupijajej!
W tym miejscu wspomnę, że w szkolnej skali lubiłam czwórki. Serio. To taka ocena, która jeszcze nie zniechęca, a daje motywacyjnego kopa, by działać jeszcze lepiej. A skoro może być lepiej, to będzie lepiej, choćby skały się skichać miały. Jeśli macie jeszcze jakieś sugestie odnośnie strony wizualnej, jak i tematycznej, to walcie śmiało w komentarzach. W końcu to Wy to wszystko czytacie, więc niech będzie Wam dobrze.

No i przechodzimy do sedna sprawy, czyli Waszych słownych opinii. Poniżej kilka losowo wybranych. Tak sobie przeczytałam raz, drugi i dziesiąty i stwierdzam - kumulacja pozytywnej energii i słów. Poproszę więcej. ;)

Na bloga wchodzisz bo:


Kocham gory o kazdej porze roku. Potrafisz zainspirowac nasza wyprawe-nasze malenstwo (ma teraz pol roku) w wieku 3 miesiecy zabralismy w gory-szczyty zdobywaliśmy wózkiem z młodą, na wyprawę zabraliśmy 80-letniego dziadka. Jutro w góry-4dni. Da się!
Uwielbiam sposób w jaki piszesz - lekki, z dystansem, z ogromnym poczuciem humoru, czasami z ironią, lubię Twoje podejście do wielu spraw i jestem ciekawa Twojej opinii. Czytanie Twoich wpisów sprawia mi po prostu... wielką frajdę! :)
Bo lubię, fajnie piszesz, masz cięty język, zawsze można dowiedzieć się jakiejś ciekawostki.
Wchodzę na bloga ponieważ podoba mi się styl w jakim piszesz jest na luzie .
Pojawiają się tutaj świetne artykuły, bardzo dobrze napisane.
Fajnie piszesz, poruszasz ciekawe tematy i podobają mi się Twoje zdjęcia
Lubię, jak piszesz. Lubię twoje opisy wycieczek i recenzje.
Znajduję tu inspirację na wypady po Polsce.

Powiedz, co Ci leży na wątrobie. Czego Ci na blogu brakuje? Co Ci się podoba? Pochwal, możesz też trochę pokrzyczeć...:


Popsulas sie z mezem... Mniej wedrujecie... Naprawic sie czym predzej :) Super piszesz, pisz wiecej! Oddy sa the best. Historyjki z cyklu kurier, niechciane prezenty itp rozbawiły mnie do łez :) są takie prawdziwe ;) uwielbiam czytać Twój blog :)
Hmm, trudno coś napisać na szybko...może przydałoby się więcej zdjęć :) no i testy sprzętu bardzo lubię, podobały by mi się wpisy typu jak wybrać....plecak, śpiwór, buty itp :)
Nie przepadam za kafelkami. Układ taki typowo blogowy bardziej mi odpowiada, kiedy najnowszy post jest centralnie na górze, a starsze pod nim.Reszta jest ok ;-)
Szablon jest trochę taki surowy, myślę że tamten był lepszy, ponieważ czułam się swojsko wtedy. Podoba mi się sposób, w jakim piszesz artykuły.
Ogólnie wszystko jest ok !!! Piszesz fajnym stylem, dodajesz fajne zdjęcia i to wystarczy !!!
Podobają mi się zdecydowanie górskie wpisy oraz te z kategorii "wokół nas" - zawsze pełne humoru ;)
Podoba mi się, naprawdę mi się podoba! Trzymaj tak dalej! Działaj, bo to co robisz jest wyśmienite! :)
Daję Tobie (ŻycieMe) 4/5 żebyś nie spoczęła na laurach ;) jest dobrze ! ale zawsze może być przecież lepiej, no nie? ;)
Więcej relacji z gór.
Czekam na więcej tekstów o życiu, twoich opinii na bieżące tematy.

Tak się naczytałam, że mi teraz będzie dobrze do tego stopnia, że zrezygnuję z czekolady. Eee, nie, nie zrobię jej tego. :D

Poinformowaliście mnie, że najbardziej lubicie wpisy ze zdjęciami, relacjonujące górskie wypady. Stąd też nie dziwi mnie, że się domagacie więcej gór. Uspokajam, będą, wszystko w swoim czasie, gdy tylko nadarzy się okazja, będę focić granie do upadłego, a póki co szykują się wypady bardziej płaskie - do Łodzi i do Jastrzębiej Góry.

Cieszy mnie również ciepłe przyjęcie kategorii Wokół Nas. Przyznaję, że miałam co do niej pewne obawy, że zostanie odebrana, jako taka zupełnie od czapy. Jak to dobrze, że obawy nie zawsze znajdują potwierdzenie w rzeczywistości.

Jeśli jeszcze przychodzą Wam do głowy jakieś pomysły, których realizacja uczyniłaby ten blog jeszcze lepszym, piszcie. A tymczasem jeszcze raz WIELKIE DZIĘKUJĘ za poświęcony na ankietę czas.
Czytaj dalej →

środa, 25 lutego 2015

Gdybyś znalazł się w niebezpieczeństwie, liczyłbyś na pomoc. Prawda? | #MożeszToZmienić

Możesz! Potrafisz! Chcesz? #możesztozmienić


Być może należysz do tych szczęśliwców, którzy nie mieli wątpliwej przyjemności uczestniczenia w sytuacji kryzysowej i niebezpiecznej, w której komuś lub Tobie działa się krzywda. Życie jednak potrafi boleśnie zaskoczyć, zmieniając zwyczajną codzienność w koszmar. Koszmar, którego można uniknąć, jeśli tylko wyzbędziemy się obojętności i znieczulicy.

Żyjemy w ciągłym biegu, przemieszczamy się z miejsca na miejsce, często nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół nas. A dziać może się wiele - od spraw błahych, po te poważne, wymagające natychmiastowej i zdecydowanej reakcji. Okazuje się bowiem, że wśród ludzkiej masy przetaczającej się przez centra większych i mniejszych miast, jesteśmy sami, jak palec i w obliczu zagrożenia najczęściej zdani tylko na siebie.

Zaczepki i napaści zdarzają się coraz częściej, a sami napastnicy nie ograniczają się już do parków, czy ciemnych i odludnych zaułków. Atakują wszędzie, za nic mając przetaczający się obok tłum, bo rzeczony tłum, ubrany w maskę obojętności, nie reaguje, dając tym samym przyzwolenie na akty przemocy.

Codzienna przemoc i ludzka obojętność na krzywdę drugiego człowieka, to duży problem naszych czasów, dlatego też, aby uzmysłowić ludziom, jak wiele od nich zależy, rusza kampania społeczna #MożeszToZmienić, której inicjatorem jest Paweł Dąbrowa, będący świadkiem napadu i ludzkiej znieczulicy. On zareagował i chwała mu za to. Teraz kolej na mnie, na Ciebie, Ciebie i Ciebie.

Pewnie, będąc drobną kobietą, starszą osobą, nastolatkiem, w pojedynkę nie ruszymy na napastnika. Ale możemy zareagować w inny sposób, równie skuteczny, który pomoże zaatakowanej ofierze. Telefon do odpowiednich służb, szybkie skrzyknięcie kilku osób i już nie jesteśmy sami. Razem można zacząć działać. Jakiekolwiek działanie będzie lepsze od obojętnego przejścia obok z odwróconym wzrokiem, wpatrzonym w sklepowe witryny.

Możesz być najlepszym człowiekiem pod słońcem, ale gdy stajesz się obojętny, Twoje dobro osiąga poziom minus dziesięć. Reaguj więc! Przecież, gdyby Tobie, lub bliskiej Ci osobie działa się krzywda, chciałbyś, by znalazł się ktoś, kto zareaguje i wyciągnie pomocną dłoń. Tak, jak to robi Fundacja Możesz To Zmienić ze swoją kampanią społeczną. Łapcie linka i... działajcie.
Czytaj dalej →

poniedziałek, 23 lutego 2015

Recenzja | Snajper - Samotność człowieka-legendy

Recenzja | Snajper - Samotność człowieka-legendy film lifestyle

Po naszych ostatnich randkach z polską kinematografią w postaci Bogów i Ziarna Prawdy, stwierdziliśmy, że tym razem czas na coś zza oceanu. Zachęceni zwiastunem, wybraliśmy się na Snajpera w reżyserii Clinta Eastwood'a z Bradley'em Cooper'em w roli głównej.
Poszliśmy na seans po czystą rozrywkę, bez oczekiwań na wielkie wow, czy głęboki przekaz. W tym momencie muszę się wam jednak przyznać do mojej ignorancji. Otóż, nie zakodowałam, że będzie to opowieść na faktach, będąca adaptacją biografii Chrisa Kyle'a - amerykańskiego żołnierza z elitarnej jednostki Navy SEALs.

Jak to do mnie dotarło, miałam wizję ponad dwugodzinnej, wojennej sieczki emocjonalnej, pełnej amerykańskiego patosu i była to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę w piątkowy wieczór. Jasna dupa - pomyślałam - no to się rozerwę. Jakoś do tej pory nie było mi po drodze z biografiami i jeśli już na jakieś trafiałam, to zwykle kończyło się przysypianiem z nudów. Tutaj mi tego oszczędzono i chwała wszystkim za to, że nie stali się moją pigułą nasenną. Jeśli biografie i wojenne klimaty was nie odstraszają, polecam wam ten film z czystym sumieniem. Sala była pełna i przez bite dwie godziny tonęła w ciszy, a to też chyba coś znaczy.

Ale... Do konkretów!

To historia zwykłego kolesia z Teksasu, którego rozrywką są rodeo, wieczorny browar i panny lecące na macho, który potrafi utrzymać się na wierzgającym zwierzu. Jego życie zmieni się diametralnie po podjęciu decyzji o wstąpieniu do Navy Seals, co ostatecznie pozwoli mu zyskać sławę najlepszego snajpera w historii tej amerykańskiej jednostki.

Obraz
W początkowej fazie filmu prezentowana sekwencja różnych scen z życia głównego bohatera może wręcz wkurzać. Mamy motyw dzieciństwa, wpływu ojca na synów, który przytacza przypowieść o owcach i wilkach, stwierdzając jednoznacznie, że

W tej rodzinie nie wychowujemy owiec, ale złoję wam tyłki, jeśli staniecie się wilkami. Chronimy swoich. Jeśli ktoś was zaatakuje lub będzie dokuczał twojemu bratu, macie moją zgodę na dołożenie mu.
Otrzymujemy więc bohatera, który od najmłodszych lat miał wpajane do głowy, że jego zadaniem jest ochrona swych bliskich - rodziny oraz zaatakowanego kraju.
Rodzinna sielanka, będąca przerywnikiem między kolejnymi bataliami na wrogim terytorium, wygląda moim zdaniem sztucznie i ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. A jeśli dołożymy do tego dzieci w formie baby-born to wychodzi z tego mały plastik-fantastik. Szkoda, niby detal, a psuje odbiór niektórych scen. Niemniej jednak, jeśli oczekujemy dobrego, wojennego kina, to dostajemy tutaj takie z dokładką. Sceny batalistyczne i zasadzki robią robotę, potęgując napięcie. Otrzymujemy akcję, którą napisało żołnierskie życie na misji w Iraku, wśród bojowników Al-Kaidy.

Aktorzy
Bradley Cooper doskonale wciela się wgraną postać. Mamy tu obraz faceta, który z pozoru nie ujawnia swoich uczuć, pozostawiając twarz często bez wyrazu. Jednak te wszystkie skrywane emocje widać w jego oczach, a jest tam wszystko - od fascynacji, przez uczuciowość i determinację, po strach i przerażenie.
Mamy kolesia, który staje się najlepszym snajperem, ratującym życie wielu żołnierskich braci, który serce oddaje krajowi, ale jednocześnie traci siebie, stając się obcym dla pozostawionej w kraju rodziny.

Sienna Miller jako żona Chrisa wypada, moim zdaniem, dużo bladziej niż główny bohater. Więcej emocji dają nam oczy Bradley'a niż cała postać Sienny.

Przekaz
Nie mamy tutaj przerośniętego patosu (całe szczęście), film nie stanowi laurki ku czci poległych. Otrzymujemy natomiast obraz pełen pesymizmu, goryczy i zwątpienia, jakie może nieść ze sobą wojna, która odciska swoje piętno na każdym, kto w jakikolwiek sposób miał z nią styczność. W ostatecznym rozrachunku, nawet przeżycie nie gwarantuje spokoju ducha, bo doświadczone okropieństwa wojny, zostawiają trwały ślad w ludzkiej psychice. Trwały do tego stopnia, że zwyczajne życie staje się udręką nawet dla człowieka-legendy.
Czytaj dalej →

sobota, 21 lutego 2015

13 najdziwniejszych przesądów - Czy zabobony rządzą ludźmi?

Od zeszłego piątku trzynastego, kiedy cały świat stawał na głowie, by tylko oszukać przeznaczenie i uniknąć klątw (sic!) i nieszczęść wszelakich, minął tydzień. Bez uszczerbku na zdrowiu dożyłam do kolejnego piątunia. Takiego, jak każdy inny, nawet ten - przerażający dla niektórych - trzynasty. Dożyłam po to, by zostać zabita przez przypadkiem zasłyszany dialog, jaki wywiązał się między dwiema - wcale nie starymi - kobietami w sklepie.

 - Ledwo dzisiaj zdążyłam na autobus i prawie spóźniłam się do pracy..
 - Co? Budzik nie zadzwonił? Zaspałaś?
 - Nie, no coś ty! Zapomniałam portfela i musiałam się wrócić, a jak już się wróciłam, to musiałam usiąść i odczekać, by powrót nie przyniósł mi nieszczęścia.
 - Aaa, i ty w to wierzysz?!

13 najdziwniejszych przesądów - Czy zabobony rządzą ludźmi? podkowa, pech, przesądy
Fot. Kate

Nie powiem, moje myśli przebiegło niedowierzanie w to, co przed chwilą usłyszałam. Mimo, że hasła związane z przesądami i różnej maści zabobonami znam, to jakoś zawsze traktowałam je z przymrużeniem oka i nigdy nie wywoływały one we mnie stresu, czy przerażenia. Nawet wtedy, gdy byłam dzieckiem, czerpiącym pewne wzorce od babci. Dzieciństwo pod znakiem przesądów było po prostu fajne i generowało pomysły na zabawę - np. bieganie po dzielni w poszukiwaniu trzech facetów w okularach, po tym, jak widziało się kominiarza. :D Czy muszę dodawać, że nie zaowocowało to ani nadmiarem szczęścia, ani pecha, które mogłyby na nas niespodziewanie spłynąć.

Wychodzi na to, że niezależnie od czasów, zabobony rządzą ludźmi, a do tych najbardziej znanych należą m.in.:

Czarny kot przebiegający drogę
To chyba najbardziej znany przesąd, mówiący o tym, że jak czarny futrzak przetnie naszą drogę, to niechybnie czeka nas nieszczęście.

Witanie/ żegnanie się przez próg
Takie zachowanie ma standardowo przynosić pecha, a dodatkowo nie sprzyja przyjaźni pomiędzy witającymi. Oczywiście wymyślono też na to antidotum - wystarczy, że jedna z osób stanie na progu.

Buty na stole
Przesąd ten mówi, że buty na stole doprowadzą właściciela do bankructwa, a w domu, w którym buty są postawione na stole, zabraknie jedzenia. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy, kto stawia buty na stole?!

Podkowa na szczęście
Symbol szczęścia często widywany, przyczepiany nad drzwiami wejściowymi do domu. Jeśli już jednak mamy się sztywno trzymać tegoż przesądu, to podkowę powinniśmy znaleźć sami, bo tylko taka ma przynosić szczęście. No i co teraz? Kiepściutko, bo nie słyszałam, zeby samochodowe konie mechaniczne gubiły podkowy na potęgę.

Szczęśliwa siódemka i pechowa trzynastka
Nigdy nie interesowała mnie numerologia i nie postrzegałam liczb jako źródła moich smutków, czy radości. Żeby było śmieszniej, mieszkamy pod trzynastką i jeszcze nam sufit na głowę nie spadł.

Wstanie z łóżka lewą nogą
Ma przynosić pecha i niezadowolenie. Tylko weź tu człowieku rano, na wpół śpiąco myśl, którą kończynkę ty pierwszą wystawiasz za bety. Jakbym się tak miała zastanawiać, to bym wstawała pół godziny. :D

Siadanie na rogu stołu
Ten przesąd zna chyba każda kobieta. Nie raz zdarzało mi się dostać opieprz od kobiecej starszyzny rodowej, coby na rogu nie siadać, bo męża nie znajdę. Cóż więcej dodać - na rogu siadałam a mąż się znalazł fajowszy.

Czerwona wstążeczka
Ma odganiać złe uroki. Często przyczepiana do dziecięcych wózków, do rogów zwierząt gospodarskich.

Nie wolno kłaść torebki na podłodze
Bo nam pieniądze uciekną. No to już chyba wiem, dlaczego cierpię na niedostatek milionów monet - w pracy nie dorobiłam się półeczki i torba grzecznie stoi obok biurka. Grunt, że mi z niej śniadanie nie ucieka.

Ostre przedmioty nie są dobre na prezent
Nożyczki, noże, czy inne maczety dane w prezencie spowodują przecięcie więzi, jaka nas łączy z obdarowaną osobą. Zakładam, że złe więzi też przetnie, więc już wiecie, co kupić na prezent dla teściowych lub wkurzających szefów. :D

Upadające mydło
Gdy upada nam myjąca kostka, należy spodziewać się nieoczekiwanego. Ciekawe, czy w ten sam sposób myślą w więziennych łaźniach?

Są też przesądy związane z górami:

Widmo Brockenu
Info dla tych, którzy nie wiedzą, cóż to - to zjawisko optyczne, przedstawiające nasz cień, często w tęczowej aureoli zwanej glorią, widziany na chmurze (zwykle położonej poniżej nas). Przesąd mówi, że kto zobaczy w górach Widmo Brockenu, straci w górach życie. Żeby odczynić ten zły urok, trzeba by zobaczyć wspomniane widmo trzy razy. Chyba nie muszę dodawać, że nam to nie przyniesie nieśmiertelności w pakiecie, bo tę mogą nam zasponsorować jedynie chłodna głowa i rozwaga.

Czarny kruk
Ma być przestrogą, mówiącą o tym, by zawrócić i nie kontynuować wspinaczki. Ludzie gór powiadają, że czarne ptaszystko wróży upadek, więc nie warto kusić losu.

Skąd to przekonanie, że dane sytuacje, w których się znajdujemy przyniosą nam szczęście lub pecha? W tym momencie wkracza psychologia z terminem Samorealizująca się przepowiednia, która oznacza określone oczekiwania w stosunku do pewnych zdarzeń. Działa to w dwie strony - pozytywnie i negatywnie. Postępujemy wtedy tak, jak się do tego nastawimy. Jeśli więc na przykład spotkamy kominiarza, złapiemy się za guzik (wierząc, że to przyniesie nam szczęście), a po jakimś czasie spotka nas faktycznie coś dobrego, powiążemy to od razu z facetem od czyszczenia kominów i będziemy głosić, że to przesąd się sprawdził i ten guzik w połączeniu z umorusanym sadzą gościem był źródłem naszego powodzenia.

Mogłoby się wydawać, że obecnie - w XXI wieku - nikt już w przesądy nie wierzy, ewentualnie traktuje je jako element ubarwiający codzienność. Nic bardziej mylnego. Jak się bowiem okazuje, mnóstwo osób traktuje je z najwyższą powagą.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Czyżby to było takie ludzkie "dmuchanie na zimne" i "niekuszenie losu"?
A jakie są Wasze odczucia w  temacie? Jakie jeszcze przesądy znacie? Czy w jakieś wierzycie? Przesądowe anegdoty są również mile widziane.
Czytaj dalej →

środa, 18 lutego 2015

7 aplikacji przydatnych na wyjazdach

Wyjazd, nawet ten najkrótszy, wymaga od nas pewnego rodzaju przygotowań. Z jednej strony staramy się zadbać o nasze bezpieczeństwo w podróży, a z drugiej chcemy sobie ten wypad możliwie umilić i usprawnić. W końcu nikt nie chce zamieniać totalnego relaksu (zarówno tego aktywnego, jak i bardziej leniwego) na jakieś problemy i niedogodności. I tutaj, taram, taram, przychodzą nam z pomocą różnego rodzaju aplikacje, z których możemy skorzystać zarówno w domowym zaciszu, okupując komputer, jak i w drodze za pośrednictwem smartfonu.

7 aplikacji przydatnych nie tylko na wyjazdach

Do dyspozycji mamy nawigacje, różnej maści wyszukiwarki, notatniki, słowniki, czy służące czystej rozrywce aplikacje do zdjęć. Można mówić, że technologia otacza nas czasami aż do przesady i że na nic się zdadzą te wszystkie cuda, kiedy nam telefon zdechnie. Nie oznacza to jednak, że mamy z tych ułatwień nie korzystać i całkowicie z nich zrezygnować.

Poniżej zestawienie 7 aplikacji, z którymi można się zaprzyjaźnić. A to, czy będą stanowiły pomoc, czy czystą rozrywkę będzie zależało od sytuacji, w której przyjdzie nam ich używać. Jedziemy...

7 aplikacji turystycznych Jak dojadę TripAdvisor

Jak dojadę?
Znacie to? Wysiadacie w obcym dla was mieście, ludzi do zadania pytania o drogę, nie mówiąc o komunikacji publicznej, jak na lekarstwo. Z tą aplikacją wszystko staje się łatwiejsze. Sprawdzimy tutaj, jakim tramwajem, czy autobusem dojedziemy z punktu A do B. do tego rozkłady jazdy i system nawigacji po danym mieście. Dla mnie pełen pakiet. Zdarzało mi się nawet z tego korzystać we Wrocławiu.

TripAdvisor
Ta apka to całkiem miła partnerka w planowaniu wyjazdów. W jednym miejscu możemy wyszukać miejscówkę na nocleg, czy smaczne jedzonko i zapoznać się z opiniami o danym miejscu. Po co kombinować i uderzać gdzieś w ciemno, jak można się posiłkować opiniami innych.
7 aplikacji podróżnych iPolak EX-Currency

iPolak za granicą
To aplikacja przydatna podczas wyjazdów zagranicznych i w sytuacjach awaryjnych, kiedy to nagle okazuje się, że na gwałt potrzebujemy kontaktu do ambasady. Dodatkowo zawiera informacje o wizach i przepisach celnych obowiązujących w danych krajach. Dla osób, które jeżdżą często i do różnych krajów, to super opcja.

XE Currency
Wiadomym jest, że naszych kochanych złotówek ze sobą za granicę nie zabierzemy. Nawet w dobie płatności kartą za większość towarów i usług przychodzi taki moment, że operowanie lokalną walutą staje się konieczne. Nie ma nic gorszego niż na prędce zastanawianie się nad kursem i przeliczaniem. Ta aplikacja zrobi to za nas. Wystarczy dodać waluty, które nas interesują, podać, co ma zostać przeliczone i gotowe. Szare komórki nie muszą się pocić nad liczeniem.
7 aplikacji przydatnych nie tylko na wyjazdach Instagram Fotolab

Fotolab Co
To dla mnie nowość, odkryta całkiem niedawno. To aplikacja pozwalająca na zamówienie i wywołanie zdjęć. Zdjęcia do aplikacji ładujemy z naszego telefonu lub instagrama. Podajemy adres wysyłki, opłacamy i dostajemy pakiecik z fotkami do domu. Przy dobrych wiatrach fotki z wakacji wrócą do domu przed wami. :)

Instagram
Tego tworu większości przedstawiać nie muszę. Choć sama zabierałam się do niego, jak pies do jeża, tak teraz czuję się pochłonięta możliwością dzielenia się fotograficzną chwilą. Nieważne, czy książka, czy widoczek z wyjazdu. Taka forma sieciowego ekshibicjonizmu jest fajna.

7 aplikacji przydatnych nie tylko na wyjazdach Ratunek Góry TOPR

Ratunek
To nowość, której mam nadzieję nie przyjdzie nam nigdy używać. Niemniej jednak idea tej aplikacji jest zacna i uważam, że każdy, kto wybiera się w góry powinien ją zainstalować na swoim telefonie. W trakcie zgłaszania wypadku aplikacja ustala lokalizację zgłaszającego, co ma ułatwić służbom ratowniczym sprawniejsze dotarcie do poszkodowanej osoby.

Zdaję sobie sprawę, że to tylko kilka z dostępnych aplikacji. A jest ich przecież całe mnóstwo. Z jakich Wy korzystacie? Które uważacie za turystyczny i ogólnożyciowy must have? Dzielcie się. Komentarze, jak zwykle są Wasze.
Czytaj dalej →

sobota, 14 lutego 2015

Mroczny obraz Walentynek

Już dawno przywykliśmy, że z początkiem lutego w zasięgu naszego wzroku pojawia się cała masa miłosnych symboli - kartek, czerwonych serduszek, czy innych pluszaków, a w same Walentynki kina oraz restauracje marzą o gumowych ścianach, by móc pomieścić wszystkich trafionych strzałą amora. Z jednej strony mamy zakochanych, dla których ten dzień jest miłym dodatkiem do ich miłości, z drugiej tych, którzy jeszcze czekają, lub być może nie chcą się z nikim wiązać i wobec słodko-czerwonej papki dostają odruchu wymiotnego. Taka wizja nie jest nam obca, odkąd Walentynki na stałe zagościły w naszych kalendarzach. 

Mroczny obraz Walentynek #widzecie
Fot. David M Pacey

Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, że pod płaszczykiem miłosnej i radosnej czerwieni, kryje się o wiele ciemniejszy obraz tego lutowego dnia.
Święty Walenty nie patronuje tylko i wyłącznie zakochanym. Jest też patronem tych, dla których szczęście i radość, mogące płynąć z zakochania i miłości, są nieosiągalne. Mowa tu o osobach chorych, dotkniętych wszelkiej maści zaburzeniami psychicznymi, jak również epileptykach. Już nie jest tak różowo, prawda?

Wobec powyższego warto na chwilę otrząsnąć się z ciepłej pierzynki czerwonych serc i zastanawiając się nad bolesnymi doświadczeniami innych, docenić to, jak mamy dobrze, nie musząc nosić ciężkiego brzemienia choroby, która nierzadko powoduje społeczny ostracyzm i ogólne trudności w codziennym funkcjonowaniu.

Pędzący do przodu świat nie sprzyja spokojowi, przyczyniając się do wzrostu nerwowości, z którą niektórzy nie potrafią sobie poradzić i ulegając jej, wpadają w macki różnych dolegliwości - depresji, nerwic, stanów lękowych, czy uzależnień. Oczywiście znajdą się osoby, które stwierdzą, że odsetek chorych w porównaniu z liczbą ludności jest niewielki. Bzdura! Duży, czy niewielki - to nie jest ważne. Do myślenia skłania fakt, że ten odsetek dotkniętych zaburzeniami rośnie w zastraszającym tempie. 
Mimo tego, że chorych osób jest coraz więcej, to - przynajmniej w naszym kraju - temat jest swoistym tabu, o którym wstyd i strach mówić, żeby tylko nie zaburzyć sobie pozytywnego obrazu codzienności. Poprzez brak oswojenia z tematem wśród zdrowych, osoby chore rzadko spotykają się ze zrozumieniem społeczeństwa. Mało kto ma ochotę na rozmowę o swoich problemach, a spowodowane to jest strachem przed odtrąceniem, czy wyśmianiem. Mimo, że z roku na rok diagnozuje się coraz więcej przypadków depresji, czy nerwic, próba rozmowy o nich sprowadza się często do zbywającego skwitowania: 'Weź się ogarnij i nie przesadzaj, przecież nie jesteś czubkiem!'.

Problem jest o tyle poważny, że wśród wszystkich osób z zaburzeniami, większość stanowią ludzie młodzi, w wieku produkcyjnym, często jeszcze uczący się, którzy po przejściu terapii nie są w stanie odnaleźć się w społeczeństwie. Nie mogą znaleźć pracy, bo 'ta lepsza i ładniejsza strona' nie chce współpracować z byłym "wariatem". W tym miejscu koło się zamyka, bo prawdopodobieństwo, że odtrącony społecznie człowiek, znów popadnie w chorobę jest bardzo wysokie. Zmienić to można tylko w jeden sposób - zauważając problem i nie bagatelizując go, bo nigdy nie możemy być pewni tego, czy nie przyjdzie nam się z nim mierzyć osobiście.
Czytaj dalej →

czwartek, 12 lutego 2015

Gadżety przydatne w podróży - Co warto zabrać na wyjazd?

Mawiają, że przezorny zawsze ubezpieczony i ja się pod tym podpisuję moimi wszystkimi kończynami, wyznając jednocześnie zasadę, że lepiej nosić, niż się prosić. Jeśli już w naszym wyjazdowym minimalizmie ogarniemy kwestię bezpieczeństwa w podróży, warto też sam wypad sobie możliwie usprawnić i umilić. 
Z pomocą przychodzi nam tutaj cała masa gadżetów i jestem przekonana, że każdy z podróżujących ma swoich faworytów.

Gadżety przydatne w podróży - Co warto zabrać na wyjazd?

W mojej top szóstce nie ma niczego niezwykłego, ale nie wyobrażam sobie, że którejś z tych rzeczy mogłoby mi na wyjeździe zabraknąć. Dlatego też, w trakcie pakowania, poniższe przedmioty jako pierwsze lądują w bagażu.

#Aparat fotograficzny
Mimo, że daleko mi do opanowania kunsztu wykonywania arcyzdjęć, to nie biorę pod uwagę opcji, która mogłaby mnie pozbawić możliwości focenia. Toż pod tym względem jestem niczym Japończyk na urlopie. Wspomnienia, nawet te sympatyczne bywają ulotne, a zgromadzone zdjęcia pomagają je przywołać, przypominając określone sytuacje i osoby. Aparat to dla mnie wsparcie dla wzroku. Już nie raz się dziwiłam po wywołaniu fotek, że dane miejsce, czy rzecz wygląda trochę inaczej. Zdjęcia pozwalają mi dostrzec detale, na które na żywo czasami nie zwracam uwagi. Dlatego też to już taki mój wyjazdowy rytuał: zabrać aparat, natrzaskać fotek, wywołać, poukładać w albumach, a potem przenosić się wizualnie w stronę słońca, gdy za oknem szaro i buro. 

#Smartfon
Obecnie to must have każdego turysty. Niezależnie od tego, gdzie się wybiera. Zawsze można się nim posiłkować, gdy w/w aparat odmówi współpracy (lepsze zdjęcia z telefonu, niż żadne). Bez niego raczej ciężko by nam było zadzwonić po pomoc w razie 'W', czy sprawdzić, co mówią mapy, czy inny GPS, jeśli nie przywykliśmy do noszenia ze sobą ich analogowych wersji.

#Mapa / Kompas
Smartfon, smartfonem, niby wszystko w bebechach ma. Jak się go dobrze wyszkoli, to może nawet i śniadanie zrobi i za uchem podrapie...tfu, wróć... Mapy w telefonie, google, i inne nawigacje na nic nam się zdadzą, gdy sprzęcik zdechnie, padnie na amen i ani będzie myślał powstać. O ile w jakimś mieście, lub miejscu, gdzie przewijają się ludzie, będzie można sobie pomóc pytając po prostu o drogę, o tyle na odludziu, czy w górach bez mapy (a nawet kompasu) może być ciężko, bo z tego, co mi wiadomo, misie i świstaki nie są zbyt rozmowne.

#Scyzoryk (Multitool)
Jeśli jeszcze myślicie o scyzorykach w kategorii sprzęciku dla dzikiego trapera, to pora to zmienić. To cudeńko jest lepsze niż cała masa narzędzi i przydaje się nie tylko w górach (choć tam bardziej niż w centrum miasta). Z dobry multitoolem i imprezkę się zrobi, bo wino, czy piwo się otworzy bez problemu. I paznokcia nie będzie trzeba równać zębami, gdy się złamie, bo dobre cudeńko będzie miało wmontowany pilniczek. A w razie nudy (czy ktoś się kiedyś tak naprawdę nudził na wyjeździe?!) zawsze można porzucać do celu ustawionego na czyjejś głowie (nie próbujcie tego w domu).

#Czołówka
To kolejny cud z gatunku terenowych, który pokochałam miłością wielką i właściwie mogłabym nosić na co dzień w torebce. Można spokojnie wracać po ciemku, bez obaw, że się będziemy potykać o własne nogi, wybijając sobie uzębienie przy pierwszym spotkaniu z podłożem. Lepsze to od latarki, bo zostawia ręce wolne, którym można dać inne, bardziej ambitne zajęcie.

#Lornetka
To już raczej gadżecik typowo terenowy. Fajnie przybliżyć sobie obraz okolicy, gdy się wdrapiemy na jakąś górkę,  z której roztacza się miodzio panorama. Podglądanie dzikiej zwierzyny w pakiecie. W miejskiej dżungli nie próbowałam, ale oczyma wyobraźni widzę, zbliżającą się w kierunku mojej twarzy pięść. W sensie, że komuś by się mogło nie spodobać, że sobie wzrok tuninguje, celem dogłębnego poznania okolicy i jej mieszkańców.

Powyższa lista podróżnych pomocników jest wprawdzie krótka, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by ją wydłużyć. Dlatego też jestem ciekawa waszych ulubieńców, bez których nie ruszacie się z domu.
Czytaj dalej →

wtorek, 10 lutego 2015

Bezpiecznie w podróży

Nie mam na swoim koncie wielotygodniowych eskapad po najdzikszych zakątkach naszego globu, a wyjeżdżając względnie blisko i zwykle na (za)krótko, nie tworzę sobie szczególnie głębokich teorii na temat podróżnego bezpieczeństwa. Wypad ma być przede wszystkim źródłem poznania i rozrywki. Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie myślę o bezpieczeństwie. Głowa robi swoje i część naszych zapobiegawczych zachowań podyktowana jest jakby z automatu, a nasze podświadome działania mają ustrzec nas przed dostaniem po gębie w jakimś ciemniejszym zaułku lub innymi średnio miłymi niespodziankami.

Bezpiecznie w podróży

Bezpieczeństwo w podróży opiera się u mnie na czterech aspektach:

#Pieniądze - Wyjazd zawsze, ale to zawsze jest ściśle powiązany z wydaniem pewnej ilości gotówki. Nie ma się co dziwić. Wszak popularne miejsca żyją z turystów. Nie oznacza to jednak, że mamy łykać wszystkie super oferty, które nam podsuną miejscowi. W tym przypadku szeroko otwarte oczy i umysł zrobią nam wyjątkowo dobrze, nie tylko podczas podziwiania widoków, czy nowej architektury. Pozwolą racjonalnie określić, czy cena nam podawana jest w miarę normalna, czy wzięta z kosmosu, niezależnie od tego, czy będzie chodziło o zakupy, jedzenie, czy transport. Mimo, że no problem i ok, ok my friend zawsze miło brzmi, warto mieć się na baczności, a gotówkę wydawać na to, na co faktycznie chcemy.

#Zdrowie - Gdybym wybierała się gdzieś dalej, w jakimś bliżej nieokreślonym, ale egzotycznym kierunku, pierwsze kroki skierowałabym do miejsca, gdzie by mnie odpowiednio zaszczepili i nafaszerowali wszystkim "przeciw" oraz "anty". Przy moim szczęściu, pewnie dzikie hordy komarów i innego paskudztwa chciałyby się ze mną "przyjaźnić". Póki wyjazdy są bliskie ograniczam się do zabrania podstawowej apteczki na własny użytek oraz wykupienia dodatkowego ubezpieczenia, żeby mieć spokój za granicą i nie myśleć, co by było gdyby przyszło nam gdzieś leżakować w obcym szpitalu.

#Kontakty międzyludzkie - Wiadomo, nie sposób przewidzieć reakcji wszystkich ludzi na ziemi, ale można choć trochę nakreślić sobie obraz mieszkańców danego miejsca, które zamierzamy odwiedzić. Nie po to pisane są przewodniki, żeby z nich nie korzystać. Czytanie nie boli, a poznanie - nawet pobieżne - zwyczajów panujących w danym regionie, pozwala uniknąć wpadek. A o wpadki nie trudno, bo mogą je spowodować chociażby nieodpowiednie gesty, czy strój. Oprócz tego, że warto się wpasować w otoczenie, zwykle dobrze jest też słuchać miejscowych. W końcu nikt inny nie powie nam dokładniej niż lokalsi, co, gdzie i z czym. Jeśli miejscowi nie zapuszczają się na jakiś teren, może to oznaczać, że my poradzimy tam sobie znacznie gorzej. Po co kusić los.

#Zachowawczość - To ta kwestia, którą wpaja się większości od małego, i która sprawdzała się nawet na dziecięcych koloniach. Nie warto obnosić się z wartościowymi rzeczami, bo prawdopodobieństwo, że ktoś inny ich zapragnie istnieje - mimo, że nie jest wielkie -  zawsze. Na czas podróży dobrze jest stać się syjamskim bliźniakiem ze swoim bagażem. W końcu na najbliższe dni, a nawet tygodnie, to nasz cały dobytek. A gdy jakimś zrządzeniem trafimy w miejsce, gdzie będzie pusto, ciemnawo i poczujemy się nieswojo, a zachowawczy głos w naszej głowie będzie mówił: 'spadamy stąd', nie sprzeciwiajmy mu się. Intuicja, choć czasem zawodzi, nierzadko pozwala uniknąć nieprzyjemności.

Mimo, że serducho pcha do przodu, głodne emocji i nowych wrażeń, nie warto rozstawać się z rozumem i racjonalnym myśleniem. Wtedy łatwiej o bezstresowe wspomnienia z wojaży, a o to w tym wszystkim chyba chodzi. Jakieś dodatkowe sugestie z waszej strony? Dawajcie!
Czytaj dalej →

niedziela, 8 lutego 2015

Recenzja | Ziarno Prawdy - Gdy sielankowy Sandomierz spływa krwią

Niezaprzeczalnym plusem pierwszych miesięcy roku jest to, że do kin wchodzi spora ilość nowości i bez problemu można oddać się wielkoekranowej rozrywce. Na celowniku mieliśmy trzy pozycje - dwie polskie, jedną zagraniczną - i potrzebowaliśmy chwili, by się zdecydować. Będąc jeszcze pod pozytywnym wpływem rodzimej kinematografii za sprawą obejrzanych kilka miesięcy temu Bogów, nasz wybór padł ostatecznie na Ziarno Prawdy w reżyserii Borysa Lankosza.

Ziarno Prawdy - recenzja filmu
Kadr z filmu - Fot. next-film.pl

Film był z pewnością wyczekiwany przez fanów Zygmunta Miłoszewskiego, zaczytujących się w jego powieściach. Przyznaję, że to była jedna z niewielu ekranizacji, z którymi miałam styczność na świeżo, bez wcześniejszego czytania książki. Dodam jednak, że nieznajomość lektury w niczym nie przeszkadza w tym przypadku.

Aktorzy
Nigdy nie byłam zwolenniczką filmów, gdzie lista nazwisk głównej obsady nigdy się nie kończy i w trakcie oglądania wypadałoby robić notatki, żeby się nie pogubić, kto, skąd, na co, i po co. Tutaj nie mamy przesadnej mnogości postaci, więc możemy się spokojnie skupić na najważniejszych odtwórcach ról, a ci dają radę całkiem dobrze. Nie będę się z zachwytu unosić nad ziemią, ale narzekać też nie będę.
Robert Więckiewicz jako prokurator Szacki dobry, choć w pewnych momentach trochę, moim zdaniem, przerysowany. Z jednej strony wkurwiony, doświadczony przeszłością i epatujący wyższością w stosunku do innych, a z drugiej śledczak niczym brownowski Robert Langdon, odczytujący symbole, biegający po kościołach i grzebiący  w archiwach. W przypadku tego filmu na większą uwagę zasługuje Jerzy Trela, który wciela się w rolę starego, policyjnego wygi - Wilczura -  z sandomierskiej pipidówy. Jak dla mnie, najbardziej prawdziwy w całym obrazie.

Dialogi 
Moim zdaniem, jedne z lepszych. Dopracowane, bez zbędnych pierdół, konkretne, a tam, gdzie trzeba uszczypliwe. Na ich przykładzie widać, że współpraca na płaszczyźnie reżyser-autor książki przyniosła produkt, który bardzo fajnie współgra z całym obrazem.

Obraz i Muzyka
Ścieżka dźwiękowa Abla Korzeniowskiego robi robotę od samego początku do końca. To nie jest przygrywka od czapy, pojawiająca się jakby obok obrazu. To dźwięk, który nastraja i buduje napięcie od pierwszych minut. Można nie lubić kryminałów, ale chociażby dla samej muzyki warto się z tym filmem zapoznać. Jeśli zaś chodzi o obraz, to w kwestii technicznej nie będę się w ogóle wypowiadać, bo ani ze mnie znawca, ani mi to nie jest do szczęścia szczególnie potrzebne.

Jeżeli się nie czytało książki, film jak najbardziej trzyma w napięciu, podaje na tacy intrygę, każe zbierać w trakcie oglądania elementy układanki. Oprócz czystej rozrywki, przemyca też problematykę społeczną, w której od zawsze obecne były takie ludzkie cechy jak chociażby zawiść, chęć zemsty, czy niechęć w stosunku do obcych. Jeśli umiejscowimy to wszystko w zaściankowej społeczności małej miejscowości, dostaniemy opowieść ze skrywaną tajemnicą z przeszłości w tle, która okaże się prawie idealną przykrywką dla zabójcy.
Czytaj dalej →

piątek, 6 lutego 2015

Jak kupić samochód używany i nie żałować? - 6 sprawdzonych wskazówek

O tym, że posiadanie samochodu w obecnych czasach wiele ułatwia, nie trzeba nikogo przekonywać. Wszak posiadanie czterokołowego wehikułu to plus sto punktów do niezależności. Z tego też powodu relacje kupujący-sprzedający kwitną. O ile w przypadku zakupu na rynku pierwotnym trudność sprowadza się jedynie do pójścia do wybranego salonu z odpowiednią ilością monet i wybrania akcesoriów, o tyle na rynku wtórnym trzeba się trochę pogimnastykować, zanim kupimy nasz krążownik. Skoro wielu powtarza, że - jeśli chodzi o auto - człowiek cieszy się dwa razy - kiedy kupuje i kiedy sprzedaje, to coś w tym musi być.

Jak kupić samochód używany i nie żałować? - 6 sprawdzonych wskazówek

Na całe szczęście, nie każdy będzie chciał nas wydymać, ale warto nastawić się na długą krucjatę i uzbroić się po zęby w odpowiednią wiedzę w tym temacie. Jak więc sobie radzić w gąszczu ofert, cwaniaczkowatych dealerów i prywatnych sprzedających? Karola-Dobra-Rada służy pomocą.

Gdybym miała popełnić ten tekst przed lipcem zeszłego roku, pominęłabym z 90% ważnych aspektów. Dopóki nie zawisła nad nami potrzeba nabycia kolejnej strzały (bo biedne ero-tico się z lekka zajeździło), nie zgłębiałam tematu i na pytanie, jakie bym chciała auto, odpowiedziałabym, że - ładne (czyt. niebieskie) i mało-paliwo-żerne. Wstępne przeglądy ogłoszeń wywoływały u mnie postępujący ślinotok za każdym razem, gdy samochód nie był bardzo stary i się ładnie błyszczał (#babskiemyślenie). Na całe szczęście godziny spędzone na stronach z ogłoszeniami, wszelkiego rodzaju forach motoryzacyjnych, zaowocowały zdobyciem całkiem przydatnej wiedzy. A wydawać by się mogło, że zakupy to bułka za masłem. Być może, ale świadomy zakup samochodu, to wyczyn z poziomu ekspert. Jedziemy...

#1 Oglądaj

Bądź przy tym upierdliwie dokładny. Efekt wizualny wiadoma sprawa. Zaglądaj wszędzie, gdzie się da. Sprawdź szczeliny i łączenia pomiędzy poszczególnymi elementami. Jeśli wszystko ładnie do siebie pasuje, raczej nie było bum.

#2 Nie spiesz się

Coś takiego, jak szybkie oględziny auta przed zakupem nie istnieje. Nie daj się więc poganiać sprzedawcy. Jeżeli delikwent chce cię zbyć, pospiesza, etc., to oznacza tylko jedno, na 100% ma coś do ukrycia i nie chce, byś to odkrył podczas swoich skrupulatnych oględzin.

#3 Weź ze sobą wsparcie

Mowa tutaj o osobie, której stosunek do auta nie będzie emocjonalny. Gdybym ja jeździła z mężem, pewnie bym się napaliła na pierwsze lepsze, błyszczące. Osoba postronna zawsze spojrzy chłodnym okiem i więcej zobaczy, jeśli chodzi o defekty i bolączki wizualne.

#4 Zwracaj uwagę na lakier

Poproś, by auto było umyte, żeby na lakierze nie znajdowały się dodatkowe warstwy nie wiadomo jakiego syfu, który mógłby mieć wpływ na odczyt i późniejsze przekłamania z miernika lakieru. To samo tyczy się polerowania. Jeśli zauważysz przy uszczelkach (tu widać to najbardziej) jakieś smugi, które łatwo zetrzesz palcem, to znaczy, że auto było świeżo polerowane, a takie polerowanie pozwalana zgubienie kilkudziesięciu mikronów z lakieru i w przypadku pomiaru otrzymamy wynik przekłamany.

#5 Zwracaj uwagę na szczegóły

Niby wizualnie jest wszystko cacy. Nie ma rdzy, nie ma podejrzeń o grubą szpachlę pod lakierem. Ale, by mieć jeszcze większą pewność, zajrzyj do wnętrza i sprawdź serducho. Nie bój się przykurzonych silników i bebechów. To dobry znak. Gdyby wszystko lśniło, można podejrzewać, że wnętrze pod maską zostało doprowadzone do porządku na krótko przed twoją wizytą, bo wcześniej, dziwnym i niespodziewanym trafem, bebechy sobie rzygały na prawo i lewo paliwem, albo olejem.
Sprawdź szyby, a dokładniej ich rocznik, który nie powinien być późniejszy niż rocznik auta. Chyba nie muszę dopisywać, że młodsza od auta szyba, oznacza jakieś mniejsze lub większe jebut. Sprawdź też czytelność fabrycznych naklejek i tabliczek pod maską. Są nieczytelne/ zamalowane/ nie ma ich w ogóle? Coś jest nie tak, coś było robione/ ratowane. Dodatkowymi oznakami kombinacji są wszelkiej maści zachlapania na zawiasach drzwi, słupkach, progach, czyli miejscach, które nie są eksponowane. Zajrzyj tam. W końcu nie chcesz kupować samochodowych puzzli składanych z trzech szrotów.

#6 Nie rezygnuj z jazdy próbnej

Udało się. Pierwsze oględziny przebiegły pomyślnie, ale poczekaj jeszcze z hura optymizmem. Nie rezygnuj z jazdy próbnej i... bądź pasażerem. Jedź, słuchaj pracy auta, wszelkich stuków, puków i innych strachów, a dodatkowo obserwuj sposób prowadzenia samochodu przez kierowcę - czy szarpie, czy żyłuje, etc. Łatwiej ci będzie stwierdzić, czego można się później spodziewać. 
Tutaj mała uwaga - nie podejrzewajcie mnie o słuch absolutny, bo osobiście jestem samochodowo głucha, jak pień. Dobrze, że pan małżonek ogarnia tę kuwetę. :)

Jeśli wstępne oględziny i jazda próbna nie spowodowały spadku zajarania potencjalnym nabytkiem, czas na wizytę u zaprzyjaźnionego mechanika (taki człowiek to skarb), który sprawdzi to, o czym ty zapomniałeś, a na pewno o czymś zapomnisz, i powie ci szczerze, czego możesz się po danym egzemplarzu spodziewać i co będziesz musiał przy nim zrobić krótko po zakupie. Jeżeli opinia mechanika cię nie przeraża i mieścisz się w swoim założonym budżecie (choć bardzo prawdopodobne jest, że go trochę nagniesz), to nie pozostaje nic innego, jak czerpać radochę z nowego nabytku. 
My w każdym razie nie żałujemy i kochamy nasze winning blue maleństwo, jednocześnie zachęcając, byście podzielili się swoim doświadczeniem w tej zakupowej materii. Niech się innym przyda.
Czytaj dalej →

sobota, 31 stycznia 2015

Wspólne to niczyje, więc można niszczyć

Podczas zwiedzania przeróżnych miejsc, górskich wypadów, a nawet pracy w przybytku, zatrudniającym +- dwieście osób, mam nieskończone pole do prowadzenia obserwacji na innych. Wynikiem tego są tematy, które mogłyby spokojnie posłużyć jako materiał na całkiem pokaźnych rozmiarów książkę.


Takie obserwacje to całkiem fajna sprawa. Bez większego wysiłku z naszej strony, otaczający nas świat dostarczy porcję bodźców, informacji i zachowań, które można przetwarzać, zastanawiać się nad nimi i wyciągać wnioski, które potrafią zaskoczyć. Jest w tym wszystkim wiele pozytywnych aspektów, jednak wyłania się tutaj jedna przykra sprawa. Otóż, wielu nie szanuje tego, co wspólne.

Taką postawę można zauważyć na każdym kroku i w przeróżnych miejscach, bo wielu żyje w myśl zasady, że jak coś jest wspólne, to jest niczyje i nie warto zaprzątać sobie tym głowy. 
Z jednej strony narzekamy, że gdzieś jest brzydko, brudno, coś jest nieodnowione i zniszczone, a nierzadko wszystkie te zniszczenia i kolące w oczy uszczerbki są dziełem tych nieszanujących niczego osób, które mają w głębokim poważaniu to, że to nie ich własność prywatna (z którą mogą robić, co im się żywnie podoba), a dobro wspólne, które mogłoby służyć długo dla wielu innych. Cóż, głupich nie sieją, sami się rodzą, a na przypadłość, objawiającą się posiadaniem waty zamiast mózgu, nikt jeszcze leku nie wynalazł.

Tym sposobem mamy w życiu moc wątpliwych atrakcji, które mogą się objawiać w następujący sposób:

#1 Gdy na wyjeździe staramy się coś pozwiedzać będziemy mieli praktycznie pewne, jak w banku, że zaczną nas wcześniej, czy później atakować z murów, budynków, etc. przecudnej urody bazgroły, których nie powstydziłyby się ludy z epoki kamienia łupanego - ich malarstwo naskalne się chowa wobec tego, co prezentują nasi ziomkowie-wandale. W myśl zasady - jestem super, wyżyję się spray'em (mimo, że talentu nie mam), a to, że resztę to będzie wkurzało, mam w dupie.

#2 Gdy poniesie nas dalej, poza mury miast i ich blokowisk, również nie pozbędziemy się tej wątpliwej przyjemności obcowania ze sztuką wandlasko-malarsko-snycerską. Nie będzie ważne, czy to zamek, czy ruiny, czy wieża widokowa, czy może wiata turystyczna, a nawet drzewo. Ich ściany, kamienie, belki, czy pnie pokryte są zawsze (jeszcze nie trafiłam na czyste i niezniszczone) pierdyrialdem haseł, wulgaryzmów, inicjałów, imion, pseudo-wyznań miłości i oznajmień w stylu: tu byłem. Idą więc takie pajace, jeden z drugim, zniszczą i w nosie mają, bo przecież ktoś to posprząta/ naprawi. Jeśli ma to jakiś głębszy cel poza dewastacją, to niech mnie ktoś oświeci.

#3 Z wyjazdów wracamy do pracy, a w niej wcale nie lepiej. W niektórych firmowych miejscach jest niczym w Sparcie, a szkoła przetrwania Bear'a Grylls'a to pikuś. Mamy w naszym przybytku pracową kuchnię. Niby fajnie, bo żarcie można podgrzać i nastawić wodę na herbatę. Jest tylko jedno "ale" - w kuchni ostatni raz byłam kilka lat (!) temu, taki tam syf, kiła i mogiła, że nadziwić się nie mogę tym, którzy z niej korzystają. Krzesełka połamane (nie, nie siadały na nich słonie), lodówka zarasta niczym dżungla amazońska, a mikrofalówka chyba niedługo wyda na świat nowe życie. Niby kultura, niby dorośli ludzie, a każdy ma w nosie porządek, co objawia się też tym, że ze wspólnych naczyń nic nie zostało, bo zamiast po użytku umyć, prościej było zostawić do zeschnięcia na beton lub od razu... zutylizować w koszu na śmieci. Witki opadają, serio.

#4 A po pracy wracamy do domu, licząc, że sąsiedzka wspólnota rządzi się bardziej cywilizowanymi prawami. O słodka naiwności, a gdzie tam! Śmieci ciężko wynieść do kubła (same nie opanowały umiejętności teleportacji), prościej zostawić je pod klatką lub na korytarzu. Niech się inni martwią.
Nim dotrzemy do mieszkania, najprawdopodobniej potkniemy się o jakieś szkło, a przy odrobinie szczęścia uda nam się nie wdepnąć w rozlaną zawartość tego, co wcześniej było butelką. Rozbiłem, kij z tym, ktoś po sprząta. 
Szczęśliwie, teraz za czystość na klatkach odpowiadają służby sprzątające i choć taka wygoda kosztuje, to chwała za to, bo w innym przypadku, dzięki niektórym delikwentom, można by się spod syfu pewnego dnia nie odkopać. A o tym, że czystość w bloku utrzymać jest ciężko, mogę powiedzieć z perspektywy czasu, jaki spędziłam, mieszkając ponad dwadzieścia lat w wałbrzyskiej kamienicy. Tam każdy z sąsiadów, w zależności od kolejki, miał posprzątać określoną część wspólnego korytarza. Nie muszę chyba dodawać, że część miała na to zupełnie wywalone i dodatkowo wypuszczała samopas swoich czworonożnych pupili, by się załatwiały, gdzie popadnie. Żyć nie umierać.

W tym miejscu zastanawiam się tylko, jak tacy ludzie mają w domu - czy też mają zaspray'owane ściany, zerwane firanki, odrąbany tynk ze ścian, śmieci na środku pokoju i wykwit z pleśni w mikrofali? Sami zainteresowani mi pewnie nie odpowiedzą, więc mogę sobie jedynie pogdybać. 
W to, czy mentalność ludzka w tej materii się zmieni, szczerze wątpię. Jestem jednak przekonana, że Wy również możecie tutaj zaprezentować wyniki takich obserwacji. Ciekawa jestem, co Wam się najbardziej rzuca  w oczy, i co najmocniej irytuje.
Czytaj dalej →

wtorek, 27 stycznia 2015

A Ty? Pamiętasz o śmierci?

A Ty? Pamiętasz o śmierci? lifestyle blog, przemyślenia, życie, wokół nas

Obecne czasy wymagają od nas - dzielnych ludzików - życia na wysokich obrotach, byśmy mogli sprostać wszystkim oczekiwaniom, planom i innym '-anom'. Każdy dzień rozpoczynamy z myślą, by wycisnąć z niego, jak najwięcej się da, by działać, by - broń Boże - się nie uwsteczniać w naszych poczynaniach. Ma być szybko, intensywnie i perfekcyjnie, a tymczasem nasz żywot może zakończyć auto, tramwaj, pendolino, górska lawina, tudzież spadająca na łeb cegła, bo ona - kostucha - czai się wszędzie, ostrząc kosę.

Przyznaj się, ale tak szczerze, czy na co dzień dopuszczasz do siebie negatywne myśli, szczególnie te najgorsze, o śmierci? Wątpię, byś odpowiedział twierdząco. Skąd we mnie takie przekonanie i pewność? Ano stąd, że sama również nie oddaję się hobbystycznie tej wątpliwej przyjemności, jaką byłoby rozmyślanie o zgonach. Tak już chyba ludzka natura, żeby odsuwać od siebie wszystko to, co negatywne i napawające lękiem.
Uważam jednak, że warto na chwilę się zatrzymać i pomyśleć, co by było gdyby. Czy chcielibyśmy trafić tak po prostu w piach?
Ja nie. I mimo, że życzę sobie i każdemu z Was, by żadne makabryczne wydarzenia nie stały się naszym udziałem, to świadomość zaczyna podpowiadać różne scenariusze. Tak, może być różnie.

A gdyby zostawić coś po sobie?

I nie mam tutaj na myśli dzieci, twórczości, czy innych dokonań. Chodzi mi o część nas, nasze narządy i tkanki, które - kiedy nam już nie będą potrzebne - będą mogły uratować czyjeś życie. Lepszy byłby z nich pożytek, gdyby mogły przyczynić się do tego, że ktoś "wygra" kolejne dni, miesiące, a nawet lata, dzięki naszej woli.
Mimo, że temat w dalszym ciągu budzi kontrowersje (zupełnie nie wiem, dlaczego), to jednak coraz więcej osób (co pochwalam i sama jestem wśród nich) świadomie wyraża chęć na zostanie dawcą narządów w przypadku śmierci.

Według polskiego prawa obowiązuje domniemana zgoda na bycie dawcą, jednak wiemy, że rodziny zmarłego często nie chcą się na to godzić. Dlatego też w Polsce i na świecie promowane jest noszenie przy sobie oświadczenia woli, aby w razie sytuacji zgonu, rodzina i przyjaciele zmarłego mieli jasną sytuację, co było życzeniem bliskiej osoby. Warto więc podejmować dyskusje w tej materii, by być oswojonym z przekonaniami i życzeniami bliskich.

W końcu pożytek z naszych narządów będzie kiepski, jeśli staną się tylko i wyłącznie pożywką dla cmentarnego robactwa. Wystarczy, że za życia dokarmialiśmy ptaki, bezdomne psy i koty. Robali paść sobą nie musimy.  Zgon wszak nie musi oznaczać końca. Może stać się darem, przedłużającym życie, a w tym momencie nasz wcześniejszy wybór i nasza wola awansują do rangi najwyższych wartości. Warto o tym pomyśleć... A tymczasem życzę nam wszystkim, byśmy dożyli wieku, kiedy nasze organy wewnętrzne, wyeksploatowane życiem, już nikomu się nie przydadzą.
Czytaj dalej →

sobota, 24 stycznia 2015

Ten dziwak we mnie - 50 faktów o mnie, cz. I

Z początkiem tego roku zrodziła mi się w mózgownicy myśl, która zaowocowała chęcią bliższego poznania się z Wami i Waszą opinią o blogu. Na tych podwalinach powstała Życiowa Ankieta (jeśli jeszcze nie wypełniłeś/-aś - zapraszam), gdzie całkiem tłumnie odpowiadacie na postawione pytania. Fajnie, bo dzięki Wam będzie tu jeszcze lepiej. 

Ten dziwak we mnie - 50 faktów o mnie, cz. I lifestyle blog, blog turystyczny

Żeby nie było, że tylko Was stawiam w krzyżowym ogniu pytań, postanowiłam odkryć przed Wami trochę faktów o mojej osobie, cobyście mogli je sobie zestawić z moją facjatą, która się na blogu przewija. Jestem ciekawa, czy owe fakty odpowiadają Waszym wyobrażeniom. Nie ma w nich chronologii, czy określonego porządku, a kolejność jest zupełnie przypadkowa. Jedziemy...

1. Urodziłam się 28. grudnia, jestem więc zodiakalnym koziorożcem, co wyjaśnia moją, czasami wręcz chorobliwą, upartość.

2. Przyszłam na świat w latach osiemdziesiątych (tak, wieki temu, kiedy po ulicach biegały mamuty). Jestem więc z tych, którzy wyjadali palcami Vibowit, jedli na sucho śmietankę do kawy i oranżadki w proszku.

3. Doskonale pamiętam czasy bez internetu, kiedy to największą rozrywką - zamiast komputerów, konsoli, gier RPG i Facebook'a - była podwórkowa rywalizacja z rówieśnikami w najszybszych wspinach na płoty i drzewa oraz w drużynowym napieprzaniu patykami w robaki (#don't_ask) i inne znalezione paskudztwa.

4. Artystycznie jestem zupełnie niepełnosprawna, choć przez całą podstawówkę śpiewałam (biedni ci, którym przyszło tego słuchać) w zespole, chodziłam na scholę i grałam na flecie.

5. Zawsze lubiłam pisać ręcznie, co przełożyło się na listowne kontakty z ludźmi z różnych zakątków Polski i nie tylko. Do tej pory lubię wysyłać i otrzymywać analogową wersję korespondencji.

6. Mimo, że baba ze mnie, to nic co piłkarskie nie jest mi obce. Kocham BVB i zawsze pasjami oglądam mecze, ekscytując się mundialem i Ligą Mistrzów.

7. Jeśli już oglądam TV, to z uporem maniaka okupuję kanały typu Eurosport, National Geographic, czy inne Discovery. Reszta kanałów telewizyjnych mogłaby dla mnie nie istnieć.

8. Płaczę dość często, ale prawie nigdy nie potrafię podać powodu (jeśli jest inny niż przegrana BVB) moich łez. Za dzieciaka, na pytanie: 'Czemu płaczesz?', odpowiadałam: 'Bo jeszcze sobie dziś nie popłakałam'.

9. Kiedy się stresuję robi mi się bardzo zimno. Dziwne, wiem.

10. Nie cierpię upałów. Czuję się wtedy tak, jakbym się miała rozpłynąć. Zdecydowanie wolę, gdy jest zimno. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo jara mnie śnieg.

11. Lubię nadmorskie klimaty, ale w górach zdecydowanie przepadłam i raczej się to nie zmieni.

12. Mimo zajarania górami, nigdy nie jeździłam na nartach, co wielu uważa za wyjątkowo osobliwe (nie wiem, nie znam się).

13. Moim rodzinnym miastem jest Wałbrzych, ale od ponad dziesięciu lat mieszkam we Wrocławiu i - mimo trudnych początków - dobrze mi tutaj.

14. Jestem starsza od męża. Wiecie, grunt to się ustawić - zakładam, że będzie mi dłużej żył i... działał. ;)

15. Zwykle niewiele się odzywam, przez co niektórzy oceniają mnie negatywnie. Nic na to nie poradzę, wolę rolę słuchaczki.

16. Źle się czuję w tłumie nieznanych ludzi. Potrzebuję wtedy zaufanej osoby, która będzie mi robiła za przewodnika.

17. Na szczycie mojej listy podróżniczych celów-marzeń są: Islandia i Norwegia. Lista miejsc niebezpiecznie się wydłuża, więc będzie trzeba wykupić u Tego na górze jakiś pakiet na przedłużenie życia.

18. Zdecydowanie wolę aktywną formę wyjazdów i zwiedzania. Leżenie plackiem przy hotelu zupełnie mnie nie kręci.

19. Mam bardzo dobrą pamięć, w szczególności do cyfr, nawet takich zestawionych ze sobą zupełnie przypadkowo. Wystarczy mi raz na nie spojrzeć, by je potem bezbłędnie recytować. Nigdy nie miałam problemów z hasłami, numerami telefonów, nip-em, peselem, etc. W pracy mówią na mnie cyborg z gatunku T-1000, choć muszę przyznać, że i mnie czasami obwody się przepalają. ;)

20. Nigdy nie lubiłam koloru różowego. W wieku przedszkolnym miałam jeden różowy, dający po oczach sweterek, który zrobiła dla mnie babcia i zawsze płakałam, gdy mi go kazali włożyć.

21. Cierpię na chorobę lokomocyjną i moja tolerancja na podróż rozbujanym autobusem to jakieś 2 godziny, potem to czysta męczarnia i modlitwa: 'Tylko nie rzygaj, tylko nie rzygaj'. O dziwo, w pociągu nic mi się nie dzieje.

22. Podstawowym powodem, dlaczego zaczęłam się uczyć języka niemieckiego, była możliwość oglądania relacji sportowych na niemieckich kanałach. Grunt to odpowiednia motywacja.

23. Dopiero od jakichś dwóch tygodni piję kawę (nie jakieś cappuccino czy latte). Wcześniej już sam zapach mnie odrzucał. Mój wcześniejszy i jedyny kontakt z kawą, to wyżeranie dziadkowi kawowych ziarenek z młynka - miałam w tedy może 4-5 lat.

24. Nie znoszę chodzić w sukienkach i ubieram je wyłącznie od wielkiego dzwonu. Ostatnio na własnym ślubie i weselu u znajomych. Pewnie, gdyby przed moim ślubem wymyślili damskie spodnie specjalnie na tę okazję, byłabym pierwszą kupującą. :D

25. W kwestiach garderoby jestem wyjątkowo niekobieca. Nigdy nie zastanawiam się nad dodatkami i ich kolorem. W nosie mam czy kolor butów pasuje mi do torebki. Priorytetem jest dla mnie wygoda i najchętniej cały czas biegałabym w adidasach lub innych trekkingach. 

Ufff, zmęczyłam się. Następną porcję zaaplikuję Wam w jednym z przyszłych wpisów. A tymczasem zostawiam Wam pole do popisu, bo chętnie poznam kilka faktów o Was. Może się okaże, że mamy ze sobą coś wspólnego... Kto się do czego przyznaje?
Czytaj dalej →

środa, 21 stycznia 2015

Nie wierz w bajki! - O kolorach i trudności szlaków turystycznych

Od dawien, dawna, kiedy w górach grasowało więcej niedźwiedzi i innej zwierzyny niż ludzi, pokutuje przekonanie, że trudność szlaku jest ściśle powiązana z jego kolorem.

O kolorach i trudności szlaków turystycznych góry lifestyle blog

Odkąd pamiętam, mnie też z uporem maniaka wiele osób wmawiało, że należy oceniać trudność dróg turystycznych według kolorów znaków, jakimi zostały oznaczone. Mimo, że jest to mylne twierdzenie, informacja o tym, że na przykład szlak czarny jest najtrudniejszy, a niebieski, czy żółty najłatwiejsza, jest powielana i przekazywana dalej, powodując u mniej doświadczonych turystów rezygnację z górskich wypadów. No, bo przecież, jak czarny szlak, to nie dam rady, to niebezpieczne, etc. Nic bardziej mylnego.
Co więc mówi kolor szlaku pieszego o jego trudności? - Nic, absolutnie nic! To nie nartostrady, gdzie kolor trasy odpowiada za stopień jej trudności i daje jasną informację, gdzie nie powinni zapuszczać się nowicjusze na deskach.

Po coś jednak mądre głowy wprowadziły to zróżnicowanie kolorystyczne na szlakach pieszych. Po co? Ano po to, by błatwiej było się orientować na mapach. Chociaż na przykład w Austrii, wszystkie szlaki mają kolor czerwony, różniąc się od siebie tylko numerami i uważam, że też można się spokojnie połapać.

W naszych górach, turystyczne szlaki piesze oznacza się pięcioma kolorami: czarnym, czerwonym, niebieskim, żółtym i zielonym. Skoro nie oznaczają one trudności, co nam w takim razie mówią?

Kolor niebieski oznacza szlaki długie, dalekobieżne, przechodzące przez terytorium wielu państw, np. europejski szlak długodystansowy E3.
Kolor żółty i zielony oznacza szlaki względnie krótkie, łącznikowe, czasami dojściowe, prowadzące do szczególnych miejsc (np. punktów widokowych).
Kolor czarny najczęściej wyznacza szlak krótki lub końcowe podejście. Tak, bywa stromy (jak to na podejściach).
Kolorem czerwonym oznaczone są szlaki główne, np. Główny Szlak Sudecki, biegnące często granią, przez główne szczyty danego pasma lub miejsca najbardziej atrakcyjne pod względem widoków, przyrody i krajobrazu. W tym miejscu nadmienię, że sławna, tatrzańska Orla Perć, uchodząca za najtrudniejszy i najbardziej niebezpieczny szlak w naszych górach, jest oznakowana właśnie kolorem czerwonym, a nie na przykład czarnym według błędnej zasady, że czarny oznacza największe trudności.

Jeśli więc wybierasz się w góry, pamiętaj, że to nie kolor pasków namalowanych na skale, czy też drzewie, będzie miał wpływ na to, czy wędrówka będzie trudna. Na to duży wpływ będzie miała twoja ogólna kondycja i doświadczenie. Natomiast bezpieczeństwo możesz zapewnić sobie wyłącznie sam, a kolor szlaku nie ma tu nic do rzeczy.
Czytaj dalej →

wtorek, 20 stycznia 2015

Na co zwracać uwagę przy wyborze mapy?

Zanim wybiorę się gdziekolwiek w góry (i nie tylko tam), kieruję moje kroki do świętej szuflady, która jest wypełniona po brzegi wszelkiej maści mapami. Wyciągam tę, której akurat potrzebuję i nie ma mnie dla świata, bo pogrążam się w kontemplacji szlaków i przyszlakowych atrakcji, co następnie skutkuje tworzeniem jak najbardziej sprytnego planu, który pozwoli zobaczyć najwięcej w jak najkrótszym czasie. Bo urlop jest zawsze za krótki.

Na co zwracać uwagę przy wyborze mapy?
Mały wycinek zawartości szuflady :)

A sama mapa to dla mnie turystyczny must have. Obojętnie, czy jestem w górach, czy zwiedzam jakieś miasto. Mogę zrezygnować z wielu rzeczy, ale z tego i czekolady przenigdy. Nie ma co gadać, dobra mapa robi robotę i warto się z nią zaprzyjaźnić bliżej. Mamy wprawdzie do dyspozycji internety i przeróżne strony z trasami i planami, z których możemy wyciągać potrzebne info, ale pamięć zewnętrzna w postaci mapy w kieszeni jest dużo lepsza. No i sprawdzi się tam, gdzie wśród krzaczorów zasięgi zdechną, a net i navi w telefonie zakomunikują: Dziś nie, kochaniutki.

W moim krótkim turystycznym żywocie przyjaźniłam się z wieloma tworami kartograficznymi. Jedne były mniej, inne bardziej czytelne i dokładne, wiele się podarło, jeszcze więcej zamokło na deszczu i nie nadawało się już więcej do użytku, zanim trafiłam na takie, które pokochałam miłością wielką i będę im chyba wierna do końca.

Na co więc zwracać uwagę, gdy chcemy wybrać dobrą mapę, która nam posłuży i uchroni (przynajmniej w teorii, bo w praktyce to wychodzi różnie ;)) przed pobłądzeniem?

#Skala mapy

Im mniejsza skala, tym lepiej, bo mapa będzie wtedy bardziej dokładna (no, chyba że się wydawnictwo nie postara). Obecnie, najczęściej spotykaną skalą w mapach turystycznych jest 1:50 000. Większa skala spowoduje, że będziemy musieli ogarniać wielką płachtę papieru, co jest szalenie niewygodne (szczególnie wtedy, gdy wieje, a my chcemy coś na szybko sprawdzić), a dodatkowo, na dokładność musimy brać sporą poprawkę. A co jeśli skala wynosi na przykład 1:25 000? Brać, będzie jeszcze lepsza niż 50-tka.

#Oznaczenie szlaków

Gdy już mamy ogarniętą skalę, warto przyjrzeć się mapie pod kątem oznaczenia szlaków. Wydawnictwa mają do tego różne podejście i może się okazać, że wybrana przez nas mapa posiada oznakowanie mocno ograniczone. Warto wybrać taką, gdzie oprócz szlaków typowo turystycznych, będą też zaznaczone szlaki rowerowe, ścieżki edukacyjne, czy trasy do uprawiania narciarstwa biegowego. Mamy wtedy więcej alternatyw do przemieszczania się, co zaowocuje lepszym planowaniem naszych tras wypadowych.

#Czasy przejść

Obecnie już chyba na każdej mapie podawane są czasy przejść, więc gdybym trafiła na jakąś bez tej informacji, to nawet bym się nad nią nie zastanawiała. Mimo, że do wskazanych na mapie czasów trzeba podchodzić z rozsądkiem i najlepiej dołożyć do tego trochę (wiecie... zdjęcia na Japończyka, popas z kontemplacją okolicznej przyrody, czy chociażby śnieg po kolana), to jednak te czasówki to, moim zdaniem, podstawa planowania.

#Kolorystyka

Wprawdzie mapy to nie albumy ze zdjęciami, więc teoretycznie kolorystyka mogłaby być na drugim planie. Nic bardziej mylnego. Dobra mapa to taka, na której bez problemów można odróżnić od siebie dane obszary. Nie oszukujmy się. Jeśli znajdujemy się w terenie niezabudowanym, to na mapie będzie przeważał kolo zielony i jeśli kartograf wykonał dobrą robotę, bez problemu odróżnimy od siebie na przykład lasy, polany, etc. Kwestia odpowiedniego doboru kolorów i cieniowania jest więc bardzo ważna. W przeciwnym razie dostaniemy jednolita zieloną plamę, która będzie nas tylko wkurzać.

#Laminowanie

W tym miejscu wygłoszę tylko mowę pochwalną ku czci tego, kto wpadł na pomysł, by mapy zacząć laminować. Takie rozwiązanie jest genialne, a samej mapie nie straszna wilgoć, czy wielokrotne składanie. Żywotność przedłużona do oporu, co w przypadku ulubionej mapy jest ważne.
Osobiście nie powyrzucałam moich starych papierzaków, ale obecnie leżą sobie gdzieś na dnie szuflady, pod kołderką z laminowanej kolekcji.

#Data wydania i wydawnictwo

Wierząc w to, że wydawnictwa dbają o aktualizację wydawanych przez siebie map, warto sięgać po te najświeższe. Możemy wtedy założyć, że ewentualne wcześniejsze błędy w oznaczeniach szlaków czy ścieżek zostały skorygowane, a nowe atrakcje i obiekty dodane. Jeśli mamy wybór, warto porównać mapy danego regionu z różnych wydawnictw i zobaczyć, jak przedstawiają danych obszar.

Na chwilę obecną nie przychodzi mi do głowy nic więcej, co mogłoby mieć znaczący wpływ na to, czy będziemy żyć z wybraną mapą w zgodzie, ale jeśli macie swoje typy, czy ulubione wydawnictwa, dzielcie się.
Czytaj dalej →

niedziela, 18 stycznia 2015

Gdy rano masz ochotę zabijać... - 3 sposoby, by wstawało się łatwiej

Jak wstawać rano i nie zabijać? Poranki senność życie lifestyle

Znacie to? Jest wcześnie rano, najczęściej jeszcze ciemno, a z objęć kochanka imieniem Morfeusz brutalnie wyrywa Was dźwięk nastawionego minionego wieczora ustrojstwa zwanego budzikiem-terrorystą. Jeżeli należysz do niewielkiej grupy twardzieli, zrywasz się bez mrugnięcia i rzucasz się od razu w codzienny wir porannych czynności.
Śmiem jednak podejrzewać, że - podobnie, jak u mnie - pierwszą rzeczą, jaką masz ochotę popełnić wcześnie rano, to mord na budziku, a następnie na wszystkim i wszystkich, którzy Ci się przy okazji napatoczą. W najlepszym przypadku, po omacku, zawalisz jedynie stopą w próg, w drzwi lub szafkę. Jak żyć?! A żyć trzeba, więc i temu należy zaradzić, najlepiej bez uszczerbku na zdrowiu - własnym i domowników.

#Miej pozytywny powód, by wstać

Gdy musiałam wstawać do szkoły (tak, w czasach prehistorycznych, gdy po ziemi biegały dinozaury i mamuty), pobudka zawsze była traumatycznym przeżyciem, niezależnie od tego, jak długo spałam. Podobnie jest teraz, gdy w ciągu tygodnia alarm budzika oznajmia, że trzeba zwlec dupę z ciepłego wyrka i kopsnąć ją do pracy. Jeśli jednak na horyzoncie majaczy jakiś wyjazd, o górach to nawet nie wspomnę, nie potrzebuję nawet budzika. Śpię na czujce, a nawet nie jestem w stanie zasnąć, a jeśli usnę, to budzę się bezproblemowo, gotowa do działania i z turbo energią. Wniosek nasuwa się jeden - gdy powód do wstawania mamy pozytywny, sama pobudka nie robi nam kuku.

#Wysypiaj się

Nie zawsze mamy możliwość posiłkowania się pozytywnymi powodami. Niemniej jednak, jakoś sobie trzeba radzić, więc bądź dla siebie dobry. Staramy się wykorzystywać  dobę do granic możliwości, ale gdy organizm zaczyna nam dawać znaki dymne, że coś jest nie halo, warto go posłuchać, odpuścić i... porządnie się wyspać. Po czym poznać, że organizm ma dosyć? Ano po tym, że oprócz tego, że rano snujesz się, jak zombiak, to jeszcze wciągu dnia jesteś ospały i nie tykasz odpowiednio, a twoje rozkojarzenie i brak koncentracji osiągają nadir. Kawa tu sprawy nie załatwi, serio, wyśpij się.

#Dotleń się

Niby śpisz wystarczająco, a dalej masz ochotę zabijać o poranku. Musisz się bardziej dopieścić. Zakładam, że nie wykonujesz pracy na świeżym powietrzu, tylko wytrwale ćwiczysz swoje płaskodupie za biurkiem. To nie sprzyja wyspaniu, bo organizm domaga się tlenu i daje ci o tym znać. Tak, to wtedy, gdy ziewasz tak, że bez problemu połkniesz bez popity cały sprzęt, na którym w danym momencie pracujesz. Rusz się, pospaceruj, niech pikawa zacznie lepiej pompować krew. W przeciwnym razie, w celu dotlenienia się, zostanie Ci spanie na parapecie za oknem. A tego byśmy nie chcieli. Wszak zimno, pada, wilcy wyją...

A jak nic nie działa, a pozytywnych powodów do wstawania brak? Cóż, wtedy pozostaje nam do dyspozycji co najmniej podwójna drzemka w telefonie.
Czytaj dalej →

INSTAGRAM

FACEBOOK

ARCHIWUM