, , , ,

KGP - Śnieżnik 1425 m n.p.m., Masyw Śnieżnika - 12.09.2015

17.9.15

Jesień góry poranek

Po naszym letnim urlopie pozostało już tylko wspomnienie, a przedurlopowy wypad w góry zaliczyliśmy w czerwcu, włażąc na Skalnik oraz Skopiec. Czasu trochę minęło, więc nie powinno dziwić, że zaczynało mnie nosić. Mapa, na co dzień zamieszkująca szufladę, wczuła się w mój stan i zaczęła sama pchać się w ręce, szepcząc zachęcająco: No weź... No otwórz... No zaplanuj coś... Choćby krótki spacerek... Czy mogłam być głucha na takie przymilne prośby?




Tak, zgadliście, mapie się nie odmawia. A że dodatkowo ostatnia niedziela zapowiadała się bardzo ładnie, nie pozostawało nic innego, jak wykulać tyłeczki z chaty. Tym razem padło na Śnieżnik /1425 m n.p.m./ - kolejną cegiełkę do naszej KGP - będący najwyższym szczytem Sudetów Wschodnich i Masywu Śnieżnika.

Spakowaliśmy klamoty i z samego rana, przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca, które biło po oczach, jak potrzepane, ruszyliśmy w kierunku Międzygórza, gdzie zameldowaliśmy się na chwilę przed godziną ósmą. Żeby nie tracić czasu i energii na dreptanie asfaltem, samochód zostawiliśmy na parkingu w górnej części miejscowości, gdzie kończyły się zabudowania i była to decyzja idealna. Szlak wiodący przez miejscowość, wzdłuż drogi (wąskiej, nie ma się co czarować) to największa pomyłka, jaka może być. No chyba, że ktoś lubi iść na czujce i w razie czego uskakiwać przed autami na pobocze, którego w zasadzie nie ma.


Słońce przyświeca, poranek jest rześki, zachęca do wzięcia głębokiego oddechu i zanurzenia się w zapach lasu. Wkraczamy na szlak czerwony i kierujemy się w stronę Hali pod Śnieżnikiem. Poranny chłód mija z każdym kolejnym krokiem, a szlak prowadzi nas początkowo wzdłuż potoku Wilczka, by następnie odbić bardziej w las. Stopniowo zdobywamy wysokość, przemierzając leśne trakty w większości usiane skałami. Idziemy bez pośpiechu, niepokojeni prze nikogo. Cisza, spokój, las, my i leśne żyjątka, przyglądające nam się zapewne z ukrycia.




Jako, że szlak wiedzie w większości lasem, nie jest szczególnie widokowy. Jest kilka miejsc, gdzie wyłania się nieśmiało jakaś panoramka, ale padać przed nią na kolana nie będziemy. Ot, dziura między drzewami.  Nie boli nas to w ogóle, bo ostrzymy sobie zęby na rozległe widoki ze szczytu. 




Gdy po mniej więcej godzinie i trzydziestu minutach docieramy do schroniska na Hali pod Śnieżnikiem wita nas jedna wielka chmura i wiatr siekący po twarzach. Perspektywa widoków ze szczytu zdaje się weryfikować w trybie ekspresowym. Cóż, bywa, ale póki co pakujemy się do schronu, żeby zjeść śniadanie. Malinowa herbata przyniesiona w termosie robi robotę i cudownie rozgrzewa nasze brzuszki. Była wprawdzie w planach schroniskowa kawa, ale urzędujący pan najpierw się nie pojawiał w okienku, a jak już się w końcu wyłonił, to fukał na wszystkich, którzy poszli coś zamówić. Stwierdziliśmy więc, że wystarczy nam nasza herbata, bo do ofukniętej kawy człowiek gotów się niestrawności nabawić.
Najedzeni, napojeni, zbieramy manatki i ruszamy w kierunku naszego dzisiejszego celu.




Z Hali ruszamy szlakiem zielonym. Na szczyt powinniśmy dotrzeć po jakichś czterdziestu minutach. Klimat na szlaku skojarzył nam się od razu z Gorcami, kiedy to wędrowaliśmy na Turbacz w równie ślicznej, chmurno-mglistej zupie. Nie ma jednak co narzekać, bo las w takiej odsłonie wygląda bajkowo.




Takiego kłębowiska mokrych chmur się jednak nie spodziewaliśmy. Im bliżej szczytu, tym bardziej spadała widoczność. Luksusem było widzieć kolejną tyczkę wyznaczającą szlak. O ile las w dolnych partiach prezentował się świetnie, tak na szczycie było jedno wielkie, szare gówno, a widoki to sobie mogliśmy co najwyżej przywołać z grafiki google'a. Ale, aura mogła nas jeszcze uraczyć jakimś przemiłym opadem. Na całe szczęście nikt na górze nie wpadł na ten pomysł.




Pozostałości po starej wieży widokowej na szczycie

Na górze trzaskamy szybko kilka szarych, aczkolwiek dokumentujących fotek i spadamy na dół, bo wietrzna pizgawica była konkretna. Po zejściu niżej (+/- 200m) chmur brak i lato w pełni. Ludzie w krótkich gatkach i koszulkach z krótkimi rękawkami zmierzają w kierunku zielonego szlaku wiodącego na górę i przyglądają nam się dziwnie. Przepizga was - myślę sobie...







Z Hali pod Śnieżnikiem  ruszamy szlakiem czerwonym w kierunku Przełęczy Śnieżnickiej, a stamtąd już znakami niebieskimi po niecałych dwóch godzinach dotrzemy do parkingu, gdzie z utęsknieniem wypatrywało nas nasze autko. Do samego dołu towarzyszy nam wymarzona, słoneczna aura, więc trochę żal nam tyłki ściska, że na górze nie wyszło. Cały dzień jak najbardziej na plus, tylko w tym jednym punkcie, na śnieżnickim wzniesieniu wystającym ponad granicę lasu, kotłowała się uparcie mokra chmura, psująca zabawę. Ale nic to!



Sprawdź też:

OSTATNIE

ARCHIWUM