, , , , , , ,

Jesienne szczytowanie na Lausche/Luž, a na deser Skalne Miasto w Jonsdorf

21.10.17

Korona Sudetów Góry Łużyckie Lausche

Od postawienia kropki nad i, które miało miejsce na Chełmcu, a tym samym skompletowania Korony Gór Polski minęło niewiele. Jednak moja głodna wrażeń łepetyna już móżdżyła nad kolejnym czelendżem. I to tak trochę na przekór małżowi, który to najchętniej pouprawiałby teraz leżanking i kanaping.

Jak ja się biorę za wymyślanie to nie ma to tamto i efekt takiej burzy mózgu być musi. Padło na Koronę Sudetów, a właściwie jej uzupełnienie, bo w ramach KGP już kilka sudeckich szczytów przygarnęliśmy na nasze konto. A że nie będziemy się w to bawić oficjalnie (czyli odpuszczamy wszelkiej maści książeczki i odznaki), to nie zamierzamy na tę okoliczność powtarzać niektórych pagórów. Tym bardziej, że te mało popularne były najzwyczajniej w świecie tak nudne, że zieeeew 😴

Pozostawało odpowiedzieć sobie na pytanie, od czego by tu zacząć to uzupełnianie sudeckiej korony. Decyzja okazała się być zaskakująco łatwa w podjęciu. Obyło się bez rzucania monetą i losowego wbijania na oślep szpilek w różne punkty mapy. Padło po prostu na najbardziej zachodni kraniec Sudetów - Góry Łużyckie. Wybór wydał nam się aż nadto oczywisty. Tym bardziej, że region ten był dla nas do tej pory białą plamą na mapie, która nieśmiało domagała się odkrycia.

Jak postanowili, tak zrobili i w zeszłą niedzielę - mniej lub bardziej po cichu przeklinając dzwoniący o barbarzyńskiej porze budzik - ruszyli w kierunku czesko-niemieckiego pogranicza.

Gdy pędziliśmy A4, która tylko nocą i bardzo wcześnie rano zasługuje na miano autostrady, słońce dopiero nieśmiało zaczynało rozjaśniać niebo. Niemniej jednak zapowiadał się zacny dzień, a rześkość poranka tylko to potwierdzała, gdy dotarliśmy do miejscowości Jonsdorf, gdzie na parkingu (płatne 4 EUR/doba) zostawiliśmy naszą błękitną strzałę.

Szybkie papu, mapa w dłoń i idziemy w nieznane z kilkukrotnym Guten Morgen na ustach, gdy przechodzimy przez ichniejsze, niedzielne targowisko z mydłem i powidłem aka kapciami i galotami z golfem.

Góry Łużyckie: Kurort Jonsdorf - Nonnenfelsen - Lausche/Luž - Skalne Miasto przy Jonsdorf

Szlak niby jest oznakowany, farba i różne strzałki pojawiają się z zadowalającą częstotliwością ale mimo to szybko przychodzi taki moment, gdy kolor niebieski wystawia nam środkowy palec i ginie gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Nie z nami jednak takie numery. Wszak - parafrazując - z niejednych krzaczorów już chleb jedliśmy i jak z jednej strony nie da rady, to którędyś indziej pójdziemy. Tym bardziej, że pierwszy cel tej wycieczki prezentował się dumnie przed nami - Nonnenfelsen [Skały Zakonnic], na które można wejść zwyczajnie i spacerowo, idąc szlakiem przez Zigeunerstuben [Cygańskie Izby] lub bardziej ekstremalnie, wybierając via ferratę Nonnensteig.








Na górze trzaskamy kilka fotek, bo widok na okolicę jest bardzo zacny i lecimy dalej, w kierunku naszego głównego celu - Lausche/Luž /793 m n.p.m./. Oznaczenia pokazują, że spod Nonnenfelsen to tylko trzy kilometry. Czy faktycznie, nie wiem, bo żadnego ustrojstwa nie włączaliśmy, coby tę informację sobie potwierdzić. Szlak wzdłuż Hohlsteinweg jest jednak iście spacerowy.

 
 
Tabliczka informowała, że ten kamlot to krokodyl. Ja tam nie wiem. Dla mnie to co najwyżej odwrócony żółw. 😂




Kawałek powyżej zabudowań granicznych pomiędzy Niemcami i Czechami, anektujemy sobie ławkę z przyjemnym widokiem, robiąc tam małą przerwę na papu i piciu. Jako, że w to miejsce można dojechać samochodem, a i godzina jest bardziej około południowa niż poranna, to tutaj już na szlaku robi się bardziej tłoczno, choć i tak idzie się komfortowo. 
Na szczycie jest kilkanaście osób, a po kilku chwilach wbija grupa czeskich rowerzystów, którzy swoimi jednośladami zawalają pół szczytu.

Kończymy nasze szczytowanie i pomału zbieramy się do odwrotu. Pierwotnie mieliśmy się wprawdzie zapuścić bardziej na stronę czeską i iść przez Lužicką Boudę, Horni Svetlę i Dolni Svetlę aż do Skalnego Miasta, ale ostatecznie nie schodziliśmy na tamtą pętlę tylko puściliśmy się odrobinę pozaszlakowo, po słupkach granicznych, co okazało się całkiem miłym rozwiązaniem spacerowym.



Kładka graniczna - Po lewej Niemcy, po prawej Czechy


Ponownie na szlak wchodzimy przy Falkenstein [Skała Sokola], wkraczając tym samym w obszar Skalnego Miasta pełnego przejść, głębokich parowów i ciekawych formacji skalnych, na które patrząc można ćwiczyć swoją wyobraźnię, bo - nie oszukujmy się - czasami opis na oznaczeniu nijak ma się do tego, co widza nasze oczy. A może to tylko ja jestem taka niepełnosprytna i nie widzę tego, co inni, hmmm?


A to są organy, jakbyście nie dostrzegali podobieństwa. W razie wątpliwości zaleca się dopytanie u jakiegoś swojskiego organisty.


Lew jaki jest każdy widzi...

Trochę mojej wyobraźni zajęło przyjęcie do wiadomości, że ta kupka kamieni to... bernardyn


Dumna jestem z siebie, że nie wlazłam w to cudeńko paszczą 😂

Jeśli szukacie pomysłu na przyjemną wycieczkę na lekko, a już trochę bokiem wychodzą Wam te bardziej rodzime szlaki (no bo ileż razy można!), to śmiało możecie uderzać w kierunku Gór Łużyckich - i na spacer, i na ferratę. Szczególnie jesienią, gdy okolica tonie w kolorach.
A może już byliście? Jeśli tak, podzielcie się swoimi ulubionymi miejscówkami w tamtym regionie. My tymczasem zastanawiamy się, kiedy zaszczycić Jeszted [Ještěd] naszą obecnością.

Sprawdź też:

0 komentarze

OSTATNIE

ARCHIWUM