,

Aż po dni kres – góry!

2.11.13

Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale jesień niezmiennie od zawsze nastraja mnie jakoś tak nostalgicznie, powodując zwolnienie obrotów i ogólne zastanowienie się nad otaczającym nas światem. Zapach opadających i palonych liści, snujące się mgły, słońce błyszczące w pajęczych sieciach, ogólny, wszechogarniający spokój. Atmosfera ta wzmaga się zwykle w okolicach pierwszego listopada, kiedy to częściej niż zwykle rozmyślamy  nad naszą egzystencją i – jakby nie było – ulotnością życia.

Tym razem do przemyśleń skłoniło mnie wydarzenie smutne z perspektywy osoby uwielbiającej góry.
Trzy tygodnie temu, 12 października, w Tatrach Wysokich w Dolinie Złomisk na Słowacji, miał miejsce wypadek, w którym życie stracił Władysław „Włodek” Cywiński. Dlaczego piszę o człowieku, którego nawet nie znałam osobiście, który był jednym z wielu, którzy w Tatrach zostawili swoje serce? Chyba dlatego, że czytając najrozmaitsze kroniki górskie, często spotykałam się z tym nazwiskiem. Co więc w nim było takiego wyjątkowego?

Władysław Cywiński na Wrotach Chałubińskiego - fot. www.watra.pl

Władysław Cywiński to jedna z legend polskiego taternictwa, ratownik TOPR, znawca tatrzańskiej topografii, tatrzański przewodnik I klasy, który wielu osobom przekazywał wiedzę o Tatrach.  Przeszedł wiele szlaków, zdobywając każdy oznaczony tatrzański punkt. Poznał każdy szczyt i każda przełęcz, znał te góry, jak własną kieszeń. Ukochał Tatry, imponował swoją wiedzą o nich, robił to, co lubił, a jego pasja stała się dla niego pracą. Związany był z górami od początku do końca. To tam, mimo że w tragiczny sposób, wypełniły się jego dni. 
Ta przykra okoliczność ma jednak w sobie coś optymistycznego, gdyż udało mu się odejść z tego świata, robiąc to, co kochał, w pełni sił, a nie jako schorowany człowiek.
Doskonale obrazują to słowa Macieja Krupy, blogującego dla TygodnikaPodhalańskiego:
„W wieku siedemdziesięciu czterech lat dysponował żelazną kondycją i chyba dobrym zdrowiem. Piszę chyba, bo o tym nie mówił, nie zwykł się skarżyć. Zginął w Tatrach. I wiem, że gdyby mógł wybierać, to tak by właśnie chciał. Nie w łóżku, w niedołęstwie czy chorobie, lecz w miarę w pełni sił w ukochanych górach. I stało się…

Życzyłabym sobie i każdemu z osobna, by przeżywać życie całym sobą, by je chłonąć od początku do końca, poznając to, co kochamy i by nie zmogły nas choroby, które uniemożliwiłyby nam czerpanie radości płynące z wędrówek i otaczającego nas świata.

Sprawdź też:

5 komentarze

  1. Myślę że masz racje w tym co piszesz. Śmierć jest nieunikniona a choroba i niedołęstwo po takim życiu to dopust Boży.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obyśmy mieli w tym wieku choć w połowie tyle siły, hartu ducha i sprawności, by wciąż móc wędrować po górach. Choć śmierć jest zawsze bardzo smutnym wydarzeniem, może taka to w jakiś przewrotny sposób przywilej - robić coś co się kocha, aż do samego końca? Kto wie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny widok z Wrót na stawek po Słowackiej stronie. ;) Wbrew pozorom dobrego zdjęcia nawet tam nie jest tak łatwo zrobić. ;) Miejsca mało.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niech ten rok się jak najszybciej skończy... Wystarczy już...

    OdpowiedzUsuń

OSTATNIE

ARCHIWUM